Abarth 595

Jak na maniaka samochodów, zaskakujące jest, że nie lubię się nimi przemieszczać. Nigdy nie uważałem się za świetnego kierowcę (no dobra, kiedyś, jak miałem 15 lat, ale to było dawno i nieprawda), toteż wizja przebijania się przez miasto w godzinach szczytu jest dla mnie równie atrakcyjna, co możliwość zoperowania komuś serca: strach, że zrobi się coś nie tak zabiera całą frajdę. Bardzo chętnie oddaję to zajęcie taksówkarzom, motorniczym lub kierowcom autobusów, a furą po mieście nie jeżdżę. MX-5 zresztą nadaje się do tego jak tulipan do gry w tenisa.

Dlatego patrząc na zaparkowanego czarnego Abartha 595 nie miałem w głowie jego „cywilnej” wersji, nota bene całkiem fajnego auta miejskiego. Zamiast tego skupiłem się na napompowanych zderzakach, doklejonym spoilerze, dużych felgach i wydechu, którego końcówki upchano po obu stronach jakże niezbędnego tu dyfuzora. We fiatowskiej rodzinie to nastolatek usilnie próbujący odciąć się od swoich przynudzających rodziców. Jest pyskaty i zadziorny. Na świątecznych zjazdach trzyma się z szalonym bratem swojego ojca, co to nie dorobił się swoich dzieciaków. Od niego czerpie porady jak się ubierać, gdzie bywać, co jadać (i pijać, oczywiście), ale po wszystkim wsiada na tylną kanapę SUV-a i wraca do swojego pokoju w domu na obrzeżach miasta.

Dzisiaj każdy może być kim chce, więc traktowałem Abartha jak samochód sportowy. Zasiadłem za kierownicą i wyjechałem z parkingu. Po przejechaniu trzynastu metrów przerażony wyskoczyłem z niego. Całe szczęście ludzie w Abarthie wiedzieli, że tak się stanie i obok drzwi umieścili emblematy przypominające, że jedziemy ich modelem 595, a nie zwykłym Fiatem 500. Kierownica chodziła bardzo lekko, silnik wkręcał się na obroty jakby ktoś go do tego zmuszał, reakcja na pedał gazu była ospała. Wróciłem do środka i ruszyłem dalej. Musiał być jakiś sposób, żeby odkryć to drugie oblicze. Aż tu nagle moją uwagę przykuł on — czarny, okrągły, niewyróżniający się guzik z napisem „Sport”. Klik.

Święcący mi w twarz ekran udający obrotomierz rozpalił się czerwoną barwą. Pełen nadziei wcisnąłem mocniej pedał gazu, a Abarth wystrzelił przed siebie na tyle szybko, że zacząłem przygotowywać się psychicznie do utraty prawa jazdy. Silnik zaryczał, ale nie był to dźwięk przypominający piłowanego Golfa — brzmiał jak okrzyk radości spowodowany wypuszczeniem na wolność. Każde ujęcie teraz precyzyjnego pedału gazu było akompaniowane świstem z turbosprężarki. Tak. Zdecydowanie nie jechałem Pandą poprzedniej generacji.

Prosta skończyła się w ułamek sekundy i trzeba było wjechać na rondo. Łagodnie działająca kierownica i świadomość, że wszystkie 145 konie napędzają przednie koła nie napawały mnie optymizmem, stąd gwałtownie zwolniłem. Skręcam koła i zaskoczenie. Guzik „Sport” poprawił też działanie układu kierowniczego. Pojawił się przyjemny opór symulujący brak wspomagania i dostawałem dużo więcej informacji zwrotnej co do stanu kół. Ekstra. Dopisałem guzik „Sport” do listy moich ulubionych rzeczy na świecie, obok kanapki z masłem orzechem i dżemem oraz gniazdek z wbudowanym USB.

Nie był to koniec niespodzianek. Z nastolatkami tylko czekamy na okazję, żeby utrzeć im nosa. Ta wyrosła przede mną jak na zawołanie, a był to ostry zakręt. Podstawowa wiedza fizyczna wyniesiona z liceum wystarczyła mi do oszacowania, że jeśli przejadę go wystarczająco szybko to przód 595 ucieknie. Lecz tak się nie stało. Tego dnia wielokrotnie próbowałem wywołać choć gram podsterowności, ale mała wyścigówka tylko śmiała mi się w twarz. Widać lata trzymania się z szaloną stroną rodziny (i elektroniczna szpera) przyniosły efekty.

Uśmiechnięty od ucha do ucha wróciłem do miasta. Doceniłem tam manualną skrzynię z przełożeniami długimi jak Droga 66. Może nie należy do najprecyzyjniejszych i ucieszyłbym się, gdyby działała ciut bardziej ociężale, ale w mieście sprawuje się świetnie. Na tyle świetnie, że zapomniałem o mojej awersji do przemieszczania się samochodami. Napiszę też, że zawieszenie przyjemnie wybiera nierówności, ale tutaj zdecydowanie porównuję je do twardej jak skała MX-5, więc nie ma co mnie słuchać.

Walcząc o miejsce na powoli korkujących się wrocławskich drogach nie mogłem uwierzyć jak bardzo spodobał mi się Abarth 595. Gdy potrzeba zachowuje się jak cywilizowany człowiek. Jest prosty i wygodny w prowadzeniu, ma na pokładzie wszystkie multimedialne bzdury, a do tego wygląda genialnie. Wciśnij jednak guzik „Sport”, a odbije mu niczym nastolatkowi na myśl o weekendzie z wujkiem. Pokaże ci co tak naprawdę potrafi i będzie prowokował do traktowania go jak rasowego samochodu sportowego, bo tak naprawdę nim jest. Co ważniejsze, wymiarami nie przewyższa kabinówki, czyli świetnie sprawdzi się w miejskiej dżungli.

Gdy w końcu musiałem oddać kluczyki, nie tylko chwaliłem się swoimi prostowanymi zębami, ale na policzkach miałem wypieki. Z tego wszystkiego zapomniałem zapytać czy w akcesoriach jest podłokietnik, bo chyba tylko tego brakowało mi jak pierwszy raz do niego wsiadłem. A, no i 95 tysięcy złotych na moją konfigurację. To dużo, ale jeśli szukasz samochodu do miasta, który na zawoałanie da sporo frajdy z jazdy, warto rozważyć rozbicie skarbonki w salonie Fiata. A nuż się uzbiera.

Show your support

Clapping shows how much you appreciated Michał Zieliński’s story.