Historia 90: O różowym rowerze

Od dłuższego czasu pod moim blokiem stoi różowy rower. Ot, zwyczajny, nie żaden nowoczesny-hipsterski, nie żaden wypasiony górski, nie wyścigowy — zwyczajny stary rower z plastikowym koszykiem z tyłu.

Rower jest różowy i pewnie dlatego rzuca się w oczy, a szczególnie jedną z moich sąsiadek w te oczy kłuje. Już kiedyś gdy zjeżdżałem z nią windą to bardzo szczegółowo chciała mnie przesłuchać na okoliczność posiadania tego roweru, lub uzyskania informacji kto jest właścicielem. Zazwyczaj gdy wracam z pracy widzę ten rower przypięty do poręczy schodów od klatki (nie wadzi tam nikomu, nie zajmuje miejsca ani nic), ale nigdy nie widziałem do kogo należy. Kulturalnie więc odpowiedziałem, że nie wiem. Rower rzekomo przeszkadza w trzepaniu dywanu na pobliskim trzepaku.

Sprawa jakoś przycichła, nie widziałem tej sąsiadki jakiś czas, aż nagle, w niedzielne popołudnie, gdy akurat jestem w domu: dzwonek do drzwi. Za drzwiami owa sąsiadka w stanie wzburzenia.

Czy to pański rower jest przypięty do rynny?

Nie, ja nie mam roweru.

Ale nie jest przypięty?

Nie, bo ja nie mam roweru.

Ktoś go przypiął do rynny, wyobraża sobie pan! A tu sąsiad z boku nie ma roweru?

Nie wiem czy sąsiad z boku ma rower, czy nie, a nawet gdybym wiedział to bym nie powiedział, więc zamknąłem drzwi. Pod blokiem nie ma już gdzie postawić auta, tak zmotoryzowani są moi sąsiedzi, ale jeden przypięty z boku rower staje się solą w oku, wartą poświęcenia niedzieli na odwiedzanie wszystkich sąsiadów w pionie — i to nie w celach towarzyskich. Nie stoi na przejeździe, nie zastawia bramy ani śmietnika, po prostu stoi.

Ale może to dlatego, że jest różowy. A jak wiadomo, za wszystko odpowiadają cykliści.

To była moja dziewięćdziesiąta historia. Zostało 275 #365historii #365stories