Fifty shades of

Ars erotica & pecunia non olet

W Katowicach wiele jest szarości. Szczególnie teraz, gdy jadąc tramwajem mija się stalowo-szarą bryłę galerii, bure kamienice, szczelną szarzyznę nowego rynku, kosmiczną szarość spodka i popiel ogromu superjednostki.
Nie przeszkadza mi to, szary to piękny kolor. Elegancki kolor dla smakoszy, wpierw trzeba go dostrzec by go docenić. Dobry kolor dla charakteru tego miasta. Katowice miasto szarości. Ma to swoje dowody. Przemieszczając się w samym rejonie dworca znajdziemy co najmniej pięćdziesiąt odcieni Szarego… czy może raczej twarzy?

Fifty shades of Grey, przysłoniło swą zmysłową szarzyzną elewację przydworcowej kamienicy. Dakota Johnson wyciąga w górę ręce, jakby chciała przytrzymać sypiący się gzyms lub przynajmniej odstraszyć koczujące gołębie. Poniżej kochanków szyld fast foodu i kantor. Dosyć ironicznie brzmi napis „stracisz kontrolę” w kontekście utrzymywanie zdrowej wagi, czy pulsującego diodami aktualnego kursu franka. Patrząc na zmieniające się cyferki wyświetlacza, przypomniałem sobie pewną starą jak świat zasadę i zrozumiałem, że czeka nas wysyp perwersyjnych, często akrobatycznie skomplikowanych i fizycznie niebezpiecznych scen filmowych kopulacji.
W myśl „sex sells” kochane Hollywood rozciągnie ten wątek na wszystko, co w najbliższych latach powstanie. Można się spodziewać Jamesa Bonda ze szpicrutą, Spider-mana z gadżetami erotycznymi czy remake’u Kleopatry, gdzie bicz wcale nie będzie karą dla nieposłusznych niewolników. Boję się nawet myśleć, jak daleko posuną się twórcy seriali, którzy zazwyczaj mniej zważają na konwenanse. Producenci „gry o tron”, jako że i tak wątło trzymają się pierwowzoru, zapewne znajdą uzasadnienie dla zaistnienia w tym średniowiecznym uniwersum magicznego dildo dla Cersei Lannister.

Czy wypada jednak narzekać, załamywać ręce i psioczyć na czym ten świat stoi? Powiedzmy sobie szczerze, seks zawsze dobrze się sprzedawał. Nie bez powodu mówi się o „najstarszym zawodzie świata”. Czy można sobie wyobrazić D’Artagnana bez przygód łóżkowych? A co z legendami Casanovy, Don Juana, historiami o niezaspokojonej chuci carycy Katarzyny czy rodziny Borgiów? Powiedzmy sobie szczerze, seks się sprzedaje, inaczej nigdy nie wydano by powieści Masocha, której jakimś odległym, zmutowanym potomkiem jest współczesny nam literacki gniot z którego filmowa maszynka próbuje wycisnąć ostatnie dolary.

Tyle w temacie obrony. Bo dzieło to się broni przynajmniej ekonomicznie. W świecie współczesnego filmu czy książki, gdzie podstawową kategorią jest pieniądz można znaleźć uzasadnienie dla jego istnienia. Kilka dni temu w „Forbesie” pojawił się wywiad z dyrektorem wydawnictwa Muza, który płakał i rozrywał szaty nad stanem polskiego czytelnictwa. Mało czytamy. Chłam czytamy. Państwo książki nie wspiera. Taki okrutny ten wolny rynek, gdzie każdy wydaje i próbuje zarobić. Ten pan miał oczywiście rację. Trudno mi jednak nie zapytać:
Czy jest to wina ludzi,że czytają i oglądają to co się im podsuwa? Przepraszam bardzo, jeśli nikt by Grey’a nie wydał, to czternastego lutego nie słyszałoby się rozmów o pejczach, kajdankach i nieogolonych udach Anastasii. Dlaczego zatem Grey’a wydano? Dla pieniędzy, bo wolny rynek jest taki zły i niedobry? Bo wolność gospodarcza promuje mierność? Dlaczego ludzie go czytają?

Warto się nad tym zastanowić, chociaż odpowiedź jest dosyć blisko. Wystarczy się uważnie rozejrzeć. Zalew wszelkiej tandety i taniości jest pochodną współczesnej kultury, która gnije w oparach absurdu. Dziś za wielkie uznaje się niezrozumiałe. Za piękno brzydotę. Za interesujące to co jest brutalne, chamskie i niskie. Nie można udawać, że współczesna sztuka, odwołująca się często do najbardziej prymitywnych instynktów i wynaturzonych skojarzeń jest wielka. Nie można wymagać, by szary zjadacz chleba uznał że Fifty shades of Grey jest gniotem i chałturą, skoro w galeriach prezentuje się adorację Markiewicza! Jeśli miałbym wybierać pomiędzy nagim facetem ocierający się genitaliami o średniowieczny krucyfiks a splecioną w akcie płciowym parą, muszę się przyznać, że opowiadam się po stronie Christiana Greya. Nie można wymagać by ludzie łaknęli kultury wysokiej, gdy ta często jest niezrozumiałym i obrazoburczym gniotem. Paolo Sorrentino w Wielkim Pięknie, przedstawił wizję sztuki współczesnej na tle osiągnięć dawnego Rzymu. Jest tam ujmująca scena, gdy artystka wykonuje performance, biegnąc nago na zderzenie z filarem antycznego akweduktu. Krwawiąc z zawoalowanego czoła, zbiera owacje zachwyconej publiczności.

“Wielkie piękno” reż. P. Sorrentino

Uważam, że dopóki współczesna sztuka nie przestanie walić głową w mur a jej przedstawiciele nie zejdą z swych odległych pseudoartystycznych wyżyn, dopóty będziemy podziwiać popularność dzieł pokroju pięćdziesięciu twarzy Szarego. Jak wiadomo zarazę należy leczyć u źródła a ryba psuje się od głowy.

Show your support

Clapping shows how much you appreciated Okoniem’s story.