Jak nie zdziadzieć

Muzyka żywi się powrotami, o starej prawdzie przypomniał mi właśnie zespół Grandaddy, który powraca na scenę po 10 latach przerwy.

Zacznijmy od podstawowej kwestii — kim do cholery jest Grandaddy. Oszczędzę Wam historii a’la Wikipedia — o tym jak to pięciu gości spotkało się w Kalifornii i zamiast grać grunge albo inne tamtejsze cholerestwo postanowili grać indie rocka. Oszczędzę tej historii, bo dla mnie Grandaddy to w zasadzie jedna płyta — The Sophtware Slump.

Mógł być to początek XXI wieku, kiedy jako nastolatek latałem do sklepów płytowych i empiku zamęczając sprzedawców pytaniami o zespoły, o których nigdy nie słyszeli. W czasie tych nastoletnich podróży poznałem Piotrka, który prowadził taki malutki sklep w centrum Częstochowy. Jako jedyny rozumiał o czym mniej więcej mówię, bo słuchał razem ze mną Trójkowego Ekspresu na antenie — wiadomo — Trójki. Z tego co pamiętam to on dokonał aktu piractwa na płycie The Sophtware Slumps i podrzucił mi jako rekomendację. Jako że z nimi bywało różnie — polecił mi kiedyś kupno kasety Dream Theather — to podszedłem do tej płyty z wdzięcznością, ale i drobnym dystansem.

Jednak pierwsze dźwięki numeru „He’s Simple, He’s Dumb, He’s The Pilot” znokautowały mnie kompletnie. Trwająca niemal 9 minut suita (faak, sam nie wierzę, że używam tego słowa) była tak urzekająca i bajkowa, że otworzyła mi oczy na kompletnie inny pomysł. Siłą zespołu oprócz chwytliwych melodii jest wokal Jasona Lytle — porównać go można trochę do maniery Gerry’ego Beckleya z Americi. Jeśli posłuchacie to od razu skumacie, o co chodzi, jest lukierkowo i bardzo delikatnie. Zatem „The Sophtware Slump” weszło do mojej muzycznej klasyki.

Ponad 10 lat później (sic!) usłyszałem o powrocie Granddaddy.

Panowie na łamach New Musical Express wykrzyknęli, że są „grubsi, bardziej łysi — i brzmią kurewsko dobrze”. Fajnie, ale jakoś im nie wierzę.

W zeszłym roku z nową płytą wrócił Blur i w sumie jedyne co z tej płyty zapamiętałem to okładkę. Podobnie pewnie będzie z Grandaddy. Kumam, że jest trochę tak, że goście po graniu muzyki przez dwie dekady nie za bardzo mają pomysł na życie i takie powroty to dla nich ostatnia szansa na poważany zarobek. Tylko szkoda, że 75% takch akcji kończy się kompromitacją

Jedyny plus z powrotu Granddaddy to fakt, że przypomniałem sobie o The Sophtware Slump.

Poniżej łapcie krótką playlistę, żebyście wiedzieli z czym jeść tych dziadków.