Papier z AGH-u czy z Hogwartu

Moje studia magisterskie postrzegam jako ustrukturyzowaną stratę czasu — sposób na przedłużenie okresu bez presji odpowiedzialności, w dodatku nie tylko akceptowany, ale wręcz wymagany przez społeczeństwo. Polskie społeczeństwo. Bo na zachodzie — głównie ze względu na wysokie koszty edukacji — magistra robi niewielu.

Moje rozgoryczenie było tym większe im więcej filmików z MIT, czy innej amerykańskiej uczelni oglądałam — wyobrażając sobie jaka to bym była zmotywowana, gdybym studiowała za oceanem.

Życie, życie jest nowelą… niecały rok po upragnionym zakończeniu przygody z edukacją wyższą w Polsce, wylądowałam na amerykańskim uniwersytecie. Jeśli zastanawiacie się czy filmy nie kłamią: tak, mają potężne budynki, które przywołują na myśl wieloletnią tradycję, mimo że większość z nich powstała w przeciągu ostatnich 30 lat, a kampus otoczony jest lasem, po którym kicają zające i chodzą żółwie, tak, pijemy co wieczór z czerwonych kubeczków, a w barach są ciągle oblegane stoły do beer-ponga. Trzeciego tak nie będzie.

Bo poziom nauczania nie jest niesamowity, a prowadzący wcale nie promieniują powalającą wiedzą.

Disclimer: jestem w szkole biznesu, a w tym momencie mówię o lekcjach programowania — nie jest to część kursów, z których uniwerek jest najbardziej znany.

Nigdy nie byłam pilną studentką, jednak tutaj nie mam żadnego problemu — wszystko co jest na testach, jest powiedziane w klasie, a zadania nie są w żaden sposób trudniejsze niż te na laboratoriach. W dodatku akcent pada na nauczenie wszystkich podstaw, raczej niż stworzeniu pozorów tego, że wszyscy posiedli zaawansowaną wiedzę — na pewno nie chodzi o to żeby kogokolwiek oblać. W czasie zajęć z klasy można wychodzić, pić i jeść. Profesorowie wiedzą, że czasami na lekcji się przysypia — więc jeśli ma mi pomóc wstanie — mam pełne prawo to zrobić. Genialne. Z dokładnością do szeleszczenia papierków, które trochę mnie wkurza.

A piszę cały ten artykuł, żeby pozbyć się kompleksów i podzielić z Wami zaskakującą obserwacją. Okazuje się, że coś o czym ostatnio słyszeliście na meetupie w Krakowie, może być gorącą technologiczną nowinką w korporacji za oceanem. A nowo poznany Amerykanin, który z urzekającą pewnością siebie opowiadał wam o tym jak wymiata w Javie — za kwadrans może poprosić o pomoc w zrozumieniu konceptu konstruktora. Nadmierna skromność w tym kraju się nie sprawdza.


Dużo wiedzieć jest rzeczą piękną, ale nierównie ważniejsze jest umieć dowiedzieć się czegoś. A. Witkowski

Jest jednak jedna, fundamentalna różnica w podejściu do nauczania, która w moich oczach częściowo tłumaczy sukces Ameryki. U nas ocenia się konkretą, twardą wiedzę jaką już posiadasz (lub pozory wyników). Czyli najlepiej po cichu zamknąć się w bibliotece i wrócić na zajęcia, gdy wszystko się już wie. Albo chociaż siedzieć cicho. W Stanach nacisk jest kładziony na umiejętność dowiedzenia się czegoś. Wymaga się aktywnego uczestnictwa w zajęciach — a ktoś kto zadaje dobre pytania jest postrzegany co najmniej na równi z kimś, kto to wszystko już wie. Przyjemne jest również to, że Profesorowie w przypadku problematycznego pytania nie boją się przyznać, że odpowiedzi nie znają i wrócić do pytania na następnych zajęciach.

Ten przymus ciekawości, brak sztucznej bariery pomiędzy studentem a profesorem jak i fakt, że żadne pytanie nie prowadzi do ośmieszenia (chociaż Polaka część z nich może doprowadzić do zwątpienia w ludzkość) - to są rzeczy które powinniśmy importować.


Hub zbierający moje luźne przemyślenia: rydzy.pl