Historia 65: O trudach pisania na urlopie

Leżysz na plaży, na której odbywa się istne pandemonium biegania, pokrzykiwania i reklamowania gotowanej kukurydzy. To wkurza, ale z drugiej strony – hej, leżysz na plaży! To najmniej oczekiwany powód do narzekania.

Wchodzisz do hipsterskiej knajpy z zamiarem poudawania jak bardzo wyluzowane masz życie (wrażenie to ma potęgować dodatkowo tomiszcze o architekturze pod pachą i latte w ręku), a tam zastajesz próbę kwartetu smyczkowego przed wieczornym show. To też nie jest powód do narzekania, bo w przeciwieństwie do wątpliwej hipsterskości w moim wykonaniu, kwartet jest jak najbardziej namacalny i jego twórczość naprawdę uprzyjemnia chwile (dodatkowo próba generalna to w zasadzie taki koncert za który nie płacisz).

Najmniejszym powodem do narzekania na urlopie jest fantastyczna pogoda. Żar leje się z nieba, a każda myśl bardziej zaawansowana niż „wody!” rozpływa się natychmiast w ciepłym powietrzu. Nie musisz myśleć, nie musisz się też niczym przejmować.

Tylko że… Żadna z tych rzeczy nie sprzyja narzekaniu, a narzekanie to sens pisania moich historii. Pozostaje mi więc ponarzekać na leniwe wakacje.

To była moja sześćdziesiąta piąta historia. Zostało 300 #365historii #365stories