Content wraca do źródeł


Wiele zostało powiedziane na temat nowego serwisu streamingowego zza oceanu. Złe wróżby, oskarżenia, wytykanie pazerności i wiele innych w większości negatywnych określeń znalazło się wśród tych najczęściej wypowiadanych.

tidal.com to nowy gracz na rynku platform streamingowych. Niestety oglądając prosty explainer dostępny na głównej stronie serwisu, w którym pobieżnie omówiona jest jego funkcjonalność, można odnieść wrażenie, że to wszystko już było. Szybko okazuje się, że kolejne linki na stronie są na tyle płytkie, że prędzej czy później trafimy na relację video z konferencji prasowej, na której dowiadujemy się kto stoi za nowym, nowojorskim startupem.

Nie byłoby w tym zupełnie nic spektakularnego, nawet biorąc pod uwagę liczbę zaangażowanych w projekt nazwisk gwiazd międzynarodowej sceny muzycznej gdyby nie fakt, że to pierwszy projekt, w którym oficjalny komunikat marketingowy mówi o ich pełnym zaangażowaniu właścicielskim. Patrząc na przyjętą strategię cenową łatwo jest wysnuć banalny wniosek, że chodzi o pieniądze jakie twórcy muzyki dotychczas otrzymywali od innych tego typu platform. Wszem i wobec nie omieszkali mówić o tym, że dostają za mało. Dziesiąte i setne części centa za odsłuchanie jednego utworu, wpadające na ich konta nie były, nie są i jak widać najprawdopodobniej nigdy nie będą satysfakcjonujące.

Mimo dużego zamieszania wokół tematyki streamingu muzyki trzeba przyznać, że konsumenci mają w końcu legalny dostęp do muzyki za pieniądze, które dla większości średnio zarabiających są realne, żeby nie powiedzieć małe. Abonamenty oscylujące w okolicach dziesięciu złotych za miesiąc dostępu to dla większości naprawdę sensowna oferta biorąc pod uwagę, że mamy dostęp do praktycznie każdej piosenki dostępnej na rynku. Niestety nie możemy w tym przypadku powiedzieć, że zarówno wilk jak i owca są cali.

Nowa platforma chce od potencjalnego klienta w zależności od abonamentu od pięciu do dziesięciu razy więcej. Niebotyczna zmiana dla przeciętnego odbiorcy. Przynajmniej od razu wiadomo skąd będą brane pieniądze na wzrost zarobków artystów. Mimo to kwestia konstrukcji modelu biznesowego nie jest dla mnie aż tak istotna. Zadziałają prawa rynku i ekonomii. Ciekawy natomiast staje się kontekst udziału własnościowego artystów w całym przedsięwzięciu.

Najpopularniejsi twórcy contentu mają własną platformę propagowania swojej twórczości. Czy wycofają się z innych serwisów? Nie sądzę. Znikną z YouTube? Też nie. Póki co. Być może to zupełna futurystka, ale właśnie jesteśmy świadkami wydarzenia, które może stać się początkiem rewolucji. Nie chodzi o sam serwis tidal.com, którego póki co nie jestem użytkownikiem — jest po prostu za drogi — ale o sposób myślenia twórców. Nie tylko na rynku muzycznym, ale także każdej innej wartości jaką stanowią autorskie treści dostępne w sieci. Jay-Z, Beyonce, Madonna i cała reszta zaangażowanych gwiazd dała właśnie jasny sygnał geniuszom z doliny krzemowej, że mają dość tego, że miliardy dolarów lecą na konta podmiotów, które są właścicielami narzędzi a nie autorami i właścicielami treści.

Czy nadejdą czasy schyłku dla serwisów agregujących content? Zapewne nie ponieważ wiele razy historia udowodniła nam, że rynek i ludzkie potrzeby są bardzo pojemne. Ale nie oznacza to, że część contentu, który zostanie uznany za wartościowy w przeliczeniu na dolary, nie wróci do sprzedaży bardziej bezpośredniej, niezwiązanej z żadnym technologicznym brandem. W przypadku jednego artysty zdjęcie wszystkich teledysków z YouTube może nie jest najmądrzejszym ruchem, ale jeśli jest ich dwudziestu, a ich renoma jest znacząca to staje się to realną wartością, którą można przenieść w inne miejsce. Na przykład takie, które dzięki ich wizerunkowi stanie się modniejsze.

Rynek startupów dobitnie pokazuje, że w dzisiejszych czasach liczy się już tylko pomysł. Kasa na software house zawsze się znajdzie. Artyści dużego formatu, w każdej branży, kasy trochę mają.

One clap, two clap, three clap, forty?

By clapping more or less, you can signal to us which stories really stand out.