Mikrofalowa Przygoda Pana Nowaka w Elektrycznym Świecie, Rozdział 25

Pan Nowak doszedł w końcu do siebie. Przypomniał sobie o Zenonie i innych towarzyszach, którzy czekali na niego w domu. Emeryt chciał jak najszybciej dotrzeć do inżyniera Maciejaka, aby sprawdzić, czy przyjaciele przeżyli nuklearną zagładę.

Jednak żeby dostać się do domu Zenona, pan Nowak musiał najpierw naprawić niesprawny rakietowy but. Na szczęście pociski kalibru 7,62 jedynie zarysowały metalowe poszycie i przestawiły przełącznik z pozycji ON na OFF. Emeryt włączył rakietowy but z powrotem i wzbił się w powietrze. Nie miał pojęcia, dokąd lecieć, a gęste kłęby pyłu i dymu dodatkowo utrudniały nawigację. Kierował się więc intuicją.

Lecąc do domu Zenona, pan Nowak bardzo się niepokoił. Nie wiedział, czy jego przyjaciele w ogóle przeżyli. Ta myśl nie dawała mu spokoju. W depresyjny nastrój wprawiał też widok w dole. Zburzone i płonące budynki na samotnych, latających skałach wyglądały jeszcze smutniej oświetlone czerwonym, zachodzącym słońcem.

W końcu oczom pana Nowaka ukazał się spowity dymem i pyłem kształt domu Zenona. Emeryt szybko wylądował na latającej skale koło budynku. Miejsce zmieniło się nie do poznania, odkąd pan Nowak poleciał schwytać Alter-Nowaka. Dom był cały zakurzony, miał powybijane szyby, a część drewnianych elementów tliła się leniwie. Dookoła nie było też tłumów, jakie pożegnały pana Nowaka. W okolicy leżało tylko kilku rannych ludzi.

Nie tracąc czasu, pan Nowak wszedł do środka budynku. Wewnątrz było ciemno i pachniało strachem. W obskurnym wnętrzu słychać było tylko niespokojne szepty i jęki rannych.

- Nowak?! — rozległ się znajomy głos.

- Władysław? — spytał pan Nowak.

Z cienia wyszedł zaprzyjaźniony związkowiec. W jego oczach widać było strach i konsternację.

- Wszystko w porządku… znaczy… Wszyscy cali? — zapytał pan Nowak.

- A jak myślisz? — oburzył się Władysław. –Te szmaty użyły broni nuklearnej!!!

- Wiem. Chciałem was ostrzec — powiedział Nowak.

Władysław złapał się za głowę. Opierając się o ścianę, jęknął:

- Próbowaliśmy skontaktować się z innymi posterunkami. Nie udało się. Jeżeli ktokolwiek przeżył, to wkrótce dobije ich P.A.T.O.

- Tego nie przewidziałem — stwierdził emeryt. — To był blef… ten cały telegram do P.A.T.O. w sprawie ataku o 17.

- Raczej dezinformacja — poprawił go Władysław.

Pan Nowak był naprawdę przybity. Jeszcze kilka godzin temu wierzył, że rewolucjonistom uda się obalić Alter-Nowaka. Jakiż był naiwny, spodziewając się, że dyktator nie miał asa w rękawie. Najbardziej jednak był wściekły, że tylu ludzi zginęło na próżno. Emeryt stał chwilę koło Władysława. Wreszcie po kilku minutach niezręcznego milczenia spytał:

- A gdzie jest Zenon?

- Nie mam pojęcia — powiedział górnik.

- Jak to? — zdziwił się Nowak.

- Widzisz ten bajzel?! — wrzasnął Władysław, pokazując na leżących w salonie rannych i umierających. — Nie mam pojęcia, gdzie jest Zenon! Nie wiem, czy w ogóle żyje! Cieszę się, że przynajmniej ta rudera się nie zawaliła!

Gdy tylko Władysław wykrzyczał te słowa, rozległ się trzask. Kawałek drewnianej konstrukcji dachu pękł. Na stojącego tuż przed nosem pana Nowaka górnika spadło kilkaset kilogramów dachówek i ciężka belka. Emeryt stał przez chwilę w osłupieniu, po czym, trzęsąc się, spojrzał w dół.

- Władysław? Żyjesz? — spytał nieśmiało.

W odpowiedzi spod stosu popękanych dachówek wypłynęła strużka krwi.

- Aha — stwierdził Nowak, który był zbyt zaskoczony, żeby wpaść w panikę.

Na chwilę uwaga wszystkich w pokoju skoncentrowała się na Nowaku i tragicznie zmarłym Władysławie. Jednak dosłownie po kilku sekundach delikatny dach przeszyły pociski z wielkokalibrowego karabinu maszynowego. Ci, którzy mogli, instynktownie padli na podłogę.

- P.A.T.O.!!! Przylecieli tu!!! — krzyknął jeden człowiek przy oknie.

Zaraz kilku zdolnych do noszenia broni ludzi chwyciło postawione przy ścianie karabinki i wybiegło na zewnątrz, aby powstrzymać latającą łódź podwodną wroga. Jednak gdy tylko opuścili dom, kolejna seria z broni maszynowej powaliła ich na ziemię.

Pan Nowak leżał na podłodze. Nauczony doświadczeniem nie próbował nawet podejmować walki z okrętem P.A.T.O. Czekał na rozwój wypadków.

Tymczasem całą okolicę wypełnił trzeszczący odgłos megafonu. Alter-Nowak wrzeszczał zuchwale:

- Wiemy, że tam jesteś, Nowak! Wyłaź!

Zaraz potem w powietrzu znów zaświszczały kule.

- Wyłaź, Nowak, bo wykurzymy cię napalmem!!! — dyktator straszył przez megafon.

Pan Nowak potraktował groźbę poważnie. Nigdy przedtem nie wyobrażał sobie kapitulacji, ale zwyczajnie nie miał wyboru. Wstał z podłogi, otworzył podziurawione kulami drzwi i wyszedł na zewnątrz. Przed skałą, na której stał dom Zenona, lewitowała łódź podwodna P.A.T.O. Z kiosku okrętu wystawała głowa szczerzącego się w diabolicznym uśmiechu Alter-Nowaka.

- Haha! — dyktator wrzasnął w megafon.

Z łodzi podwodnej wyszło kilka robotów P.A.T.O. Maszyny złapały oszołomionego pana Nowaka i wciągnęły go do środka statku. Wielki Wódz spojrzał na emeryta szyderczym spojrzeniem i wybuchnął śmiechem. Rzecz jasna, panu Nowakowi nie udzielał się euforyczny nastrój dyktatora. Emeryt usiadł między dwoma robotami P.A.T.O. i zaczął się zastanawiać, co Alter-Nowak zamierza z nim zrobić.