Rok temu wydałem książkę. I co z tego


Nieco ponad rok temu na rynku ukazała się moja debiutancka książka. „Fanaberia”, nad którą spędzałem długie noce, uparcie brnąc do końca opowieści, słowo po słowie. Którą pisałem nie mając nawet ułamka dzisiejszej wiedzy o świecie wydawniczym. I której wydanie tak naprawdę nic w moim życiu nie zmieniło. Albo zmieniło wszystko.

Każdy „aspirujący pisarz”, żyjący marzeniami o opublikowaniu własnej powieści, podobnie wyobraża sobie początki swojej literackiej kariery .

Wszyscy jesteśmy najlepsi, a nasz debiut wstrząśnie rynkiem co najmniej tak samo mocno, jak „Carrie” Stephena Kinga. Książka sprzeda się w tylu egzemplarzach, że wydawca nie nadąży z dodrukami, a największe wytwórnie filmowe ustawią się w kolejce po prawa do ekranizacji.

Jednakże każdy „aspirujący pisarz” mający pod czaszką coś więcej niż próżne marzenia doskonale zdaje sobie sprawę, że taka wizja jest kompletnie nierealna. I ja byłem jednym z nich, choć przyznaję — liczyłem na więcej.

Wiedza to potęga

To niesamowite, jak wiele jest się człowiek w stanie nauczyć w stosunkowo krótkim czasie. Gdy rozsyłałem do wydawców manuskrypt powieści myślałem, że „coś tam wiem”. W końcu czytałem te wszystkie porady znanych pisarzy, wertowałem fora internetowe w poszukiwaniu porad jak postawić pierwsze kroki, jak wydać książkę. Prawda jest jednak taka, że w porównaniu z tym, co wiem dziś, wtedy nie wiedziałem nic.

A dziś i tak czuję, jakbym lizał lodu przez szybkę — tzn. wciąż miał wiele do odkrycia.

Popełniłem po drodze mnóstwo błędów, z czego kardynalnym grzechem mojego debiutu był… pośpiech. Dlatego drodzy koledzy, koleżanki po piórze — jeśli kiedyś napiszecie swoją książkę i zechcecie ją wydać, nie spieszcie się.

Moim ogromnym błędem było przyjęcie pierwszej z brzegu oferty wydawniczej i wpakowanie się w Vanity Press, które nie do końca uważam za zło wcielone, ale też nie potrafię go z czystym sumieniem polecić.

W telegraficznym skrócie Vanity Press to wydanie ze współfinansowaniem. Nie self-publishing per se, lecz równe rozłożenie odpowiedzialności za losy dzieła między wydawcą a pisarzem. Także tej finansowej. I to chyba najbardziej mnie boli, bo zainwestowane pieniądze (które były przeznaczone na zupełnie co innego) prawdopodobnie nigdy mi się nie zwrócą. Przynajmniej dopóki nie wydam Fanaberii w wersji 2.0, o czym jeszcze wspomnę.

Dlaczego więc zdecydowałem się na taką drogę wydawniczą?

Bo mało wiedziałem. Bo — jak wielu nieświadomych debiutantów— myślałem, że jedyną drogą na księgarniane półki jest wkupienie się do świata literatury, bo przecież kto dziś wydaje debiuty nikomu nieznanych ludzi?

Święcie wierzyłem, że na polskim rynku, który jest tragicznie zatłoczony przez przedruki i książki uznanych twórców (ewentualnie blogerów i celebrytów) absolutnie nie ma miejsca dla nowego, nieznanego nazwiska. Łatwo więc było mi wmówić, że taka droga jest najwłaściwsza, bo innej do otworzenia tych drzwi po prostu nie ma. Oczywiście tkwił też we mnie wynikający z niewiedzy lęk, że przekazując prawa do swojej powieści tak naprawdę oddałbym ją na wyłączność komuś, kto zrobi z nią coś, czego sobie nie życzę. A zatem trafił też do mnie argument o zachowaniu praw autorskich, który jest nieodłącznym elementem współfinansowania.

Przyjąłem więc pierwszą ofertę wydawniczą nie bacząc na wszystko. Kiedy pół roku później odezwały się do mnie inne wydawnictwa, te „poważne”, było już za późno, by się wycofać. A konsekwencje pośpiechu i pochopnej decyzji okazały ogromne.

Wyjąwszy oczywisty cios w osobiste finanse, światło dzienne ujrzała książka, która w każdym aspekcie mogła być przygotowana lepiej:

1. Redakcja

Dziś doskonale wiem, czym jest prawdziwa redakcja. Sam zajmuję się nią na co dzień, pracuję z ludźmi, którzy znają się na niej lepiej ode mnie i poznałem całkiem nieźle arkana tej sztuki, choć wciąż jestem ledwie adeptem. Podczas wydawania mojej książki o redakcji nie wiedziałem nic. To, co mój „wydawca” nazwał „redakcją” było zaledwie korektą i załataniem dwóch/trzech dziur logicznych gdzieś po drodze. Dlatego teraz, gdy otwieram moją książkę mam ochotę rozbić własną czaszkę o najbliższy mur, bo niemal na każdej stronie dostrzegam zgrzyty, które wyłapałaby solidna redakcja.

2. Przygotowanie książki

Myślałby kto, że płacąc za przygotowanie, otrzymujemy produkt wysokiej jakości. Jeśli tak, to w moim przypadku coś nie wyszło. Pomijając wysłużenie się grafiką ze stocku (co jest niestety powszechną praktyką wśród małych wydawców, których nie stać na zatrudnienie rysownika) książka ukazała się z naprawdę dużym opóźnieniem, co tym bardziej dało mi nauczkę na przyszłość w kwestii pośpiechu. Przy okazji mogę dodać, że cały ten czas oczekiwania zwyczajnie zmarnowałem. Zamiast zacząć pracę nad czymś nowym, z uporem maniaka czekałem tydzień po tygodniu na sygnał z wydawnictwa, że jednak coś się z moją książką dzieje. W 9 przypadkach na 10 — nic się nie działo.

3. Promocja

A raczej totalny jej brak. Chyba że za promowanie dzieła uznamy rozesłanie notatki prasowej do mediów (sam otrzymuję takich notatek kilkadziesiąt dziennie — jak dobrze pójdzie to dwie zaszczycę spojrzeniem przed wysłaniem do kosza). Bawi mnie też niezmiernie fakt, że sumarycznie osobiście wysłałem większą liczbę egzemplarzy recenzenckich z prywatnej puli, niż zrobił to wydawca. Jedynym działaniem promocyjnym, jakiego doczekała się moja książka, były recenzje na blogach książkowych, za które z serca dziękuję każdemu autorowi. Problem polega na tym, że większość z tych blogów ma naprawdę mikry zasięg, a po prawdzie to… one wszystkie czytane są przez jedną i tą samą grupę ludzi. Co redukuje zasięg do praktycznie jednego kręgu, więc aspekt marketingu szeptanego gryzie w tym przypadku piach.

4. Dystrybucja

„Fanaberię” możecie nabyć niemal wszędzie. O ile to „wszędzie” znajduje się w Internecie. Poza nim może być ciężko, bo pomimo licznych zapewnień i szumnych zapowiedzi wydawcy o współpracy z czołowymi sieciami dystrybucji w Polsce, fizyczne egzemplarze mojej książki trafiły tylko do małych, lokalnych księgarenek, gdzie zapewne i tak stoją zapomniane w najdalszym kącie zbierając kurz, czekając na zwrot do dystrybutora. Rzeczywistość jest taka, że aby książka trafiła do dużej sieci pokroju Matrasa, Merlina czy Empiku, wydawca musi temu odrobinę pomóc, bo żadna sieć nie zamówi wymaganego minimum nakładu „na krzywy ryj” autora. I jak widać… mój wkład finansowy w wydanie nie obejmował tej „odrobiny pomocy”.

5. Zarobki

Będę w tym momencie brutalnie szczery. Zarobiłem dokładnie nic. Zero. Null. Ba! Po wypłaceniu ostatniego tantiemu i zwrotach do wydawcy wychodzi na to, że muszę 50 zł dopłacić! Nie mówiąc o tym, że zwróciła mi się może… 1/8 (?) kosztów wydania. Jak dotąd „Fanaberia” rozeszła się (wliczając ebooki) w oszałamiającej liczbie około 300 egzemplarzy. Tak, moja książka nie jest dziełem wybitnym i wiele bym w niej poprawił. Ale nie jest też dziełem złym, co widać po reakcjach czytelników i licznych recenzjach w Sieci.

Jeśli gdzieś szukałbym odpowiedzi na pytanie, skąd tak słaby wynik, to zapewne kryje się ona w pierwszych czterech punktach tej wyliczanki.

Jakie lekcje wyniosłem ze swojego debiutu?

Chciałbym powiedzieć, że ta historia była dla mnie uderzeniem w twardy mur rzeczywistości z prędkością 150 km/h, ale nie byłaby to prawda.

Pół roku po debiucie moja psychika przypominała raczej samochód pędzący przez niekończącą się autostradę na pustkowiu, któremu w końcu zaczyna brakować paliwa. Jedzie coraz wolniej i wolniej, aż w końcu staje. Kierowca wychodzi ze środka i rusza dalej piechotą, powłócząc nogami w skwarze, aż w końcu pada na kolana, bo nie jest w stanie iść dalej, a nawet pełznąć.

Tak, ta metafora jest dość trafna. Przez pół roku poddawałem się rosnącej frustracji i złości, aż w końcu po prostu padłem ze zmęczenia. Potem przyszła obojętność, bo zasadniczo jeśli książka w ciągu pół roku od premiery nie złapie wiatru w żagle, to jest trupem. A ze mnie żaden Jezus i choćbym nie wiem jak chciał, trupa nie wskrzeszę.

Cała ta sytuacja ma jednak paradoksalnie wiele pozytywów. Głównym jest nabyta wiedza. Będąc sfrustrowanym do ostatnich granic, z uporem maniaka szukałem lepszych rozwiązań. Poznawałem nowych ludzi, którzy znają ten fach i wiele mnie nauczyli. Rozmawiałem z przedstawicielami branży, przyglądając się jej świeżym okiem, od zera, z każdej strony.

W końcu uwolniłem się też od toksycznej pracy w handlu i zacząłem zarabiać na życie pisaniem o technologiach, dzięki któremu operuję słowem pisanym nieporównywalnie lepiej, niż pisząc swoją debiutancką powieść. Słowem — ewoluowałem.

Uczcie się na moich błędach

Chciałbym, żeby każdy „aspirujący pisarz” (jak sam siebie nazywałem przez długi czas) marzący o wydaniu własnej książki przyjrzał się temu co zrobiłem i wziął sobie do serca, jako idealny przykład jak NIE debiutować. Jak NIE wydawać pierwszej książki. Bo można to zrobić lepiej, a rynek wydawniczy jest naprawdę chłonny — na dobrą książkę zawsze znajdzie się wydawca i nie pozwólcie sobie wmówić, że jest inaczej.

Jeśli wydawnictwa konsekwentnie odmawiają publikacji Twojej książki, to nie z nimi jest coś nie tak, lecz z Twoją książką, naprawdę. Jest też druga strona medalu — jeśli jeden wydawca wyraził zainteresowanie Twoim manuskryptem, z pewnością zrobi to i drugi. Warto więc wstrzymać się z decyzją i wybrać najbardziej korzystną opcję.

I jeszcze jedno: zazwyczaj warto ignorować zdanie innych i przeć do przodu. Czasem jednak warto pomyśleć, czy aby nie mają racji. Gdybym przed wydaniem książki posłuchał mądrych rad mojej lepszej połówki, dziś zapewne nie pisałbym takiego tekstu.

Mi pozostaje tylko w skupieniu pracować nad drugą książką, będąc bogatszym o jedną porażkę i sto pomniejszych zwycięstw, które jej towarzyszyły.

A gdy przyjdzie kres obecnej umowy wydawniczej na „Fanaberię”, przygotować ją jeszcze raz, niemalże od podstaw i wydać w wersji 2.0 — bo choć dziś napisałbym ją sto razy lepiej, to wciąż jest dobra historia. Przydałoby się ją tylko nieco lepiej opowiedzieć.


Mimo wszystko polecam “Fanaberię” waszej uwadze — czy w papierze, czy w ebooku. Więcej o mnie możecie dowiedzieć się odwiedzając profil na Facebooku.

Znajdziesz mnie też na Twitterze: @lukaszkotkowski