Potrzebujemy ruchu

Dariusz Standerski

Postanowiłem zrezygnować z przewodniczenia Kooperacji Miejskiej i reprezentowania stowarzyszenia w Kongresie Ruchów Miejskich. Kończę czteroletnią przygodę tworzenia organizacji i zmieniania bliższej i dalszej okolicy. Przygodę z szeregiem sukcesów i kilkoma porażkami.

Zaczynaliśmy w środku kampanii wyborczej 2014 — Hanna Gronkiewicz-Waltz po nieudanej próbie odwołania pewnie kroczyła po trzecie zwycięstwo, a warszawscy aktywiści w ostatniej chwili zdołali w ogóle wystartować w wyborach do rad dzielnic. Za pośpiech i nieprzygotowanie zapłacili wysoką cenę — kandydaci z przypadku już jako radni szybko pokazywali swoje partyjne lub nieprofesjonalne oblicze. Aktywista Jacek Jaśkowiak w Poznaniu został prezydentem dopiero z legitymacją Platformy Obywatelskiej w kieszeni. Aktywista Jacek Wójcicki w Gorzowie wygrał i szybko zapomniał, że był aktywistą. Ruchy miejskie co do zasady nie wygrywały, a pojedyncze zwycięstwa nie przetrwały próby czasu. Społecznicy odrobili lekcje i następny raz do stołu negocjacyjnego usiedli na rok przed wyborami, z konkretnymi celami programowymi. To jasne, że nie ze wszystkimi i nie od razu udało się znaleźć wspólny język. Na szczęście to nie są ostatnie wybory, które nas czekają.

Przekleństwo formy

Taki mamy system, że mali mogą pisać petycje i brać udział w konsultacjach, a duzi decydują. Nie ma przestrzeni na nic pomiędzy. Widziałem z bliska jak My-Poznaniacy w 2010 roku okazali się „prawie duzi” i mimo uzyskania ponad 9%, zabrakło im 300 głosów do wejścia w ławy radnych. Organizacja szybko się rozpadła. Nie raz widzimy jak w konsultacjach społecznych strona społeczna jest zbyt mała i przez to duży urząd może spokojnie wyrzucić ich wyniki do kosza i ogłosić swój sukces.

Dlatego szukanie nowych i odważnych form działania było ważną częścią mojego zaangażowania. Dzięki temu odnosiliśmy spektakularne sukcesy: godzinami zbierając podpisy przeciwko budowie mostu Krasińskiego i za zielonym placem Defilad, doprowadzając do zmian kilku ustaw, jeżdżąc po Polsce z ideami i praktycznymi rozwiązaniami, które zadziałały w innych miastach. Gdy podpisywałem się pod uchwałą założycielską Kongresu Ruchów Miejskich i pod wyborczą umową koalicyjną ruchów miejskich oraz organizacji społecznych, negocjowaną ponad pół roku. Łamanie schematów, wychodzenie poza formułę ruchu miejskiego i wywieranie presji do zmian — ta myśl towarzyszyła nam przez lata. Dlatego opracowaliśmy wskaźnik aktywności warszawskiej, przeprowadziliśmy szeroki audyt przycisków na przejściach dla pieszych. Korzystając z praw strony doprowadziliśmy do wstrzymania dwóch postępowań administracyjnych, które szkodziły przestrzeni miejskiej. Jesteśmy częścią masy krytycznej, która wprowadziła do codziennego słownika smog, uświadomiła wielu grupom, że nawet kierowca jest czasem pieszym, a z betonu nie zbudujemy szczęścia. Że w miastach są duże nierówności, a godność mieszkańców i ich prawo do mieszkania są naruszane.

Porażki

Wyjście poza formułę nie do końca się powiodło. Być może na tym poziomie jest w ogóle niemożliwe. Kiedy pierwszy projekt Ławek Obywatelskich wygrał głosowanie w Budżecie Partycypacyjnym, brałem udział w całym procesie projektowania i zlecania realizacji w urzędzie. Nagle okazało się, że zadanie, które wydawało się tak proste (co do zasady chodziło przecież o dostawienie ławek, a nie budowę metra) przerasta warszawski urząd,ławki będą kosztować dwa razy więcej niż wyceniono wcześniej, a projekt trzeba i tak okroić, bo “nie da się”. To drobny przykład z tysiąca podobnych, które znają ruchy miejskie i aktywni mieszkańcy miast i miasteczek całej Polski. To miliardy złotych, które wyciekają z miejskich budżetów. Coraz bardziej skostniały system daje coraz mniej przestrzeni na realizację nowych postulatów i polityk. Te tryby się zacierają i nawet najlepszy ruch miejski nie jest w stanie tego zmienić w pojedynkę. Tak samo jak partia nawet najlepiej udająca ruch miejski. To niemożliwe na poziomie pojedynczego miasta.

Ruch

Czy w takim razie należy odpuścić? Nigdy! Presja ma sens i mimo wspomnianych przeciwności pozwoliła nam już sporo zmienić. Trzeba jednak szczerze odpowiedzieć sobie na pytanie, jakie są polskie ruchy miejskie i jakie powinniśmy mieć wobec nich oczekiwania. Nie są takie jak w Barcelonie, gdzie na pierwsze spotkanie przyszło 2000 osób. Są raczej jak Enrique Peñalosa, który od 1991 roku bez większych efektów próbował zostać burmistrzem Bogoty. Udało mu się dopiero 7 lat później. Podczas jednej kadencji i przy szybko spadającej popularności zbudował miasto szczęśliwe. I znowu przegrał wybory. Dwa lata temu powrócił, tym razem z poparciem partyjnym. Czy choć to jest możliwe w Polsce? Jedynie z liderką lub liderem na tyle odważnym i szalonym, żeby się tego podjąć. Raz już się udało. Czy ruchy miejskie są do tego zdolne? Pewnie tak. Trzeba jedynie odpowiedzieć na pytanie czym ruch miejski jest, a czym nigdy nie będzie. I realizować tak wyznaczone cele — także w radach miast i dzielnic. Trzymam kciuki za wszystkich, które i którzy także przed kampanią walczyli o dobro mieszkańców. Dzisiaj większość z nich startuje z list ruchów miejskich, lokalnych komitetów, Razem, Zielonych.

Z takim bagażem doświadczeń i pięknymi wspomnieniami wysiadam z tego tramwaju. Na pewno będę kibicował ruchom miejskich i wspierał je z innych odcinków, bo uważam, że wielkie partie nie mają już pojęcia o codziennych problemach swoich wyborców. Nigdy nie odzyskają wiarygodności, która jest wielką siłą aktywistek i aktywistów. Dziękuję wszystkim współpasażerkom i współpasażerom — to były wspaniałe 4 lata! Pora na nowe wyzwania.

Dariusz Standerski

ekonomista, prawnik

W latach 2014–2018 przewodniczący Stowarzyszenia Kooperacja Miejska.