Szarwar kamiz
Uwaga: Cała poniższa historia oparta jest na faktach.
Obudziłem się i zwyczajowo przeprowadziłem szybki self-test, który tym razem wprawił mnie w osłupienie: prawa ręka była podłączona do kroplówki, lewa unieruchomiona gipsem, a szpital nie przypominał niczego typowego dla warszawskich czy krakowskich placówek medycznych. Uśmiechnąłem się niepewnie do niemłodej już siostry pilnującej mojego łóżka, na co w odpowiedzi usłyszałem słowa wypowiedziane w kompletnie dla mnie niezrozumiałym języku.
— Oczywiście, że to tadżycki — pomyślałem uspokojony i opadłem z powrotem na poduszkę. Mój mózg wchodził na wyższe obroty, podczas gdy ja próbowałem ogarnąć sytuację i zaplanować najbliższe kroki; pierwszy: wydostać się jak najszybciej ze szpitala; drugi: wyplątać się z tego, w cokolwiek zdołałem się wplątać i… wrócić do domu.
O ile pierwsze było proste (tadżyckie szpitale, nie przywiązują zbytniej uwagi do pilnowania swoich pacjentów), o tyle drugie wymagało zrozumienia mojej obecnej sytuacji do czego musimy cofnąć się o 16 dni.
21–23 sierpnia 2016
Mówię znajomym, że lubię podróżować - prawda jest jednak troszeczkę inna: podróże mnie nieco przybijają i męczą, a przede wszystkim — zaskakują. Już dawno przestałem zabierać kogokolwiek z rodziny na wakacje, bo nigdy nie wiem, w co się wpakuję. Do dziś trudno mi rzec, na ile prawdziwa była zeszłoroczna eskapada do Meksyku, więc tym razem, trzymając bilet do stolicy Tadżykistanu, Duszanbe (mając jednocześnie świadomość, że to nie jest prawdziwy cel wycieczki), pozwoliłem sobie tylko na ciche westchnięcie podczas wspinania się po schodkach samolotu Turkish Airways.
Żadne z opisanych poniżej wydarzeń nie zostały zmyślone 6 maja 2015, Na pokładzie samolotu do Frankfurtu Przy moim…meksyk2015.wordpress.com
Oczywiście, sam jestem sobie winien: jakiś czas temu zawarłem umowę z Roderykiem (alter ego Rudolfa), w której zobowiązuję się umożliwiać mu robienie zdjęć takich i w taki sposób, na jaki przyjdzie mu ochota. Efektem tego jest, że to on kupuje bilety i planuje wakacje. W tym roku dodatkowo uparł się na znalezienie jakiegoś człowieka na końcu świata.
— Ale wiesz chociaż jak on wygląda lub jak się nazywa? — indagowałem go podejrzliwie.
— Oczywiście, że nie — prawie się obraził. — To jest w tym wszystkim najlepsze!
Machnąłem ręką, odkładając temat na później — w końcu nawet jeśli go nie znajdę, przynajmniej zwiedzę świat.
Roderyk zawsze lubił uciekać się do niestandardowych rozwiązań, nie zdziwiłem się więc aż tak bardzo, gdy po przesiadce na lotnisku w Stambule z ukrytych otworów jeszcze przed startem zaczął napieprzać jakiś gaz.
— Zaczyna się — mruknąłem pod nosem, i następne co pamiętam, to przebudzenie już gdzieś nad Azją. Za towarzystwo miałem dwie dziewczyny:
- jedna mocno wymalowana Turczynka, dość tęga i w jakimś frywolnym ręczniku na głowie (w kolorze intensywnej czerwieni);
- druga wysoka, szczupła i bardzo przystojna brunetka, ubrana w stylu „smart casual” , o wyraźnie azjatyckich rysach twarzy. Powiedziałbym Tadżyckich, ale wtedy nie wiedziałem jeszcze jak wyglądają typowo tadżyckie rysy twarzy młodej kobiety.
Obydwie szczebiotały po rosyjsku o swoich fotkach na fejsie i właśnie zaczęły komentować zdjęcia z Warszawy. Jakie jest, do licha, prawdopodobieństwo, że w locie Stambuł-Duszanbe tadżycka młoda bussines woman, będzie pokazywać swoje zdjęcia Warszawy, świeżo poznanej tureckiej koleżance???
Najwidoczniej poprzeczka miała zostać ustanowiona dość wysoko, stąd naprawdę spokojnie przyjąłem fakt, że po wylądowaniu na miejscu, w Duszanbe, nie dość, że nie było informacji turystycznej, to jeszcze absolutnie nikt nie mówił po angielsku.
— Ty gnoju, w co ty mnie pakujesz? — spytałem zmęczonym głosem.
— Spokojnie — tłumaczył Roderyk — Tadżykistan jest byłą radziecką republiką, więc z każdym dogadasz się po rosyjsku.
— Nie znam rosyjskiego, idioto!
— No to po polsku. Z resztą, rzuć im nazwę miasta, to cię dowiozą. Tylko nie daj się orżnąć — dodał i rozłączył się.
Zadziałało. Parę godzin później siedziałem na przednim siedzeniu terenowej Toyoty, jadąc na południe kraju razem z innymi siedmioma tadżyckimi pasażerami i dachem wyładowanym bagażami. Okazuje się, że bycie Polakiem w Tadżykistanie daje +5 do sympatii — udało mi się nie tylko załatwić transport w standardowej cenie, ale i śniadanie z kawą w miłym towarzystwie.

Jedynym problemem okazał się czas, a właściwie moje (zachodnie) do niego (azjatyckiego) podejście: podczas, gdy ja chciałem mieć harmonogram, Tadżycy ze swoistym fatalizmem powtarzali “Insz Allach”, co mniej więcej znaczy “będzie, jak Bóg da” i rzeczywiście było praktyczniejszym podejściem od mojego. Allach postawił bowiem tego dnia na naszej drodze nie tylko zwyczajowe kontrole tadżyckiej drogówki, wojskowe check-pointy (na których sprawdzali paszporty, wizy i pozwolenia na wjazd do strefy GBAO), ale również przebił nam koło, co w efekcie zmusiło mnie do przerwania podróży po kilkunastu godzinach, by kontynuować ją dopiero rankiem następnego dnia.

— Pojedziemy do mojego domu — tłumaczył kierowca — tam ci dam zjeść, prześpisz się, a jutro odstawię cię do Chorogu.
— Oczywiście za wszystko już zapłaciłeś — dodał widząc moją niewyraźną minę i częstując skromnym, ale świeżym posiłkiem, gdy już dojechaliśmy w środku ciemnej nocy.

Nie byłem jednak potraktowany super wyjątkowo; razem ze mną na noc został młody tadżycki żołnierz — widać, że takie sytuacje się tu po prostu zdarzają. W ogóle, całe zachowanie kierowcy nacechowane było sporym doświadczeniem, żeby nie rzec: rutyną; występujące na przykład co kilkadziesiąt minut podróży zatrzymania przez tadżycką drogówkę, obsługiwane były zwykle w ciągu maksymalnie minuty, półtorej — wyjście z auta, powitanie przedstawiciela policji ze zręcznym wręczeniem zwyczajowej “opłaty”, życzenia miłego dnia, kontynuacja jazdy. Full profeska.

Chociaż, może niepotrzebnie łączę profesjonalizm z rutyną: Tadżycy często bywają… “niefrasobliwi”: z jednej strony poważnie podchodzą do kontroli wjeżdżających do rejonu GBAO (strefa nadgraniczna z Afganistanem, krajem bądź co bądź ogarniętym wojną), z drugiej - otrzymane bronie traktują trochę jak zabawki. Dałem paszport z wizą i pozwoleniem na wjazd do GBAO funkcjonariuszowi z dużą czapką i czekam na ogarnięcie formalności, podczas gdy jego kolega z kałachem bawi się spustem delikatnie go naciągając i puszczając z wyraźnym “klik”.
— Wy z Polszy? — pyta oficer, a ja słyszę za plecami: “klik”.
— Da — próbuję się uśmiechnąć, gdy znowu słyszę wyraźne: “klik”.
Może jestem przewrażliwiony, sam nie wiem, w każdym razie na nikim innym najwidoczniej nie robiło to wrażenia.
Zrobiło wrażenie natomiast to, jak po dojechaniu do miasteczka Eshkashem, zacząłem szukać przewodnika i tłumacza, który poszedłby ze mną “na drugą stronę”.

— Jak chcesz to możemy cię podwieźć do Murgabu — tłumaczyła mi dzikim fartem znaleziona kobieta, która jako nieliczna ogarniała język angielski.
— Nie macie nikogo, kto poszedłby ze mną w Mały Pamir?
— Nie, nie, tam jest niebezpiecznie. Nikt nie przechodzi przez granicę. Możemy cię podwieźć nad jezioro.
Wzruszyłem ramionami.
— W takim razie, sam sobie poradzę. Czy Ishkashim po drugiej stronie jest wystarczająco duże, bym zrobił zakupy przed wyprawą?
— Tak, tak, to duże miasto, nawet może większe niż nasze — odpowiedziała i widząc moją determinację, podejrzanie szybko straciła zainteresowanie całą sprawą.
Cóż mi pozostało? Widząc wszędzie jawną niechęć Tadżyków do towarzyszenia mi w dalszej podróży, udałem się na most i samotnie targając dwa ciężkie bagaże przekroczyłem granicę.
Byłem więc w Afganistanie.
Dość dobitnie podkreślały to wraki czołgów z czasów radzieckiej inwazji — wchodziłem w zupełnie inny świat.

Polak w Afganistanie
Nie miałem jakichś ściśle sprecyzowanych oczekiwań wobec tego, co zobaczę, ale i tak przeżyłem wielki szok:
- żołnierze wyglądali jak terroryści z hollywoodzkiego filmu (twarze zasłonięte afgańskimi chustami w kratę, długa broń, niejednolite umundurowanie) i w pierwszej chwili poczułem się bardzo niepewnie — do momentu, aż sobie uświadomiłem, że to są “ci dobrzy”, którzy jako pierwsi w przypadku pojawienia się Talibów otworzyliby ogień;
- bieda, bieda i jeszcze raz bieda — miasteczko po tej stronie granicy nie przypominało niczego, co do tej pory widziałem. Gorzko zaśmiałem się w duchu na wspomnienie wyjaśnienia, że po tej stronie Ishkashim jest większe niż część tadżycka. Najwidoczniej Tadżycy nigdy nie widzieli tego miejsca — miałem tylko nadzieję, że uda mi się kupić niezbędne rzeczy do wyprawy.
— Hello my friend — przerwał moje rozmyślania brodaty Afgańczyk ubrany w wyróżniający się czystością błękitny szarwar kamiz.
— Dzień dobry, mówisz po angielsku? — zdziwiłem się.
— Oczywiście, potrzebujesz pomocy? Jestem przewodnikiem, jeśli byś szukał kogoś takiego — dodał uśmiechając się przymilnie.
O ile ściąganie na siebie wzroku będąc turystą może mieć swoje złe strony, o tyle w tym przypadku najwidoczniej miało mi to zaoszczędzić wiele godzin poszukiwań. Safi — bo tak przedstawił się mój nowy znajomy — szybko przedstawił mi swoją ofertę i zaoferował usługi przewodnika i tłumacza deklarując gotowość wyruszenia nad jezioro Chaqmaqtin choćby jutro.

— Czekaj, czekaj — powiedziałem — ja tu mam człowieka, z którym się kontaktowałem przed przyjazdem i chciałbym najpierw z nim porozmawiać. Wiesz, żeby nie miał wrażenia, że za jego plecami znalazłem sobie kogoś innego mimo naszych wstępnych rozmów.
— Jasna sprawa, daj mi numer i już dzwonimy — zaoferował swoją komórkę i rzeczywiście już po chwili rozmawiałem z Farhadem, który prowadził swego rodzaju “agencję turystyczną” (o ile można to tak nazwać). Farhad jednak nie upierał się, bym korzystał z jego usług — gdy usłyszał stawkę jaką zaproponował Safi, powiedział, że nie może zaoferować nic tańszego.
— Poza tym nie mam nikogo, kto by mógł już jutro z tobą ruszyć, człowiek którego znalazłeś jest naprawdę godny zaufania, więc spokojnie możesz go nająć — dodał.
Tak też zrobiłem.

Ponieważ wstępne rozeznanie na podstawie opisanych tu i ówdzie relacji z poprzednich wypraw wskazywało na dość wysokie ceny dla turystów, zaczęliśmy od zdefiniowania budżetu na całą podróż.
— To wszystko, co mam — pokazałem mojemu nowemu przewodnikowi zwitek banknotów wyciągniętych z kieszeni. Najwidoczniej brakowało nam około 200 dolarów. Safi zacmokał z dezaprobatą.
— Dlaczego wy, Polacy, macie taki problem z budżetem? — zapytał.
— A co, dużo turystów z Polski tu bywa? — zdziwiłem się.
— O, całkiem sporo — wyjaśnił. — W tym roku były 4 osoby.
Pochyliliśmy się nad wyliczeniami. Dolar po dolarze, ograniczając wszystko co możliwe i licząc każdą główkę cebuli, zdołaliśmy ograniczyć budżet tak, żeby nie musieć odwoływać całego przedsięwzięcia.
— Bardzo, bardzo wysokie ceny tu macie — powiedziałem patrząc na pozycję przejazdu do Sarhad za 350 dolarów.
— To zależy kto patrzy. Anglicy czy Amerykanie tak nie marudzą — wyjaśnił Afgańczyk.
— No tak — przytaknąłem — Polska to biedny kraj, można powiedzieć, że to taki Afganistan Europy. Nie można tego negocjować?
— Tej ceny nie, jest ustalana z Gubernatorem i akceptowana przez Ministerstwo Turystyki.
— Skandal — mruknąłem pod nosem — to kiedy ruszamy?
— Nie tak szybko — wyjaśnił — najpierw musimy zdobyć szereg pozwoleń i przepustek, niezbędnych do przejścia przez policyjne i wojskowe checkpointy po drodze. Ja się tym zajmę — mruknął uspokajająco.

Jak się okazało, przepustek do załatwienia było 5 lub 6. Do wyrobienia niezbędnych dokumentów, potrzebne były 4 moje zdjęcia, wizyta w punkcie ksero, oraz odwiedziny przedstawicieli afgańskiej armii i policji. Punkt ksero był jednak zamknięty — czekaliśmy parę chwil przed wejściem dostosowując moją percepcję upływającego czasu do lokalnych realiów. Przyszedł w końcu właściciel i uruchomił niedużą, stojącą na zewnątrz maszynę. Przy wtórze warkotu spalinowego silnika rozbłysła zainstalowana w środku żarówka, a małe urządzenie do kserowania i drukowania zamigotało diodkami sygnalizując gotowość.

— Dziś nie ma prądu, więc sobie radzimy — wyjaśnił bez mruknięcia okiem.
Przed wejściem do budynku ANP, uzbrojony po zęby strażnik zatrzymał nas i rozpoczął wnikliwe przeszukanie.
— Aha! — powiedział z triumfem w oku, wyciągając mi z kieszeni i zabierając na czas wizyty… klucze od domu.
U szefa policji zostaliśmy poczęstowani herbatą; w tym, co akurat było pod ręką — mi dostała się filiżanka, z której ktoś najwidoczniej uprzednio pił — podający napój policjant niewiele się tym jednak przejął — wylał resztkę na dywan i nalał nowej.
Siedzielibyśmy tam diabli wiedzą jak długo, gdyby Safi nie powiedział, że wyjdziemy dopiero wtedy, jak wszyscy wypijemy nalane herbaty do końca.
— Taki zwyczaj — wyjaśnił, jak wychodziliśmy.
W końcu wszystko udało się załatwić i byliśmy gotowi do wyruszenia w drogę czerwoną terenową Toyotą z kierownicą po prawej stronie.
— Ale ruch macie przecież prawostronny — zdziwiłem się.
— Tak, tak, ale tutaj prawo drogowe jest dostosowane do lokalnych warunków — wyjaśnił Safi — i nie ma znaczenia, po której stronie jest kierownica, ważne byśmy dojechali do celu.

Kierowców, jak się okazało, jest zwyczajowo dwóch. Dwa dni jazdy to w końcu nie w kij dmuchał, i chyba właśnie z tego założenia wyszedł ten siedzący obok mnie na tylnym siedzeniu — wyciągnął okrągłe metalowe pudełko, ładnie zdobione, wielkości trochę mniejszej niż pasta do butów.
— Chcesz? — Powiedział wzrokiem — w Afganistanie to nie problem — dodał zachęcająco łamaną angielszczyzną.
— Co z tym robisz?
— Włóż pod język — uczył Safi — potrzymaj trochę, a potem wypluj.
„Całkiem niezłe” — pomyślałem parę minut później — tylko drapie w gardło przy przełykaniu.
Reszta dnia była naprawdę całkiem spoko.

Takie jechanie z prędkością “polową” wszędzie indziej byłoby dość uciążliwe — ale nie tutaj; nie dość, że bajkowy krajobraz wciąż się zmienia, to jeszcze mijani ludzie wywołują co i rusz zdziwienie z mojej strony.

— Ktoś im za to płaci, czy oni tak sami z siebie? — spytałem Safiego na widok grupy mężczyzn dźgającymi swoimi narzędziami w spiekocie dnia wyschniętą “drogę”.
— Nie, nie, żadnych pieniędzy — wyjaśnił — organizacje międzynarodowe przesyłają paczki żywnościowe, które służą jako wynagrodzenie za taką pracę. Robią drogę i dostają jedzenie. Wszyscy są zadowoleni.

Pomyślałem o milionach dolarów, które znikają w strumieniu pomocy słanej krajom afrykańskim i trudno mi było się nie zgodzić, że operowanie na paczkach żywnościowych może być skuteczniejsze. Patrząc na rozciągające się kilometry kamieni trudno było domagać się od ziemi, by wyżywiła wszystkich mieszkańców.
Sarhad, czyli pierwszy koniec świata

— Masz dziewczynę? — spytał przy śniadaniu Safi.
— Jak to? — wytrzeszczyłem oczy w zdumieniu — przecież wiesz, że mam małżonkę!
— No tak, ale pytam, czy masz dziewczynę. U was nie ma w zwyczaju mieć dziewczyny, jak się już ma żonę?
— Na pewno nie oficjalnie. U was można? Tak na legalu, przy akceptacji żony?
— Nie, nie, żona nic nie wie. Ale akceptowalnym jest, by mieć parę “sekretnych” dziewczyn. Człowiek czasem tego potrzebuje. Ja nie mam — dodał. — Kocham swoją żonę i póki co uważam, że najlepiej jest mieć jedną kobietę.
— Ale kilka żon też potraficie mieć, nie?
— Tak, jak się żyje w luksusie, to i człowieka stać na kilka żon. Tylko one nie zawsze potrafią żyć w zgodzie, często walczą między sobą o męża, więc wolę mieć jedną żonę.

Dojechaliśmy do Sarhad. Miasteczko jest ewidentnie na końcu świata — to dotąd w końcu maksymalnie dojeżdżają samochody terenowe.
Ludzie — bardzo mili, ale dzieci i kobiety niesłychanie nieśmiałe. Boją się nawet pokazywać i ze strachem chowają się gdziekolwiek mogą, gdy przechodzę.
Odważniejsi chłopcy podchodzą po słodycze i biorą dla swoich sióstr i mniejszych braci — ale nie zawsze.

— Idź sobie pozwiedzaj wioskę — powiedział Safi, który coś był nie w humorze.
— Gdzie polecasz iść?
— Gdzie popadnie, byle nie daleko. Aha, i nie wchodź ludziom do domów.
— Spoko, takie rzeczy tylko w twoim towarzystwie.
— A, i zostaw w spokoju kobiety. Dzieci, faceci, kozy — ze wszystkimi możesz się zaprzyjaźniać, ale od kobiet raczej z daleka. Nie zaczepiaj, nie rozmawiaj.
— Tak jest, psze pana — odpowiedziałem posłusznie i się odmeldowałem.
— Salam! — zawołała do mnie młoda kobieta w czerwonej szacie z dzieckiem na ręku. Spojrzałem spode łba. Nikogo innego nie było, więc odpowiedziałem grzecznie „Salam”. Machnęła ręką, żebym zaczekał i zaczęła podchodzić. „To na pewno pułapka, Safi mnie sprawdza”, pomyślałem spanikowany, jak już skończyłem pstrykać sesję zdjęciową. No, to ciekaw jestem jakie wyrafinowane tortury czekają tę biedną dziewczynę. Bo że mi nic nie będzie, to akurat było jasne — w Afganistanie, gdy dojdzie do niepożądanych relacji męsko-damskich, zwykle kary są dość okrutne (nierzadko śmierć), ale zawsze dotykają tylko kobiety.

Zatopiony w myślach pochodziłem naokoło Sarhad, omijając lokalny posterunek policji i meczet. Zacząłem wracać, gdy zauważyłem machającego Safiego. Zatrzymałem się, obserwując mowę jego ciała, by wybadać, czy już ukamienował tę bidulkę, czy dopiero zamierza.
— Udało mi się kupić mleko! — wykrzyknął radośnie machając swoją arafatką, w której niósł coś ciężkiego.
— O, to wspaniale — uśmiechnąłem się z wdzięcznością — Jesteś wielkim człowiekiem.
— Tak jest, będzie na śniadanie! Popatrz — rozwinął chustę i pokazał mi kartoniki z mlekiem UHT.
— Takie? Nie prosto od krowy, czy innej kozy?
— Nie, to jest lepsze! — wyjaśnił. — Takie świeże, od zwierzęcia, zaraz się zepsuje, a to wytrzyma kilka dni.
— W sumie racja, dobrze że to Ty tu planujesz — powiedziałem z uznaniem.
— No, to spotykamy się przy kolacji — rzucił i pomaszerował w swoim kierunku.

Ja zaś, rozglądając się wokół, po raz kolejny jęknąłem z zachwytu i do końca dnia na wszelki wypadek aktywnie unikałem spotkań z kobietami. I chyba dobrze, bo jak wracałem z dziecięcego meczu basebolowego, zauważyłem że moje fotograficzne wysiłki obserwuje przez wojskową, radziecką lornetkę dwóch przycupniętych przy ścianie Afgańców.
Afgańczycy zdecydowanie mi nie ufają i wszystkiego nie mówią — jednak to właśnie dziś mój przewodnik-opiekun po raz pierwszy pokazał mi zdjęcia swoich córeczek (swoją drogą ładne i zdjęcia i dziewczynki) — widzę więc jakiś postęp!
Koń i dwa osiołki
Czerwoną toyotę zamieniliśmy na konia i dwa osiołki. Ze zwierzętami jest tutaj tak, że jak chce się wynająć konia, osła czy jaka, to można to zrobić tylko pod warunkiem wzięcia ze sobą opiekuna każdego ze zwierząt. Alternatywą jest kupienie takich środków transportu i sprzedaż po powrocie, — nie mam jednak pojęcia kim trzeba być, żeby na to się zdecydować. Idziemy więc grupą składającą się z:
- szefa na koniu, czyli mnie
- przewodnika i tłumacza w jednej osobie
- dwóch osiołków “bagażowych”
- opiekuna konia i opiekuna osiołków.
Razem 4 osoby i 3 zwierzęta.

Bardzo typowym przykładem podejścia Afgańczyków do turystów jest szkolenie jakie odebrałem przed pierwszą w życiu jazdą konno. Zawierało się ono w trzech słowach:
— Wsiadaj na konia!
Nikt tu się nie pierdzieli z faktem, że turysta może czegoś nie umieć. Nie umie, to się nauczy. Strasznie mi się to podoba.
Góry Pamiru też się nie pierdzielą z odwiedzającymi — tuż po wyjściu z Sarhad zrobiło się tak zimno i nieprzyjemnie, że musiałem zmienić ubrania na zimowe (puchowa kurtka, zimowe buty itd.). Na dodatek zaczął padać deszcz, a potem deszcz ze śniegiem. Lokalsów to jednak w ogóle nie zaskoczyło.
— Typowa zwariowana pogoda Pamiru — wyjaśnił z uśmiechem mój przewodnik.
W sumie ja też chyba nie powinienem się dziwić, bo szybko weszliśmy powyżej 4500 metrów, a na tej wysokości to przecież ptaki już nawet nie chcą latać. Ich niechęć do życia w tych rejonach przekłada się na wysoką atrakcyjność — lokalni mężczyźni potrafią wiele poświęcić, by złapać takiego “latawca”. Tak właśnie zdarzyło się podczas drogi do Sarhad, gdy w pewnym momencie zatrzymaliśmy auto, a młody, backupowy kierowca wyskoczył, by wspinając się po skałach złapać małego, szarego ptaszka.
— On naprawdę wierzy, że go złapie? — spytałem mojego tłumacza i opiekuna.
— Tak, oczywiście — odpowiedział śledząc z zapartym tchem nierówny pościg.
— I co potem, zje go?
— Zje, albo wykorzysta w grze, takiej jak buzkashi.
— Nieźle — mruknąłem — może warto było wziąć jakąś broń — dodałem patrząc jak kierowca rzuca w ptaszka kamieniem.
— Zapewne — powiedział Safi. — Marnują tylko mój czas — mruknął niezadowolony widząc porażkę myśliwego.
— A musicie mieć jakieś zezwolenia na taką broń? — spytałem zaciekawiony.
— Wszystko jest legalne — wyjaśnił — wszystko prócz długiej i automatycznej, takiej jak noszą wojskowi.
No więc ptaki są rzadkością, ale są. Niezwykłym natomiast dla mnie było obserwować ich lot z góry, tj. stojąc wyżej od nich. Ale znowu: chyba trudno się dziwić skoro najniższy punkt, Ishkashim, to ponad 2500 metrów; Sarhad znajduje się na wysokości 3400 metrów, a po wejściu w góry nie schodziliśmy poniżej 4000 m.

Ludzi natomiast nie ma praktycznie w ogóle. To, co w fazie planowania brałem za miejscowości, okazało się pojedynczymi budowlami pełniącymi funkcje schronisk — na mapie wygląda dumnie, a w rzeczywistości okazuje się stertą kamieni z dachem i rdzewiejącym piecykiem w środku.

Zatrzymaliśmy się w takiej małej miejscówce, i chłopaki od osiołków i konia zaczęli żywo dyskutować.
— Oni mówią, że to jest najlepsza budowla w zasięgu dnia drogi i boją się, że jak dojdziemy do planowanego base-campu, to przemokną tam okrutnie.
— Czyli mielibyśmy tu już zostać na noc?
— Dokładnie. Jutro musielibyśmy wyjść wcześniej i zrobić większy dystans do południa.
— A jak to wpłynie na nasz całościowy plan? Wyrobimy się?
— Tak, tak, nie ma problemu, tak jak mówiłem 5 dni drogi do jeziora i potem 4 dni z powrotem.
— Jak tak, to możemy zostać.
Wymiana zdań w Dari i za chwilę widzę jaśniejące twarze chłopaków i każdy z nich z rewerencją głośno i wyraźnie dziękuje:
— Tesze-kr!
— Spoko, żaden problem ziomy — odpowiadam po polsku.

Po obiedzie Safi podchodzi i mówi wskazując na wyraźnie słoneczną pogodę:
— Zmienili zdanie, chodźmy dalej, według starego planu.
Roześmiałem się i po niecałej 1,5 h dotarliśmy do kolejnego base-campu, z pięknym widokiem na szczyt, który podobno niedawno (1,5–2 tyg temu), zdobyła grupa Polaków. Gratulacje, jeśli to czytacie! ;)

Wieczór
Jemy sobie spokojnie kolację z Safim, gdy nadjeżdża grupa bardzo groźnie wyglądających postaci. Część w mundurach moro, część z twarzą zasłoniętą “arafatką”, część w jakichś skórzanych kurtkach, jednak jeden element ich łączy i jest taki sam u wszystkich: AK47.
Trudno opisać gonitwę myśli, która pojawia się na widok takiej grupy w takim miejscu — chłodny umysł racjonalizatorski uspakaja jednak argumentami, że do tego miejsca talibowie, jeszcze przecież nie dotarli. JESZCZE.

— Może dam im moją suszoną marchewkę, albo orzechy? — wyskoczyłem z pomysłem bazującym po prostu na tym, co miałem, gdy lider wojskowych (jak się okazało) przysiadł się do nas zagadując mojego przewodnika, jak starego przyjaciela.
— Daj spokój, nie przyjmą tego.
— Dlaczego nie? — Zdziwiłem się. — Według mnie to pyszne i zdrowe rzeczy.
— Nie przyrządzasz, więc co to za podarek?
— A czekolada?
— Aaaaa… czekolada, to co innego.
Nie rozumiem, przecież tego też nie przyrządzam.
Myślałem naiwne, że dowódca od razu się podzieli z ludźmi przyjętym prezentem, ale okrutnie szybko wyprowadził mnie z błędu chowając tabliczkę do kieszeni.
I pewnie dlatego jego szykujący posiłek podkomendni wyrzucili mnie z pomieszczenia służącego za kuchnię, gdy uznali, że zaczynam przesadzać z ilością zrobionych zdjęć.

Tu na szczęście przydaje się moje podejście do nauki języków — jednym z pierwszych słów w dari, które przyswoiłem, było: „dość/koniec”.
Kashch Goz, czyli drugi koniec świata
— Chodź, porobimy foty — obrzydliwie podekscytowany Roderyk ciągnął mnie za ramię. — Spójrz na te jurty, na jaki, na wszystko!
— Daj mi spokój debilu! — odwróciłem się zniesmaczony — jestem tak zmęczony, że nie mam siły z tobą gadać, a co dopiero łazić po tej gównianej wiosce.
— Trochę szacunku do lokalnej kultury!
— Mam na myśli dosłownie wszędzie leżące gówna, wiesz o co mi chodzi. Jutro! — burknąłem i umościłem sobie wygodne miejsce w guesthousie, w którym się zatrzymaliśmy.

Nie tylko ja byłem zmęczony — Safi też mówił, że ledwo zipie i wydaje mi się, że ma on większe powody do narzekania, bo przez połowę dnia moi ludzie dbając o me dobre samopoczucie, wozili mój suchy, ale szlachetny tyłek na naszej nędznej kobyle.

Swoją drogą mam wrażenie, że ten koń ma depresję. Chodzi wolniej, niż najbardziej objuczony osiołek, głowę ma cały czas schyloną i ogólnie: jest strasznie markotna, nic jej się najwyraźniej nie chce. Moja profesjonalna diagnoza brzmi więc: depresja.
— Słyszałeś? — przerwał moje rozmyślania Roderyk — jakiś lokales mówi, że nasza klacz uciekła.
Symptomatyczne, co doktorze Rudolf?

Pierwsza kolacja u Kirgizów (pierwsza od wielu dni wśród ludzi) była ewidentnie na bogato. Nie dość, że do tradycyjnej słonej herbaty z mlekiem i lokalnego pieczywa dostaliśmy mięso (na własne oczy widziałem: niektórym tak smakowało, że wysysali szpik po przełamaniu kości) to jeszcze gospodarze w ramach szacunku dla nowych gości dali nam sposobność tradycyjnego obmycia rąk ciepłą wodą przed zjedzeniem.
— U was w Polsce tak nie robią? — spytał z ciekawością Safi.
— U nas każdy na własną rękę myje się przed posiłkiem — wyjaśniłem.
— Dzikusy — nie powiedział, ale wnioskując z wyrazu twarzy pomyślał mój opiekun.
Człowiek, któremu fotografia złamała rękę
Dotarliśmy do ostatniego, wojskowego checkpointu — zużyłem ostatnią przepustkę, a więc jesteśmy najwidoczniej rzut kamieniem od celu.

Z tymi wojskowymi to ciekawa sprawa: niby wyglądają groźnie, ale są bardzo uprzejmi; niby pilnują formalności (przepustki, checkpointy) ale tak dalece są pomocni, że nie dość że przewiozą człowieka swoimi motocyklami, to jeszcze “pożyczą” mu ciepłe spodnie. Choć to wszystko pewnie zależy —Safi, widzę, bardzo dba o relacje i pierwsze co zrobił, to wręczył małe gifty komendantowi.
— A ty sam byłeś w wojsku? — spytałem go przy pierwszej lepszej okazji.
— Nie. Ja byłem nauczycielem. A służba wojskowa w Afganistanie nie jest obowiązkowa.
— Jasne, nauczycielem— pomyślałem sobie patrząc jak instruuje komendanta wojskowego checkpointu w zakresie strzelania z AK47. Huk wystrzałów oczywiście nie zrobił na nikim wrażenia.
— Kiedyś tu stacjonowało 300 żołnierzy — tłumaczył, jak już opuściliśmy jednostkę. — Teraz, mimo, że została tylko garstka, to miejsce jest wciąż istotne. Raz na jakiś czas spotykają się tu siły tadżyckie i chińskie, zresztą sam popatrz — wskazał na unoszące się chmury drogowego pyłu po drugiej stronie doliny — to poruszające się z dużą szybkością chińskie ciężarówki opancerzone.

— To Chińczycy są tacy aktywni w tym rejonie?
— Aktywni to mało powiedziane. Cały ten posterunek powstał z ich inicjatywy, zresztą do dziś opłacają część żołdu stacjonujących tu żołnierzy.
— No, to chyba Amerykanie dość krzywo patrzą na tego typu podchody?
— Amerykanie są bardzo aroganccy, ale mimo wycofania wojsk koalicji wciąż silni. W końcu mają tu swojego prezydenta — dodał z przekąsem.
— Co masz na myśli?
— No wiesz, człowiek który spędził ponad 20 lat w USA i wygrał wybory w bardzo kontrowersyjnych okolicznościach przy niezwykle silnym wsparciu Waszyngtonu, to nie jest ktoś, z kim mógłby się utożsamiać naród afgański. Osobiście mam nadzieję, że Karzaj w następnych wyborach z powrotem przejmie władzę.
No tak — pomyślałem — legendarna już arogancja Amerykanów wcale nie dziwi. Dodatkowo kto jak nie Azjata ma zrozumieć Azjatę — tj. Chińczyk sto razy łatwiej przekona do siebie Afgańca niż zarozumiały Jankes. Z tej perspektywy fakt, że ciut większą niż ci drudzy sympatią cieszą się Rosjanie (którzy wychodząc z kraju zostawili trochę sprzętu) wydaje się oczywisty.
Zrobiło się z powrotem ciepło. Zdjąłem puchową kurtkę i trzymając ją w lewej ręce szedłem kilkadziesiąt kroków za moją drużyną, spierając się w międzyczasie z Roderykiem.

— Mam nadzieję, że znajdziemy tego człowieka w jednej z wiosek przed nami — powiedziałem.
— Cicho — rzucił wskazując na uruchomiony rejestrator dźwięku — nagrywam odgłosy tła.
— Jeśli ta wyprawa ma mieć sens — tłumaczyłem cierpliwie — musimy go znaleźć w najbliższych dniach. Najpóźniej, gdy wrócimy do Sarhad i doskonale o tym wiesz.
— Dobra, chodź, nie marudź — powiedział przeskakując płynącą przed nami wodę niczym kozica.
Oszacowałem szybko leżący przede mną strumyk i sprawnie jąłem przeskakiwać z kamienia na kamień, jak za każdym poprzednim razem.
Nagle czas zwolnił — kamień, na którym oparłem lewą nogę przekręcił się pod moim ciężarem, podeszwa straciła przyczepność, a ja z kurtką w ręku i aparatem na prawym ramieniu zacząłem lecieć ku zimnej, wartkiej wodzie.
“Aparat, obiektyw, zdjęcia!” — przemknęło mi przez myśl i niewiele się zastanawiając skręciłem ciałem tak, by chronić te trzy — najważniejsze na tę chwilę — rzeczy. Lewa ręka, którą wystawiłem w tym celu, dziwnie szybko się poddała. Gdy wylazłem z wody z mokrymi butami i adrenaliną w żyłach, miała intrygująco nienaturalny kształt litery Z.
— Chyba złamana, co? — spytałem Roderyka. — I co teraz?
— Jak to co? Idziemy dalej — mruknął zirytowany. — Spytasz przewodnika, czy jest tu ktoś, kto może ją nastawić i tyle.
— Złamana? — Zdziwił się Safi, gdy go dogoniłem.
— Tak myślę — powiedziałem. — Pytanie, czy powinniśmy iść szybciej do najbliższej wioski, czy cofnąć się do wojskowego checkpointu.
— W wiosce jest jeden znachor — tłumaczył Safi, jak już dotarliśmy do skupiska Kirgizów — ale w tej chwili zbiera gdzieś siano o godzinę drogi stąd. Proponuję, byśmy sprowadzili go za pomocą naszego Dziumagola — wskazał na chłopaka od konia — i jeśli się zgodzi, to ci naprawi rękę. Wszystko nie powinno kosztować więcej niż 2–3 tysiące afgani.
— Zróbmy tak — zdecydował za mnie Roderyk.

“Ciekawe, jak to będzie wyglądać, i czy będę krzyczał” — pomyślałem obserwując przygotowania kirgiskiego “medyka” do zabiegu. Człowiek zjawił się już odpowiednio przygotowany, z wystruganymi patyczkami i sznurkiem do usztywnienia ręki. Mną natomiast miotały sprzeczne odczucia — z jednej strony ekscytacja wynikająca z uczestniczenia w tak egzotycznej operacji na końcu świata, z drugiej lekki wstyd — bo całe zdarzenie było tak banalnie głupie. Koniec końców: nie bolało. Kirgiz nawet nie wykręcał ani nie wyłamywał niczego; jedynie usztywnił i zablokował ruch nadgarstka za pomocą swoich narzędzi i moich bandaży.
— Apteczkę ma większą, niż zasoby medyczne całej naszej wioski — mruknął do mojego tłumacza.
— Zostawię wam wszystko, co mi z niej zostanie — obiecałem i rzeczywiście, tuż przed rozstaniem z moim opiekunem poprosiłem go o przekazanie Kirgizom tego, co zostało. W międzyczasie jednak zdążyłem wykorzystać bandaże w celu ratowania jego palców.
Już po wszystkim rozdałem też każdemu uczestniczącemu w akcji ratunkowej po czekoladzie E. Wedla — Afgańczycy mają taki zwyczaj, że robią wiele bez oczekiwania na zapłatę, ale każdą oferowaną nagrodę przyjmują bez wahania. Bardzo praktyczne podejście.
Na drugi dzień podeszliśmy do dwóch okolicznych wiosek.
— Stary, to jakaś ściema — marudził Roderyk. — Ten koleś — wskazał na Safiego — nie dość, że sam nie zagada do tych kobiet, to jeszcze nie daje zrobić zdjęć!
— Co się dziwisz — mruknąłem. — My tu jesteśmy na chwilę, a on buduje trwałe relacje — więc twoja bezczelność nie leży w jego interesie.
— Już więcej fot bym zrobił bez niego. Poza tym znając lokalsów na sto procent przewidział, że nie będzie mężczyzn w wiosce i poszedł tylko dla udowodnienia, że „się nie da”.
— Możliwe, możliwe — mruczałem podziwiając widoki.

— Długo tu będziemy czekać? —Nie dawał za wygraną.
— Znasz zasady. Jak będą gotowi, to przyślą tu kogoś po nas i… o, popatrz — przerwałem, bo zbliżał się ku nam kirgiski chłopiec — najwidoczniej brat nastolatka, który podczas nieobecności mężczyzn postanowił przyjąć nas według tradycyjnej procedury. Weszliśmy po chwili do jurty, przyjęliśmy gościnę w postaci słonej herbaty z mlekiem i lokalnego chleba, i po paru minutach zbieraliśmy się z powrotem.

— Nigdy tego nie zrozumiem — marudził Roderyk — raz dają obiad za darmo, jak teraz, a kiedy indziej kasują setki dolarów za podstawowe usługi.
Miał trochę racji, ale zapewne pierwsze skrzypce grało tu przywiązanie do tradycji, która nakazuje szczególnie traktować każdego gościa.
Na mnie osobiście dużo większe wrażenie robi rola kobiet w tych społecznościach. Gdyby się nad tym nie zastanawiać, można by pomyśleć, że to kraina pozbawiona ich istnienia; podróżny mijając kolejne osady styka się praktycznie tylko z męskim towarzystwem (pomijając typowo męskie rozmowy, również działania typu sprzątanie, przygotowanie spania, czy podanie jedzenia są obsługiwane bez udziału kobiet). Jednak one gdzieś cały czas są — chowają się przed moim obiektywem, przygotowują jedzenia (placki, sery) i wychowują dzieci. Brzmi to trochę ponuro, ale powoduje również dość niespodziewany efekt: mężczyźni są dużo bardziej… beztroscy w codziennych działaniach. Brak tej napinki i powagi tak wszechobecnej w naszych, to jest zachodnich, społeczeństwach. Tutaj żartobliwa bójka, czy zapasy dwóch czterdziestolatków to rzecz absolutnie normalna.

Najwidoczniej jednak równowaga we wszechświecie to rzecz święta, bo mam wrażenie, że dziewczynki z kolei, to tykająca bomba — pełno w nich frustracji i przeciwstawnych pobudek zarówno zewnętrznych jak i wewnętrznych:
“Bądź piękna, tylko tak, żeby nikt nie widział!”
“Jesteś królową ale o niczym ci nie wolno decydować.”
“Uśmiechnij się, ale zakryj buzie!”
“Pomagaj w polu, ale tak, by nikt nie widział!”

Trudno więc się dziwić sytuacji, gdy przechodząc koło grupki dzieci moją uwagę zwróciła jedna z dziewczynek wykrzykująca “Haram!”, co miało mi jasno dać do zrozumienia, że mam jej nie robić zdjęcia. Rzecz w tym, że wcale akurat wtedy nie zamierzałem — paradoksalnie więc, zwróciła moją uwagę, żeby wykrzyczeć że mam nie zwracać na nią uwagi.
Odwrót
W nocy spadł śnieg — leżał wszędzie, otulił nawet drzwi wejściowe do naszego „guest-house’u”.

— Mam dość — powiedziałem do Roderyka — jeśli to nie jest jasnym znakiem, żeby się stąd wynosić, to ja już nie wiem co jest.
— Nie znaleźliśmy jeszcze mojego człowieka — przypomniał mi niemiłym głosem.
— To idź go szukaj — odburknąłem.
— Sam nie dam rady — wyjęczał.
— Trudno — zdecydowałem. — Zbieramy się — powiedziałem do Safiego.
Dość szybko się ogarnęliśmy i już przed wieczorem byliśmy z powrotem w Kashch Goz. Na miejscu spotkaliśmy sympatycznego antropologa ze Szwajcarii, który po krótkim postoju zawinął się w kierunku jeziora, aby spędzić tam miesiąc, studiując życie lokalsów.
— Trzeba było go podpytać o Kirgizów — burknął obrażony na mnie Roderyk .— Mam wrażenie, że mają muchy w nosie.
— Wziąłem na niego namiary, wyślę mu maila. A co do Kirgizów, Safi też coś wspominał, że kiedyś dawali więcej jedzenia z własnej produkcji. No cóż, może po prostu mają dość turystów?
— Kirgizi robią naprawdę wiele dobrego, jeśli chodzi o mosty, czy te budynki po drodze — powiedział Safi otulony kocami — ale generalnie myślą raczej o sobie i kierują się zyskiem zamiast dobrem gości. Popatrzcie, siedzimy tutaj zamarzając, a Dziumagol prosił ich już trzy razy, żeby przynieśli coś do ogrzania (niechby i gówno) i za każdym razem go zignorowali.
— Dom wariatów — mruknął Roderyk, zagrzebując się w ciężkich irańskich kocach. — Przecież płacimy normalną stawkę, o co tu chodzi?
Nastąpiła dłuższa cisza. Nikomu nie chciało się nic mówić, każdy zastanawiał się, jak będzie wyglądać najbliższa noc. Zapadł powoli zmrok, a w międzyczasie dołączył do nas amerykański fotograf z dwoma lokalnymi pomocnikami — po wymianie zwyczajowych uprzejmości ponownie przestaliśmy rozmawiać zagrzebując się w ciepłych kocach. Oczekiwanie na zmianę klimatu przerwało nagłe otwarcie drzwi: naczelnik wioski nie wchodząc do środka zaczął coś krzyczeć w lokalnym narzeczu.
— Co on mówi? Co on mówi??? — szturchnąłem Safiego.
— Mówi, że życzy ci wszystkiego dobrego, jeśli chodzi o rękę i że wierzy, że „lekarz”, który ją składał jest dobrym fachowcem, i że szybko wydobrzejesz.
— Powiedz mu — skorzystałem z okazji — że bardzo dziękuję za dobre słowa, a z ręką napewno będzie w porządku, o ile uda mi się ją utrzymać we względnym cieple, z czym póki co mamy problem.
Przysłuchujący się tłumaczeniu Safiego lokalsi zaśmiali się nerwowo nie spodziewając się najwidoczniej takiej bezpośredniości wobec naczelnika. Ten z kolei coś odburknął i zaraz odszedł, zamykając za sobą wreszcie drzwi.
Późny wieczór
Przywieźli gówno do palenia! Jest super ciepło i przyjemnie, wszystkim nagle poprawiły się humory. Ta noc może nie będzie taka zła.

Rankiem zaczął mnie denerwować Roderyk:
— Zrób coś — wyjęczał — Wczoraj nasz tłumacz obiecał mi, że pogada z szefem wioski — wiesz, chodzi o mojego człowieka — a dzisiaj odmawia pomocy mówiąc, że się boi.
— Nic dziwnego, nie pamiętasz, jak tamten wczoraj wrzeszczał? Poza tym, daj mi spokój. Palce mi się robią fioletowe w złamanej ręce.
Chyba się obraził, bo popatrzył tylko na mnie, i odwrócił się bez słowa. Safi natomiast najwidoczniej miał świetny humor.
— Jeden z moich francuskich przyjaciół ma w zwyczaju krzyczeć “fucking Americans!”. Tak bez powodu. — po czym odwrócił się w kierunku guest-house’u, w którym przebywał Amerykanin i zademonstrował mi zwyczaj swojego kolegi wydzierając się na cały głos.
Zaśmiałem się. Może to wredne, ale nie potrafiłem inaczej zareagować na wyobrażenie sobie reakcji Amerykanina na takie krzyki w głuszy Afganistanu.
Podkręciliśmy trochę tempo; założenie było takie, żeby drogę do Sarhad zrobić o dzień szybciej niż poprzednio.

Mój przewodnik natomiast najwidoczniej myślał już o momencie w którym zainkasuje zapłatę i zostawi turystę, bo wyrwał gdzieś do przodu i niewiele go widziałem. Nie bardzo obchodził go fakt, że z jedną ręką w temblaku trudniej schodzi się z ośnieżonych gór. Najwidoczniej jest z niego bardziej taki… “półprzewodnik”.
Tym, żebym doszedł cały, bardziej martwił się Dziomagul. Gdy tylko przestało być naprawdę stromo pod górę, zaproponował mi jazdę w siodle. Skwapliwie skorzystałem, bo tego dnia zrobiliśmy naprawdę wiele godzin marszu i byłem wykończony.

Nagle czas zwolnił w znajomy sposób.
— Shiiiiiiiiiit — przeleciało mi przez głowę, jako że przekleństwa w obcym języku zawsze brzmią lepiej. Po prawej była skalna ściana, po lewej przepaść, a koń, na którym siedziałem, właśnie w takiej chwili postanowił przewrócić się na pysk. Zobaczyłem śmierć w oczach. Miała postać przybliżającej się w niekontrolowanym tempie przepaści po lewej — mój mózg w akcie desperacji jakimś cudem przekonał mięśnie do szarpnięcia ciałem w prawo — i naprawdę nie wiem jak to zrobiłem, ale zdołałem przewrócić się (wysuwając w międzyczasie lewą nogę ze strzemienia) tak, że koniec końców ani nie uraziłem złamanej ręki, ani nie zarobiłem żadnego nowego siniaka.
— Nagrałeś to? — spytałem idącego za mną Amerykanina, otrzepując ubranie z kurzu.
— Nie — wyjąkał będąc jeszcze najwidoczniej w szoku po tym, co zobaczył.
— Też coś — mruknąłem zawiedziony i przez resztę drogi nawet nie zaszczyciłem mojej żenującej kobyły spojrzeniem.
Po południu, w sobotę 3 września dotarliśmy z powrotem do Sarhad.

— Mamy problem z autami — powiedział Safi. — Jedno zostało podstawione na rano, drugie na południe i teraz kierowcy się kłócą, który ma jechać.
— Mówiłeś im, że muszę w trybie awaryjnym skorzystać z telefonu? — spytałem zdziwiony. Najbliższe miejsce z zasięgiem telefonii komórkowej było dzień drogi stąd, a ja musiałem skontaktować się z ubezpieczalnią w sprawie mojej ręki.
— Oczywiście, zrobiłem co mogłem. Więcej nie poradzę, bo jeszcze nam się tu pobiją.
— Niech się biją, przynajmniej zrobię im zdjęcie. —Rzuciłem i odszedłem, zostawiając ich z problemem.
Najwidoczniej nie przejęli się tym zbytnio, bo z decyzją zeszło im do wieczora.
— No, zdecydowali. — Oznajmił zadowolony z siebie tłumacz i opiekun.
— To kiedy możemy jechać?
— Nie ma problemu, jutro rano.
— OK, a kto zapłaci za guesthouse?
Przez chwilę mrugał oczami w zdziwieniu.
— Ty — powiedział w końcu.
— Nie sądzę. Kierowca stworzył problem, więc sugeruję, żeby on płacił.
Poleciał gdzieś bez słowa, by wrócić za chwilę.
— Ok, nie ma problemu, możemy jechać jak tylko się spakujesz.
No to się spakowałem. Kierowca jednak się nie pojawił, i o dziewiętnastej postanowiłem przerwać czekanie.
— Dobra, zostajemy na noc — zdecydowałem wkurzony — ale napisz mi tu jego imię, żeby nam nie przyszło do głowy robić z nim żadnych interesów. — Safi nabazgrał imię alfabetem łacińskim i w dari — ewidentnie też był poruszony całą sytuacją. Ze zdenerwowania zapomniał połowy słów po angielsku i trudno było mi ustalić z nim plan alternatywny. W końcu jednak naszkicowaliśmy plany B i C, którymi mieliśmy zająć się z samego rana.
Sytuacja miała jednak swój dalszy ciąg jeszcze tego samego dnia. Kładliśmy się już spać, gdy zawitali do nas goście: rzeczony kierowca z szefem lokalnej policji. Oczywiście rozgorzała dyskusja, której w całości mój tłumacz nie był w stanie przełożyć.
— Też nie jesteś bez winy — tłumaczył szef policji Safiemu — bo powinieneś wiedzieć, że istnieje zasada, według której turystę można wsadzić w auto dopiero następnego dnia po zejściu z gór. Resztę dogadajcie między sobą — rzucił beztrosko, odwrócił się i zniknął w ciemności.
Nie chciało mi się czekać, tym bardziej, że dyskusja szła w godziny. Zapytałem więc o wynik porozumień następnego ranka.
— Nie ma problemu — powiedział Safi, maczając afgański chleb w słonej herbacie z mlekiem.
— Jak to “nie ma problemu”? — zdziwiłem się.
— Normalnie — wyjaśnił mój przewodnik przeżuwając śniadanie. — Jest taki afgański zwyczaj, żeby akceptować, gdy ktoś przyzna się do błędu.
— I co, według ciebie wszystko jest w porządku?
— Oczywiście.
— Słuchaj, wczoraj ktoś - i nie byłem to ja - popełnił błąd, który kosztował mnie czas i opłatę za nocleg. Byłoby miło, gdybyś zaproponował rozwiązanie zamiast udawać, że wszystko jest w porządku.
— Pytałem kierowcę, ale niestety nie może opuścić ceny nawet o dolara.
— No i? To kto zapłaci za nocleg i kto zrekompensuje czas, który straciliśmy?Zapadła cisza, przerywana siorbaniem herbaty.
— Co ty tak naprawdę chcesz osiągnąć ?— spytał zjawiając się jak zwykle znienacka Roderyk.
— Znowu przyszedłeś mieszać? — odburknąłem niechętnie — Najbadziej zależy mi oczywiście na czasie.
— On mówi — Safi wskazał na kierowcę — że jesteśmy w stanie dojechać jeszcze dziś do Ishkashim.
— Widzisz? — wtrącił Roderyk — W ten sposób nie będziesz musiał płacić za nocleg w Kalaj Pandzia, a jutro możemy przekroczyć granicę.
— A tobie co tak nagle zależy? — spytałem podejrzliwie.
— Ten kierowca, to prawdopodobnie człowiek, którego szukamy.
— Świetnie — mruknąłem pod nosem. — Okej — powiedziałem głośno do Safiego — Zróbmy tak, by dziś pod wieczór dojechać do Ishkashim, tylko uprzedź go, że prawdopodobnie będę chciał się zatrzymywać na zdjęcia.
— Nie ma problemu.
— I jeszcze jedno: potrzebuję darmowego transportu z Ishkashim do granicy, bo sam nie dam rady ze złamaną ręką. Umowa stoi?
— Stoi — przytaknął Safi zadowolony, że wszelkie problemy zostały rozwiązane.

Ruszyliśmy. Po drodze zrobiliśmy krótkie postoje by między innymi zadzwonić do PZU i zwizytować lokalną szkołę podstawową. Co ciekawe, mimo grubo opłaconego ubezpieczenia ludzie z PZU nie dość, że nie potrafili dać żadnego wsparcia, to jeszcze kazali sobie czekać ponad 30 godzin na decyzję wyboru najbliższej placówki medycznej, która — jak im sugerowałem — była w tadżyckim mieście Chorog.
“To były trudne i niestandardowe okoliczności” — tłumaczyli się potem.
Wiem, do licha! — kazaliście sobie przed podróżą za te “trudne i niestandardowe okoliczności” słono zapłacić!
Mimo obietnic nie udało się tego dnia dotrzeć do Ishkashim. Nie miałem jednak ani motywacji ani siły walczyć, tym bardziej, że Roderyk był zadowolony z faktu, że znalazł tego, kogo szukał.

Zatrzymaliśmy się na noc w domu kierowcy i nazajutrz przed południem dotarliśmy wynajętym przez Safiego autem do granicy.
— Granica jest zamknięta, więc będziesz musiał poczekać 1,5 h — łaskawie wyjaśnił Safi, jak już zainkasował swoją zapłatę.
— Aha — dodał — i poproszę 20 dolarów za transport z miasta.
— Chyba sobie żartujesz? Obiecałeś, że to będzie darmowa usługa.
— Niby tak, ale zapomniałem, że to kosztuje.
Zatrząsłem się z oburzenia i muszę przyznać, że rozstaliśmy się w dość chłodnych stosunkach. Na tyle pieniędzy co wydałem, trudno mi zrozumieć, że ten człowiek mógł popsuć nasze relacje dla takiej błahostki.
Dodatkowo wkurzył mnie Roderyk — spodobało mu się tak bardzo, że nie chciał wracać.
— Muszę jechać do Chorogu, żeby zrobić prześwietlenie — tłumaczyłem cierpliwie.
— Nic nie rozumiesz, to jest zupełnie inny świat, zupełnie inny! — gorączkował się.
Przestałem go słuchać i przy współpracy pomocnych żołnierzy z obydwu stron, przekroczyliśmy granicę. Tadżycy dodatkowo ogarnęli dla mnie szybko transport do miasta — nawiasem mówiąc sporo tańszy niż 20 dolarów.

— Popatrz, mam dla ciebie 3 gruszki — Roderyk wyciągnął w ręku 3 świeże owoce, na widok których ślinka od razu napłynęła mi do ust. Uboga w “zielone” dieta afgańska wyostrzyła to uczucie.
— Przepyszne — mruknąłem z buzią pełną soczystego miąższu chwilę potem.
I to był błąd. Ten skurczybyk najwidoczniej chciał mnie lekko podtruć, bym nie skracał wakacji i nie organizował wcześniejszego przylotu do Polski. Dopadły mnie takie wymioty i biegunka, że czułem się prawie przenicowany przez nieskończoność. Jak przez mgłę pamiętam kilkugodzinny przejazd z tadżyckiego Eshkashem do szpitala w Chorogu: pamiętam, że jechałem z jakimiś młodymi siksami, i co i rusz jakiś Tadżyk proponował mi wzięcie jednej z nich za kolejną żonę. Do końca podróży twardo odmawiałem.
Szpital w Chorogu to duża placówka i po zrobieniu prześwietlenia i założeniu gipsu próbowałem ukryć się przed złośliwym Roderykiem w efekcie czego całkowicie się zgubiłem. Gdy dotarłem do głównej dyżurki pielęgniarek byłem tak wycieńczony, że bez większych ceregieli podłączyli mnie pod kroplówkę, gdzie spędziłem ponad 3 godziny śpiąc i odzyskując energię.
I tak dochodzimy do miejsca, w którym rozpoczęła się cała ta opowieść. Przede mną rysowały się następujące wyzwania:
- wydostać się ze szpitala (łatwe)
- unikając knowań Roderyka, wrócić wcześniej do Polski (trudne).
Żeby nie natknąć się na tego złośliwego skurczybyka nie mogłem po prostu wyjść frontowymi drzwiami, więc wykorzystałem cały mój urok, zdolności lingwistyczne, dar przekonywania i fakt zagipsowanej ręki, by zorganizować półlegalny przerzut cywilnym autem z wojskowym kierowcą do leżącego na peryferiach miasta hostelu pełnego hipisów. Specjalnie taki wybrałem, bo wiedziałem, że on nienawidzi hipisów.
W międzyczasie rozpocząłem starania zmierzające do załatwienia wcześniejszego powrotu do kraju. Próbowałem wykorzystać jednocześnie ubezpieczalnie (gdzie odniosłem sromotną porażkę), oraz moją niezastąpioną w takich sytuacjach małżonkę. Ta dowiedziawszy się o sytuacji stanęła na głowie i przebukowała bilet, dając mi dzień na dotarcie do lotniska w Duszanbe.

Rzecz z pozoru łatwa okazała się być najeżona trudnościami — ogarnięty obsesją zostania na dłużej Roderyk (najwidoczniej zakumplowawszy się z Allahem) najpierw zrzucił tira z głównej drogi blokując ruch na 2 godziny, potem sabotował jeepa, którym jechaliśmy z innymi dziewięcioma pasażerami tak, że ten stanął w wielkiej chmurze dymu i już nie ruszył, a gdy podjechał na zastępstwo do unieruchomionego pojazdu Opel Zafira i pojechaliśmy dalej, nasłał na nas uzbrojoną drogówkę, która przez kolejne godziny nie chciała nas przepuścić dalej, jako że “nowe” auto nie miało rzekomo odpowiednich papierów na przewóz tylu osób.
Przyjąłem więc wyzwanie i zaakceptowałem ich reguły gry: wyszedłszy z auta razem z tadżycką dziewczyną odegraliśmy wspaniałą scenę (łącznie z jej krzykami i oburzeniem ze strony nic nie rozumiejącego turysty z profesjonalnym sprzętem rejestrującym), która pozwoliła nam w końcu dojechać o 2-giej w nocy na międzynarodowe lotnisko.
W Stambule mignął mi przez chwilę Roderyk, gdy mijałem sklepy wolnocłowe, więc z lekką paniką ukryłem się w strefie dla VIP-ów, wykorzystując swoje międzynarodowe znajomości wśród amerykańskich fotografów. Miało to swoją zaletę w postaci możliwości darmowego skorzystania z prysznica, co w moim przypadku nie było bez znaczenia (szczególnie dla najbliżej siedzących pasażerów).
Ten wredny zasraniec próbował do samego końca — lot z Warszawy do Krakowa udało mu się opóźnić o godzinę, ale to w końcu ja wygrałem, a następne wakacje zamierzam zaplanować trochę uważniej.
Wiem jednak, że nie będzie to leżenie na plaży — znalezienie szukanego mężczyzny w Afganistanie to tylko jeden z wielu kroków składających się na większy plan Roderyka. Plan, który wcześniej czy później będę musiał zrealizować.
Już wkrótce więc zaczynam uważne studia map zupełnie nowego dla mnie kontynentu.
Podziękowania
- Dziękuję wszystkim którzy przed i w trakcie wyprawy pomagali mi w osiąganiu kolejnych jej celów
- Bardzo dziękuję pani konsul z ambasady Afganistanu w Warszawie za wyjątkową pomoc w uzyskaniu wizy
- Dziękuję również pani Joannie (BestBroker z Warszawy), bez której moje kontakty z ubezpieczycielem byłyby pasmem smutnych porażek
- Dziękuję przede wszystkim mojej niezastąpionej małżonce, za znakomite i pełnej cierpliwości podejście do moich szaleństw :)

