Tydzień później

Atak na redakcję Charlie Hebdo odbija się niewiarygodnie szerokim echem w Europie i już dał początek kilku wątkom o sporej dramaturgii. Mimo że zbrodni dokonały tylko dwie osoby, zaś liczba ofiar nie wykracza poza plon zwykłego weekendu na drogach publicznych, to stojące za tym starcie ideologii budzi nadzwyczajne pokłady emocji. Mam wrażenie, że stare chińskie przekleństwo „obyś żył w ciekawych czasach” coraz lepiej stosuje się do naszej rzeczywistości. Jest ciekawie. Przyjrzyjmy się zatem bliżej.

Centralnym punktem wydarzeń jest wolność słowa, jedna z najważniejszych wartości cywilizacji północnoatlantyckiej, otoczona w naszym kręgu kulturowym wielką czcią, choć — jak to z ideałami zazwyczaj bywa — z różnym powodzeniem wcielana w życie (o tym za chwilę).

Nie ulega wątpliwości, że redaktorzy paryskiego brukowca korzystali z tej wolności do bólu. Swoimi rysunkami starali się dokopać niejednemu i to w jak najbardziej podły sposób. Obrażali zarówno postaci ważne dla muzułmanów, jak i chrześcijan. Na dokładniejszą analizę ich konsekwencji i badanie czy każdego kopali po równo nie będę się silił. Te rysunki, które widziałem, są w mojej ocenie po prostu nędzne i szkoda mi czasu na przeglądanie podobnych. Jedno nie ulega raczej wątpliwości: sportretowali Mahometa (rzecz w islamie niedozwolona) i ukazali go w sposób negatywny, mówiąc pokrótce — obrazili. Za to spotkała ich śmierć.

Zdecydowanie uważam, że obrażanie kogokolwiek i czegokolwiek nie jest powodem by zostać zabitym. Nie będę usprawiedliwiał zamachowców żadnymi bzdurami w stylu „miała za krótką spódniczkę, więc sama się prosiła”. Winny jest sprawca, nie ofiara. Co więcej, żałuję że mordercy zostali po prostu zastrzeleni. Osobiście opowiadałbym się za utopieniem ich w wieprzowym smalcu (choć trochę mi tego smalcu szkoda) i zakopaniu ich zwłok w workach ze świńskiej skóry. Może w ten sposób choć jeden potencjalny islamski terrorysta zastanowiłby się czy jego fantazja o raju może się ziścić.

Z drugiej jednak strony uważam celowe obrażanie czyichś świętości za akt głupoty i podludzizmu. Co więcej, oczekiwanie że ujdzie to bez konsekwencji, jest naiwne. Ludzie są tylko ludźmi i prawo im się czasem łamie. Czytelników proszę o chwilę zastanowienia: Czy nie dalibyście w mordę gdyby ktoś uparcie nazywał waszą matkę kurwą? (Osoby, których matka istotnie uprawia najstarszy zawód świata, mogą czuć się zwolnione z tego zadania.)

Jeśli to nie zadziałało i ktoś przypisuje muzułmanom porywczość i agresję nie przystającą do europejskiego świata, polecam wybrać się na stadion piłkarski w środku Europy, wejść w grupę białych, rodowitych Polaków, zazwyczaj katolików, i tam zakrzyknąć „Wisła skisła” lub „Legia to stara kurwa”. Słowem, obrazić ich ukochaną drużynę niewyszukanym zwrotem. Nie odważycie się? Jeśli nie, to mam prośbę — nie obrażajcie również Mahometa.

Ostatnio, niestety, modne stało się obrażanie muzułmanów. Kiedyś znęcano się w ten sposób nad Żydami (zarówno przez małe jak i wielkie „ż”), teraz w celowniku znaleźli się wyznawcy religii mahometańskiej. A skoro już jesteśmy przy Żydach, to proszę mi przypomnieć, która zachodnia gazeta ostatnio sobie drwiła z Holokaustu?

Dlaczego Żydzi nie wystawili armii w II Wojnie Światowej? — Bo byli na obozie.

Czy ktoś tego typu dowcip czytał ostatnio w czasopiśmie? Albo może widział któryś z poniższych rysunków?

W Europie czasem się komuś wymsknie (nie w Niemczech), ale mogę zaręczyć, że w USA ze świecą możecie szukać redakcji gotowej opublikować tego typu obrazki. Podobnie jak gazety otwarcie nazywającej działania zbrojne Izraela zbrodniami, a politykę na kontrolowanym przezeń terenie — apartheidem. W ciągu ostatnich kilku lat zniszczono w Ameryce niejedną karierę za wypowiedzi nieprzychylne państwu żydowskiemu, a zdarzyło się, że muzułmanie trafili do więzienia pod pozorem „sprzyjania terroryzmowi” za takie rzeczy jak tłumaczenie i publikowanie w Internecie „ekstremistycznych” filmów lub transmitowanie kanału Hezbollahu w swojej sieci kablowej. Gdzie wtedy była wolność słowa?

Wszystkim, którzy poczuli w sobie misję korzystania z wolności wypowiedzi i w związku z tym kopiują wytwory paryskiego szmatławca, powiem tylko, że pozostały przy życiu redaktor Charlie Hebdo publicznie rzyga na swoich „nowych przyjaciół”. Przynajmniej konsekwentnie trzyma poziom.

Druga sprawa to wydarzenia, które teraz mają miejsce we Francji i są szczególnie ciekawe. W ciągu jednego tylko tygodnia odnotowano ponad 50 ataków na meczety, włącznie z ostrzelaniem, podpaleniami czy wrzuceniem granatów. Dzicz, jak widać, jest ciągle obecna w mających o sobie wygórowane mniemanie Europejczykach. Czasami aż mam wrażenie, że gatunek homo sapiens zatrzymał się w rozwoju jakiś czas temu i ani drgnie do przodu, a spod lichej powłoki grzeczności i poprawności szybko wychodzi prawdziwa natura.

Czasu nie marnowali też politycy. Europejskie premiery, prezydenty i inne figury szybko zleciały się do Paryża by pokazać się na tle imponującego tłumu demonstrantów spontanicznie wyrażającego swe oburzenie zbrodnią. Wszak kapitał polityczny trzeba zbijać. Potem okazało się, że telewizje, korzystając z wolności słowa, pokazały te persony na czele marszu. Tymczasem punktów widzenia było więcej, niektóre dość zabawne:

źródło: https://twitter.com/teacherdude/status/554363502761353217

W marszu nie brakowało muzułmanów, ale to nie przeszkadazło by izraelski zbrodniarz Netanjahu pogrzał się w świetle jupiterów z tej okazji. Z właściwym sobie taktem wieprza wprosił się na całe wydarzenie, mimo że prezydent Hollande w dyplomatyczny sposób poprosił go o pozostanie w domu. Na szczęście jego pajacowania już nikt nie bierze na serio i nawet w Izraelu drwiono sobie z jego żałosnych prób przyciągnięcia uwagi.

Ledwo politycy wrócili z paryskich bulwarów, w mediach pojawiły się spekulacje na temat dalszego okrajania naszej wolności: specjalne bazy danych pasażerów samolotów, zakaz używania szyfrowanych komunikatorów, kontrola komunikacji, itd. W zasadzie można by się przyzwyczaić. USA na przestrzeni ostatnich kilkunastu lat pokazały doskonale jak dobrze zewnętrzny terroryzm współpracuje z wewnętrzną chęcią kontroli społeczeństwa. Władza obywatela obroni, przytuli. Ba, w Europie nie wypada nawet wspomnieć, że gdyby redaktorzy Charlie Hebdo mieli przy sobie broń, to dwóch napastników może nie zdołałoby zabić dwunastu ofiar? Nie, europejska wolność słowa przecieżnie służy do dyskutowania takich bzdur.

Ciekaw jestem reakcji francuskiej ulicy i wyników wyborczych w czasach gdy nacjonalizm, niestety, dochodzi do głosu, zaś rozrzutnej polityki socjalnej nikt nie hamuje. Obawiam się o los zwykłych muzułmanów, mieszkańców nie tylko Francji ale też innych zachodnich państw. Szybko pewnie pójdzie w niepamięć, że policjant dobity na chodniku przed redakcją był wyznawcą islamu, podobnie jak pracownik sklepu koszernego(!), który w chłodni ukrył klientów sklepu. Co za niewygodny koloryt dla zwolenników czarno-białej wizji zderzenia cywilizacji!