Pikselowanie czasu wolnego

JG MASON via http://ygmason.com/pictures/

Już za parę godzin ciśniemy w kąt obowiązki i ruszymy kolonizować przestrzeń (poza)miejską.

Niezależnie od formy odpoczynku, jaką wybierzemy — czy będzie to górska wspinaczka czy leniwy, miejski relaks na kawiarnianym leżaku — kamery naszych smartfonów będą chodzić bez wytchnienia i pracowicie dokumentować naszą urlopową beztroskę. Z pikselowej zupy, która powstanie w tych dniach w naszych aparatach, wyłowimy i poddamy starannej obróbce najbardziej atrakcyjne wizualnie “momenty”, którymi zaktualizujemy nasz status w sieci.

Newsfeedy naszego fejsbuka, twittera i instagrama znowu zaleje sezonowa powódż identycznych fotografii, wykonanych przez bliższych i dalszych znajomych w różnym stopniu oddalenia. Obowiązkowa porcja zachodów słońca z pięknym filtrem, rodzinnego grilla i szczęśliwych dzieci z watą cukrową na tle tafly lśniącego jeziora/lazuru basenu, szczytów górskich, już zdobytych lub majestatycznie górujących w oddali — wszystko to będzie domagać się naszej uwagi i podjęcia strategicznej decyzji czy warto zaszczycić je informacją zwrotną dla autora (lajkiem, emotikonem lub komentarzem).

Kasia Matyjaszewska via FUSS Magazyn

Zanim jednak to nastąpi, w zatłoczonych pociągach, samolotach i na zakorkowanych ulicach, zajrzymy do folderu kilkuset zdjęć, które zrobiliśmy w ciągu ostatnich miesięcy i o których zdążyliśmy już zapomnieć. Bogata kolekcja ujęć, kadrów i eksperymentalnych kompozycji, na której wykonanie poświęciliśmy tyle czasu, teraz zostanie ze zwojów pamięci brutalnie wykasowana.

Dlaczego więc jesteśmy takimi skrupulatnymi cyfrowymi archiwistami nas samych i naszego czasu wolnego?

Aparat fotograficzny to “broń drapieżna, zautomatyzowana ile wlezie, gotowa do strzału”, pisała Susan Sontag w klasycznym już eseju ‘O Fotografii’ z 1977. Właśnie dlatego, że jest “urządzeniem bajecznym”, to korzystanie z nich prowadzi do nałogu”.

Kiedy boimy się — strzelamy. Ale kiedy czujemy nostalgię — robimy zdjęcia.
- Susan Sontag, O fotografii

Kompulsywne robienie zdjęć zamienia nas w obserwatorów i dokumentalistów. Ale czy można inaczej?

Dopóki moment nie zostanie utrwalony, zdigitalizowany i spikselowany, zachodzi podejrzenie, że być może wcale go nie było.

Nasze oczy, gruntownie wytrenowane przez filtry Instagrama, może i by chiciały zauważać miriadę nieprzeprocesowanych szczegółów, “przeżywać” i sycić się widokiem zamiast go fotografować.

Ale percepcja naszego oka i poczucie skali zmieniły się. Pod wpływem codziennego naporu miliona obrazów w oknach naszych smartfonów i tabletów, postrzegamy świat inaczej w jego analogowym pięknie i nie-cyfrowej zmysłowej okazałości.

Pikselowy paraliż towarzyski i śmiercionośne selfie. Czasem proces ten jest prosty: dobre ujęcie, fajne zdjęcie, postujesz i tyle. Czasem jednak człowiek znajduje się w kleszczach paraliżującego procesu decyzyjnego. Ma się poczucie, że żadne zdjęcie , żaden filtr i żaden komentarz nie jest na tyle dobry i błyskotliwy, żeby je opublikować i zapewnić sobie jakąś przyzwoitą stopę zwrotu z inwestycji, a w dalszej perspektywie pomnożenie kapitału towarzyskiego.

Szukanie idealnego ujęcia i fantastycznego kadru, który nam to wszystko zapewni/wzbudzi zazdrość wśród znajomych, jest nie tylko frustrujące więc i czasochłonne, ale niebezpieczne!

O ofiarach, które selfie przypłaciły życiem pisał niedawno portal Mashable. W 2015 było ich więcej niż osób, które zginęły od ataku rekinów. Pozostaje mieć nadzieję, że Hollywood zainteresuje się tym fenomenem i doczekamy się mrocznego thrilleru Mordercze Selfie lub Self-neido (przyp. red.: Sharkneido, niskobudżetowa i śmiała re-interpretacji “Szczęk”. Również dowolonie traktująca prawa fizyki i przyrody).

Miłego weekendu!