Usprawiedliwiony?

Historia jest taka. Dziś jechałem sobie pociągiem relacji Namysłów-Wrocław, pogoda za oknem wagonu niby słoneczna, ale wiatr odstraszał. Mnie to w ogóle nie obchodziło — byłem w swoim świecie barwnych, nieregularnych bitów zaserwowanych od The Neptunes. Przyczesywałem listę 70 najlepszych produkcji Pharrella i Chada, stworzoną przez autorkę bloga Malinowe Nutki (polecam!) i jakoś to nie pierwszy raz w tym roku kiedy mój mózg zajęły rozkminy na temat tych NERDów. Jak wszyscy wiemy, mogliśmy oglądać w Polsce przeciętny koncert tego wiecznie młodego z duetu. Kolega Williams był też gościem specjalnym jednej z lekcji klasy mistrzowskiej na NYU Clive Davis Institute i okazało się m.in., że kocha mostki (“From Stevie Wonder to Steely Dan, bridges are everything” — zresztą to nie żadna tajemnica: analizowanie mostków The Neptunes to robota dla muzykologów i wierzcie ktoś to już zrobił) i popłakał się przy niejakiej Maggie. To wszystko mnie skłoniło by, na wyrywki, poznać dokładniej dorobek tego duetu producenckiego. No i wciągnęło mnie jak odkurzaczem. Utworów tysiące dla dziesiątek artystów, wśród nich oczywiście JT i tu wracamy do pociągu.

Niestety moje myśli biegną wielotorowo i jedno z rozwidleń pobiegło w stronę FutureSex/LoveSounds. Zorientowałem się nagle, że całkiem niedawno ta płytka obchodziła 10 lat (bum! — staro się czujecie?) i tak prawda — ten rok odwala prawdziwe dance macabre (Prince, Martin, Bowie, Temperton, White, Kashif…), do tego mamy pełno rocznic wielkich płyt (Loveless, The Queen is Dead, The Low End Theory…) i nikt nawet nie wspomnij o Justinie. Wiecie co myślę? Słusznie, ale, dla mnie, to album, który pierwszy zaczął tworzyć pod moją czaszką połączenia między neuronami odpowiedzialne za myśli: “ej, mainstream może być fajny”. Wierzcie mi w czasach liceum, bo właśnie w 2006 roku uczęszczałem do LO w Kępnie, był ze mnie muzycznie prawdziwy rockista. Gardziłem tymi co lubią rapsy, taneczne gatunki— ble, radosne granie od razu implikowało u mnie myśli, że to musi być złe —muzyka musi być smutna i zaangażowana. Tak, możecie się czuć ode mnie lepsi, jeśli byliście inni w tym wieku. Lecz FS/LS okraszone beztroskimi, szczenięcymi dyskotekami, coś we mnie budziło. Oczywiście pierwsza moja myśl była — guilty pleasures i tak pielęgnowałem to moje urojenie.

Po jakimś czasie się nawróciłem. Teraz głoszę ABBĘ, The Beach Boys i właśnie Pharrella. Trochę bardziej świadomy, zaliczam album FS/LS do mojego kanonu, a “My Love” wywołuje u mnie natychmiastowe wstanie z krzesła i kręcenie żaróweczek.

Dobra, z powrotem na główny tor. Dzisiejsze moje rozmyślania skłoniły mnie do postawienia pytania jaki status ma płyta Justified, wyprodukowana głównie przez The Neptunes, w stosunku do całej dyskografii Timberlake. Czy to tak czasami nie jest, że to właśnie debiut był najlepszy? Dlaczego? Bo przecież paranoiczny “Cry Me a River” otwierany przez arabizowany motyw i deszcz, z rewelacyjną progresją akordową, wiecznie podcinaną, szczątkową, złożoną właściwie z dziwnych odgłosów produkcją Timbo (łączenie z modulowanym głosem, który słychać wyraźnie na koniec piosenki, pogłębiający jeszcze niepokój), bo “Seniorita” — r&b łączące porąbaną rytmikę z latynoskimi ozdobami — tylko Pharrell i Chad — które wchodzi tak gładko, że mój analityczny mózg się po prostu rozkoszuje soundem, a nie rozkładaniem na czynniki, no i ta pamiętna przemowa JT, bo “Rock Your Body” — ten bas, ta cięta gitara, ten błogi mostek (znów Pharrell), bo “Nothing’ else” napisany chyba przez Steviego W. (tak, myślę, że Williams oprócz ołtarzyku z Princem, ma kapliczkę z Wonderem), bo “Like I Love You” — co za pudłówka i perka, co za klarowność formy— zwrotka, pre-chorus, oczywiście mostek, piski Justina ala Prince i to outro z tym bossowskim motywem na casio, bo, dzisiaj przeze mnie zapętlane, “Last Night” z ciętymi (a jakże) skrzypkami, gładziutkim pre-chorsuem i kontrapunktem na cymbałkach, bo “Let’s Take a Ride” z firmowymi dla NERDów, nieregularnie rozłożonymi klaskami i mistrzowskim, nienachalnie przebojowym refrenie (ej, w zwrotce też tam ładnie progresja pomyka). W skrócie dobra płyta.

Aha, zapomniałbym — właśnie dziś (5 listopada) obchodzi 14 lat.