Historia 66: O Solidarności

Przy okazji urlopu miałem wreszcie szansę zobaczyć Europejskie Centrum Solidarności w Gdańsku.

Trochę muzeów w życiu widziałem (z pewnym ubolewaniem mogę powiedzieć, że jak na mój wiek to więcej muzeów niż klubów), ale to jest od dzisiaj moim absolutnym numerem jeden.

Moje młode pokolenie nie ma pojęcia o tych czasach (bo w szkole dochodzi się wyłącznie do II wojny światowej i chyba tylko stąd to powszechne wsród właścicieli bluz z Wyklętymi przekonanie, że wojna się skończyła dopiero co). Ludzie, którzy brali udział w wydarzeniach ‘80 lub ‘89 jeszcze żyją, ale albo są zapomniani lub nierozpoznawalni, albo co rusz strzelają wstydliwe gafy, albo są i tacy, którzy na siłę usiłują się dopisać do historii, której częścią byli w znikomym stopniu (sprawdziłem, śp. brata wymieniono conajmniej trzykrotnie).

Dlatego uważam wizytę tutaj w Gdańsku za równie ważną, co obowiązkowa wycieczka do Auschwitz. Bo to muzeum przechowuje realny dowód na to, że jako naród jesteśmy w stanie z bardzo ciężkich warunków się podźwignąć (nie bez cierpienia i ofiar) i zbudować coś nowego – pokojowo i solidarnie.

Fakt faktem, że tej solidarności w narodzie nam prawie nic nie zostało (Leder i Sowa by mi przyklasnęli), ale gdybyśmy tego właśnie byli uczeni od małego dzięki takiemu muzeum, to ani politykom rożnych opcji nie dało by się tak łatwo wciskać nam kitu, ani jako społeczeństwo nie bylibyśmy tak rozwarstwieni. Jest nadzieja – wystarczy spojrzeć na olbrzymią ścianę białych i czerwonych kartoników ułożonych w napis Solidarność – akcent zamykający wystawę.

Pojawiają się tam w wielu rożnych językach dwa zdania: Dziękujemy i Kocham Polskę.

To była moja sześćdziesiąta szósta historia. Zostało 209 #365historii #365stories