Czy w Tel-Awiwie jest bezpiecznie?

Gdzie Was tam niesie? – pytali. Nie boicie się tam jechać? Jedziecie same? Same dziewczyny? To nie jest chyba najbardziej bezpieczny kierunek. Uważajcie tam. Bądźcie ostrożne. – ostrzegali. Czy słusznie? Czy w Tel-Awiwie jest niebezpiecznie?

Nikt nie zadawał takich pytań, ani nie ostrzegał, kiedy jechałyśmy do Rzymu. Podczas, gdy to właśnie w czasie, kiedy byłyśmy w Wiecznym Mieście, obowiązywały tam szczególne środki ostrożności. Byłyśmy tam na tydzień przed Wielkanocą. A to okres, kiedy władze Rzymu szczególnie obawiają się potencjalnych ataków terrorystycznych. Do Rzymu przyjeżdzają wtedy miliony chrześcijan na uroczystości najważniejszych katolickich świąt i nabożeństwa odprawiane przez papieża.

Fakt, w Tel-Awiwie w miejscach szczególnie ruchliwych, jak choćby główny dworzec autobusowy (najdziwniejsze miejsce, jakie w życiu widziałam – połączenie zapomnianego dworca w małej mieścinie z nieistniejącym już bazarem na stadionie X-lecia), porządku pilnują uzbrojeni żołnierze. Ale uzbrojonych żołnierzy mijałyśmy również na rzymskich ulicach, np. w pobliżu Collosseum.

W Tel-Awiwie czułam się tak samo bezpiecznie jak wszędzie. A może, wbrew pozorom, naiwnie nawet nieco bardziej bezpiecznie… W listopadzie, kiedy u nas jest szaro, zimno, nieprzyjemnie i bardzo wcześnie zapada zmrok, tam wciąż panuje lato. Miasto żyje do późnych godzin nocnych, ulice i knajpy pełne są ludzi nawet późnym wieczorem, nie tylko w weekendy. I to pewnie sprawia, że wieczorne spacery po ulicach czy po plaży nie niosą ze sobą dreszczyku nieprzyjemnych emocji.

Ani w Tel-Awiwie ani w Jerozolimie, gdzie na ulicach mieszają się wyznawcy Islamu, chrześcijanie, prawosławni i Żydzi, nie zauważyłyśmy żadnej kłótni, żadnego konfliktu. A można by się ich spodziewać, bo większość medialnych doniesień z tego regionu nieustannie podkreśla napięta atmosferę panującą w tej części świata. Tłumy turystów wielu narodowości przemykały spokojnie po szczelnie wypełnionych sklepikami i straganami uliczkach i do miejsc kultu, które chcieli zobaczyć lub w których chcieli się pomodlić. Trzeba oczywiście poddać się kontroli i pozwolić prześwietlić swoją torebkę albo plecak, ale przecież podobne środki ostrożności panują np. w muzeach na całym świecie.

To była damska wyprawa. Pojechałyśmy we trzy, w tym dwie jasne blondynki. Słowiańska uroda dziewczyn, owszem przykuwała uwagę ciemnowłosych, śniadych facetów, ale nikt nas nie zaczepiał. Nikt nie sprawił, żebyśmy poczuły się jakoś niekomfortowo.

Tel-Awiw podobny jest do wielu europejskich stolic. Pełen turystów, którzy radośnie spędzają czas na spacerach po Jaffie, w knajpkach przy winie i hummusie (najlepszym, jaki jadłam), albo na pięknej, szerokiej, piaszczystej plaży, na której niemal na całej długości ustawione są znaki informujące o zakazie kąpieli, z których nikt sobie nic nie robi.

Jak w każdym mieście, tak i tutaj, są dzielnice biedniejsze, sprawiające mniej przyjemne i mniej bezpieczne wrażenie, niż te najczęściej odwiedzane przez turystów. Ale takie miejsca są przecież również w Warszawie i odrobina zdrowego rozsądku wystarczy, by je ominąć podczas wieczornej włóczęgi.

One clap, two clap, three clap, forty?

By clapping more or less, you can signal to us which stories really stand out.