poniedziałek, 26 października 2015

Szanowni Państwo, Obywatele, okazuje się, że można się odłączyć. Od zgiełku, od internetu, od produktywności. I to bez pomocy ksiażek, coachów i innych gadżetów. Wystarczy mieć odpowiedni powód a reszta dzieje się sama. Że ja na to wcześniej nie wpadłem! Od kilku dni nic nie pisałem. Żadnych emaili, prezentacji. Nic. Nawet o istnieniu internetu udało mi się pare razy zapomnieć. Raz lub drugi skrobnąłem coś na Facebooku z okazji ślubu moich przyjaciół. I to by było na tyle. No bo jak tu pracować kiedy tyle się dzieje. W piątek po kilkunastogodzinnej podróży wylądowałem w Jakarcie. Cuchsurferka Shela, u której nocowałem, okazała się strzałem w dziesiątkę. Po pysznej kolacji poszliśmy na drinka z jej znajomymi. Było tak wesoło, że do mieszkania wróciliśmy dopiero o 4 nad ranem. Jakarta nocą potrafi zaskoczyć ale tylko jeżeli wiemy dokąd pójść. Moi nowi znajomi wiedzieli. W sobotę od rana kolejny couchsurfingowy kontakt i zwiedzanie miasta z Lidyą i Ayshą. Zobaczyłem między innymi stare miasto, przejechałem się praktycznie wszystkimi lokalnymi środkami lokomocji, straciłem iPhona (znaczy okradli mnie). Mam nadzieję, że przynajmniej trafi w jakieś dobre ręce. Moja pierwsza doba w Indonezji wypełniła się wieloma intensywnymi doznaniami oraz niecałymi trzema godzinami snu. Takie doznaniowe ŁUP!

Nie zdążyłem nawet złapać oddechu a już musiałem pędzić na lotnisko, skąd w większej grupie obywateli Lechistanu udaliśmy się do Celigon. Miasta, które z punktu widzenia turysty jest mniej więcej na końcu świata. I to na tym końcu, na który żaden turysta się nie wybiera. Na miejscu czekało na nas pozowanie do kilkuset zdjęć z rodziną, rodziną rodziny, znajomymi, znajomymi znajomych rodziny, zajomymi rodziny znajomych, rodziną znajomych rodziny oraz zwykłymi nieznajomymi. Wcale nie mówie tego z przekąsem. Oczywiście było to nużące ale też bardzo przyjemne. Wszyscy ci ludzie byli serdeczni, szczerze zainteresowani i autentyczni. Jeżeli Polska to stan umysłu, to Indonezja musi być stanem ducha. Wracając jednak do Celigon, pojechaliśmy tam wziąć udział w ślubie Andy i Michała. Spodziewałem się, że ślub w Indonezji to nie to samo co u nas, oczekiwałem innego języka, innych strojów i oczywiście innego jedzenia. To co przeżyliśmy należy raczej opisać w kategorii bajka czy sen, bo kategoria inne jest po prostu zbyt zwykła. Tyle kolorów, muzyki, godziny modlitw, powitań i ceremonii. Nie-sa-mo-wi-te. A to wszystko bez kropli alkoholu. Alkohol — jak to się ładnie w Polsce mówi — wjechał dopiero późnym wieczorem — a właściwie to w nocy, kiedy zakończyły się oficjalne obchody i zostaliśmy w wąskim gronie Państwa młodych oraz kilku znajomych. Na miejsce konsumpcji wybraliśmy basen. Teraz powinien nastąpić opis zdarzeń z basenu, jednak trudno byłoby to opowiedzieć. Nawet zdjęcia w niewielkim stopniu oddają radość jaka nas wypełniła a z którą rozstawaliśmy się przez cały następny dzień mozolnie wygrzebując się z kaca.

One clap, two clap, three clap, forty?

By clapping more or less, you can signal to us which stories really stand out.