Mała

Właściwie do wody po raz pierwszy weszłam tak naprawdę dla niej. Chciałam jej pokazać, że absolutnie nie ma się czego bać. Kamyczki masują stópki, muszelki spokojnie poczekają aż zabierzemy je do woreczka (bo na plażę trzeba taki woreczek specjalny na muszelki absolutnie zabierać). Ona nie wydaje się przekonana. Stoję więc na brzegu, łagodnie powtarzając półgłosem: “nie ma się czego bać”…Fala za falą uderza o brzeg. “Wystarczy się poddać. Nic złego się nie stanie.” Zaklinam jej rzeczywistość.

Pierwszy krok — stopa zapada się miękko w drobniutki mokry piach. Idziemy! Dalej! Naprzód! Brrrr…jaka zimna! Fale już liżą nam kolana, zanurzamy się same po szyję. Na więcej nas dziś nie stać. Zresztą. Nie ma pośpiechu…jest za to słońce tańczące błyskami na szarej powierzchni wody, jest wiatr zrywający białe grzywy do galopu, jest wreszcie sól na wargach. Mała bawi się tym smakiem, raz po raz zlizując koniuszkiem języka kryształki z ust. Próbuje, czy woda faktycznie jest słona…prycha jak młody źrebak. Zaraz też próbujemy, jak się leży na tym zasolonym tworze-po-tworze…można sobie po-leżeć i po-płynąć. Pozwolić falom wytarmosić się za wszystkie czasy. Puszczamy wszystkie nitki wiążące z lądem, zostaje tylko blask, sól, piaszczyste dno…

Mała ciągnie mnie za rękę. “Zimno mi już trochę, ogrzejmy się w słoneczku". Leżak więc. Plaża. Kryształki soli połyskują zebrane w zagłębieniu łopatki…muszelki dalej spokojnie czekają aż zabierzemy je do woreczka.

Kochana, dziękuję Ci, za to, że jesteś.