Jedzenie w proszku. Czy to prawda, że ja się tym żywię?

Jeden z naszych ostatnich podcastów na Stacji Zmiana to rozmowa Natalią Hatalską na temat przewidywania przyszłości na kanwie raportu “Life after Food”. Rozmawialiśmy dużo o przyszłości żywności, zmianach które zachodzą w tej dziedzinie. Jednym z prawdopodobnych scenariuszy, który testuję sam na sobie, jest wprowadzanie posiłków z pełnowartościowego odżywczo proszku. Po emisji podcastu, dotarła do mnie kolejna porcja pytań na temat tego, czy ja rzeczywiście żywię się proszkiem czy jedzeniem w płynie? Co to za proszek? Jak to smakuje? Czemu takie kroki podjąłem…. Itd. itd.

Listopad to podobno Vege Days, więc tym bardziej kolejny pretekst do tego żeby podjąć temat.

Vegan Food — Photo credit Huel

Radykalne kroki.

Większość mojego życia byłem osobą “przy sobie”, “otyłą”, “grubą”. Używane określenie zależało od tego czy ktoś delikatnie czy dosadnie chciał mi powiedzieć, że wagę mam wyższą niż norma. Z upływem lat kilogramów przybywało. Nietrudno więc zgadnąć, że chociaż nie miałem z tego powodu ogromnych kompleksów, to jak większość ludzi na tej planecie, chciałem wyglądać bardziej “w normie” i co jakiś czas robiłem nigdy do końca niespełniane postanowienia, że kiedyś zabiorę się za siebie.

Całe lata obserwuje mojego własnego ojca, który regularnie sięga po różne, modne diety. Muszę przyznać, że nawet udaje mu się znacznie chudnąć, by za kilka miesięcy wracać do poprzedniego stanu. Miałem okazję poznać wiele osób, które różnymi ekstrawagancjami żywieniowymi robiły sobie krzywdę, mocno nadwyrężyły zdrowie, zamiast je poprawiać, niezbyt przemyślanymi decyzjami dietetycznymi.

O zdrowym żywieniu wiedziałem tyle ile wie każdy kto czasem czyta gazety, ogląda programy w telewizji, lub po prostu interesuje się światem. Kiedy więc 2 lata temu rzuciłem palenie i zacząłem odczuwać stałą potrzebę żucia, jedzenia czegoś, a właściwie to czegokolwiek, stwierdziłem że czas się zmierzyć i z tym wyzwaniem. I jeśli jesteście osobami, które myślą nad tym czy dadzą radę rzucić palenie, to powiem wam, że to dziecinnie łatwe, w porównaniu z trwałą zmianą zwyczajów żywieniowych.

Trudne początki

Za mną 23 miesiące eksperymentowania z żywieniem, dwa lata próbowania tego, co mi dobrze robi i tego co nie działa. Jednocześnie to czas, w którym uczę się więcej o sobie o swoim organizmie, o swoich własnych ograniczeniach i niedostatkach silnej woli.

Musiałem też posiąść takie zwykłe umiejętności, których dotąd nie wytrenowałem jak robienie częstych, rozsądnych zakupów, wybierania tego co zdrowe. Właściwie to stale uczę się samodzielnie gotować i wygospodarowywać czas na przygotowanie posiłków. Gotowanie w domu, zakupy, przygotowanie, wymyślanie posiłków zajmuje w sumie całkiem sporo czasu, nawet jeśli przygotowuje się posiłki na dwa dni do przodu w pudełkach (ja tak robię). Dziś mogę przyznać się, że przez jakieś ostatnie 25 lat jadałem głównie na mieście, lub przygotowywałem coś prostego, szybkiego, jedząc na co dzień rzeczy mało zdrowe i kiepskiej jakości. W kolejce przy kasie w sklepie widzę po zawartości koszyków, że wiele osób tak się odżywia, stąd może i one wcześniej lub później będą szukać źródeł inspiracji.

Jak już wspomniałem nigdy nie zdecydowałem się na żadną znaną dietę typu dieta warzywna, Dukana, Dąbrowskiej czy jaka tam akurat była modna, głośna i skuteczna. Zawsze obawiałem się, że coś z nimi nie tak, i że istnieje prawdopodobieństwo, że można sobie w ten sposób zrobić niezłą krzywdę. W sumie nie myliłem się. Mam jednak taki zwyczaj, że kiedy coś mnie zaczyna interesować, rozpoczynam poszukiwania. Dużo czytam, szperam po tekstach, książkach, filmach, podcastach. Tak było i z moją wielką “reformą”, w której krok po kroku zmieniłem zwyczaje co do aktywności, jedzenia, snu, odpoczywania — krótko mówiąc reforma był całościowa, lub jak kto woli holistyczna.

Co to znaczy jeść zdrowo?

Na to pytanie musiałem odpowiedzieć sobie bardzo szczegółowo. Okazało się, że tak naprawdę wiem niewiele na ten temat. Odpowiedź, którą dziś bym dał brzmiałaby tak: Jeść zdrowo oznacza, że wiemy co jemy i racjonalnie wybieramy to co dla nas dobre. A kiedy już wiemy, w praktyce odpada jedzenie wysokoprzetworzonych przemysłowo produktów, większość gastronomicznych lokali a opcja, która jest najlepsza i najpewniejsza, to zacząć samemu gotować w domu. Większość z nas je za dużo, mamy dietę bogatą w wysokoprzetworzone węglowodany, do tego mnóstwo chemicznych dodatków, soli, cukru itp. Na ogół jemy za mało błonnika, warzyw, owoców i węglowodanów nisko przetworzonych — O tych wszystkich rzeczach jest mnóstwo dobrych książek, blogów itd. Może kiedyś listę źródeł, z których często korzystam opiszę osobno. Przemysł spożywczy zabrnął wraz z nami w ślepy zaułek, czego efektem jest masowa otyłość i choroby, takie jak nadciśnienie, cukrzyca..

Vege jest super

Każda podróż rozpoczyna się od pierwszego kroku

Zacząłem więc od rzucenia palenia. Krok drugi to odstawienie słodyczy. Krok trzeci to powrót po latach do biegania. Pierwsze treningi po dwa, trzy kilometry, były okropne. Byłem zziajany, czerwony jak burak, zdyszany i obolały od zakwasów, ale potem szło już z górki. Następnie przyszedł czas na liczenie kalorii i poszukiwanie sposobu na radykalną zmianę diety.

Jedzenie w proszku

Wiosną 2016 roku odkryłem solwenty. Wtedy jeszcze nie wiedziałem, że jest ich tyle. Stale aktualizowaną listę znajdziecie tutaj. Jak widzicie, ten koncept jest już szeroko znany na całym świecie.

Szukałem rozwiązania, które pozwoli mi odżywiać się zdrowo, mieć pewność że dostarczam swojemu ciału zbilansowaną dietę, tym bardziej że ćwiczyłem na siłowni i biegałem coraz więcej, co za tym idzie potrzebowałem dużo więcej, dobrej jakości posiłków. Chciałem mieć pewność że to co jem, zawiera wszystkie niezbędne mikro i makroelementy. Last but not least, chciałem też móc precyzyjnie ustalić ile dokładnie kalorii spalam i jak dużo zjadam.

Wiedziałem też, że nie mam 2–3 godzin dziennie w zapasie, na przygotowanie posiłków i robienie zakupów. Szukałem więc rozwiązania, które te wszystkie problemy rozwiąże. Zacząłem eksperymenty z solwentami i metodą prób i błędów wybrałem ostatecznie firmę, której ufam, i której półka cenowa, mieści się w cenie normalnych posiłków — Huel z UK. 100 gram proszku Huela rozrabiane w shakerze przez minutę, dwie z 400 ml wody, to 402 kcal pełnowartościowego posiłku, tyle że w formie koktajlu. Przez wiele miesięcy Huel był podstawą mojego żywienia w ciągu dnia, a tylko kolację lub obiad przygotowywałem sobie jako posiłek “normalny”. Bywały dni, tygodnie całe przejechane na Huelu. Nie zanotowałem żadnych ubocznych skutków, bacznie obserwując cały swój organizm. Chciałem w razie czego reagować, gdybym widział jakieś braki żywieniowe na przykład na cerze, włosach. Wychodząc rano z domu brałem torbę shakerów i co kilka godzin jeden z nich wypijałem.

Do zalet należy też zaliczyć oszczędności, jakie z tego wynikają. Huelowe posiłki kosztują mniej niż robione w domu czy kupowane na mieście. Oszczędzam sporą ilość czasu, do tego posiłki Huela są w 100% wegetariańskie, co dla mnie jest dość istotną sprawą. Nie jestem wegetarianinem, ale staram się jeść niewiele mięsa, głównie ze względów etycznych jak i świadomości, jak hodowla przemysłowa zwierząt wpływa na stan naszego globu. Zużywam pewnie z 2–3% opakowań jakie wyrzucam do śmieci zastępując Huela normalnymi zakupami i gotowaniem. Poza kilkoma przypadkami, kiedy Huel skwaśniał z powodu upałów, z tego jedzenia nie ma żadnych odpadów wyrzucanych do śmieci.

Czy może jedna substancja, proszek, zawierać wszystko czego potrzebuje ciało?

To pytanie stawiałem sobie od początku. Jestem typem racjonalisty, niedowiarka (imię Tomasz zobowiązuje) i nieufnie podchodzę do reklam i ogłoszeń, w których obwieszcza się definitywne rozwiązanie jakiegoś problemu. Kiedy więc jeden z moich znajomych wstawił na facebooka zdjęcie czegoś co zastępuje mu lunch i śniadanie podszedłem do tego ostrożnie i zacząłem weryfikację tego co przeczytałem. Po miesiącach czytania i słuchania o tym jak paskudne jest wysokoprzetworzone jedzenie, myślałem, że taki proszek musi zawierać w sobie wszystko co złe. Jednak szukając materiałów, analizując skład, gadając z ludźmi na forum na stronie Huela (również macie tam okazję zadać pytania głównemu technologowi firmy, który również udziela się na forum), doszedłem do wniosku że spróbuję. Poza Huelem spróbowałem też 3 inne marki, ale zostałem przy tym producencie. Być może wy wybralibyście inaczej.

Polecam lekturę ich forum. Na szkoleniach stawiam to jako wzór budowania społeczności i komunikacji z bardzo specyficznym klientem. Jak szybko możecie się przekonać, takich freaków, którzy potrafią dłuższy czas żywić się wyłącznie “powder food” jest dużo więcej niż ja.

Czy to ma wady?

Największą przeszkodą w przerzuceniu się na proszek jest nasz mózg. Może się uśmiechasz jak to czytasz, ale tak, mózg lubi urozmaicone jedzenie, różne smaki, konsystencje, zapachy, różne kolory. To nasz mózg wysyła określone sygnały, które sprawiają, że lubimy wyraziste smaki, lubimy zwłaszcza takie jedzenie, które zawiera w sobie węglowodany i tłuszcze. Julian Hearn, który wymyślił koncept Huela zdaje sobie z tego sprawę, stąd od paru miesięcy firma sprzedaje też produkt w formie batonów energetycznych, oraz lansuje książkę kucharską z przepisami na najróżniejsze posiłki, w których Huel jest bazą, ale urozmaiconą różnymi dodatkami, dającymi różnorodność formy jaki i smaku.

Śniadanie na bazie Huela photo credit Huel

Nie każdy da radę przez dłuższy czas bazować tylko na Huelu, ale przekonałem się na samym sobie, że to możliwe, wygodne oraz w pełni bezpieczne.

Z opowieści na na forum Huela wynika, że niektórych żołądki potrzebują więcej czasu na przestawienie się na taką formę posiłków niż mój. Ten sam problem zachodzi przy każdej radykalnej zmianie diety, na przykład na wegańską więc kwestia czasu, modyfikacji flory bakteryjnej w organizmie i każdy się przyzwyczaja.

Podsumując Huel rozwiązał wiele istotnych dla mnie problemów. Zabieranie w kilkudniowy wyjazd torby z proszkiem i shakera jest najprostszą formą pilnowania swojej diety jaką dotąd poznałem. Odpadają opakowania, jedzenie mięsa i czas spędzany w sklepach i przy kuchence. Huel sprawdza się nawet przy intensywnym trenowaniu na siłowni czy treningach do maratonu. Dla mnie wystarczająco dużo, żeby regularnie zamawiać. Czy tak będzie wyglądać jedzenie przyszłości? Nie wiem. Wiem, że coraz więcej osób będzie szukało tego typu rozwiązań. Być może w przyszłości będą lepiej “czarowały” nasz mózg.