
Od mojego wpisu musiała minąć kupa czasu, ale zważywszy na to, że najbardziej wytrwali czytelnicy tego prastarego bloga są, zapewne tak jak ja, już w wieku średnim, pewien jestem że czas ten nikomu się nie dłużył. Aby jednak wynagrodzić tę przerwę wszystkim, którzy wchodzili tu częściej niż raz na tydzień, postanowiłem machnąć dwa wpisy od razu, bo kto wie, kiedy znów będzie mi się chciało wysilać obwody pisarskie?
Co do tego nieznośnego, jednostajnie przyspieszonego, a rzekomo nieistniejącego czasu — mam wrażenie jakoby było to ledwie parę miesięcy temu, kiedy ze łzą w oku patrzyłem jak znika w mojej obleśnej bramie Czarna Czeszka, która woziła nas całe dzieciństwo Syncia. A kiedy dwa tygodnie temu żegnałem się z moim pięknym, modnym autem, nawet jakoś nie czułem sentymentu. Bardziej bolesne było to dla mojej żony, która przez te trzy lata, kiedyśmy nim jeździli, czule do niego szeptała, głaskała je po kierownicy (wyściełanej tą delikatną skórą, przypominającą w dotyku świeżo ogoloną cipkę) i spoglądała na jego cudowny profil, kiedy odbijał się w szklanych taflach śródmieścia, z resztą — wcale jej się nie dziwię, też uwielbiałem ten widok.
— To jaki będzie kolor naszego nowego auta? — zapytała mnie żona — czerwony?
— No ale jak to czerwony, skoro przy tym starym mówiłaś, że z takim kolorem nie da się długo wytrzymać.
— No tak, ale wiesz. Po pierwsze to było inne auto. Po drugie, w wypadku tego — marka zobowiązuje. A po trzecie — MAM TEŻ CHYBA PRAWO PRZECHODZIĆ KRYZYS WIEKU ŚREDNIEGO?!
I tu refleksja. Tak, wydaje mi się, jakby to było ledwie kilka lat temu, kiedy Pani O. miała lat dziewiętnaście i wzięła mnie, jako dobrego kumpla, abym pomógł jej wybierać dżinsy. Pamiętam, że były to dżinsy firmy Mustang, ale to nieistotne, ważne że oczy mi wychodziły z orbit, kiedy myślałem: „ależ ona ma dupę!” (moja żona zwykła skromnie powtarzać, że to z powodu jej pogłębionej lordozy, ale trudno zgodzić się, że lordoza wpływa także na jej kształt, jędrność oraz szerokość bioder i krągłość ud). Kiedy skończył się rok akademicki, pojechaliśmy do Chorwacji, gdzie na wszystkich murach wciąż było widać ślady po kulach i tam na plaży zobaczyłem opalającego się nago smakowitego milfa, prawdopodobnie w wieku mniej więcej takim, w jakim moja żona jest teraz i szturchając ją łokciem szepnąłem:
— Patrz, jak będziesz miała czterdzieści lat, masz wyglądać tak jak ona!
Czy posłuchała, to stanie się jasne w dalszej części tego mashupu, tymczasem jednak pora przejść do tematu numer dwa.
Na co zwracamy uwagę kupując samochód? Po pierwsze — bagażnik. Jeśli, dajmy na to, jesteśmy w salonie i widzimy zajebiste auto, to najpierw zachodzimy je od tylca i otwieramy bagażnik. Jeżeli jest mały, robimy tylko: — eeeeee — i tracimy zainteresowanie. Oczywiście, zdajemy sobie sprawę, że nie każdy samochód może być Škodą, więc dopuszczamy drobne odchyły od pojemności Octavii. Po drugie, skoro już ma bagażnik słusznej wielkości, to musi być ładne. A takich aut to naprawdę ze świecą szukać, a jak już się znajdzie, to na palcach jednej ręki policzyć. Fakt, że samochody wyglądają lepiej, niż kiedykolwiek, ale sporo pośród nich dziwności, jak te takie batmobile, albo te z zajęczą wargą i bumerangiem w logo. Po trzecie — czy system audio potrafi wytworzyć odpowiedni umcyk, ponieważ muzyka to życie, muzyka to światło, muzyka to radość, a w dodatku moja żona nie wyobraża sobie prowadzenia samochodu bez muzyki. No i po czwarte: wnętrze. Wnętrze też się liczy, bo jeśli jest chujowo w środku, to czy lepiej może być w tych wszystkich melonikach, czy jak im tam, które spalają benzynę i sprawiają, że auto jeździ?
Całe szczęście, da się jednak znaleźć samochód, który spełnia te cztery surowe kryteria, więc nie namyślając się zbyt długo, weszliśmy w posiadanie. O tej marce mówi się, że ma duszę i zaczynam podejrzewać, że nie jest to czcza gadanina, ponieważ dusza mojego nowego samochodu przyjrzała się mojej duszy i najwyraźniej ją polubiła, bo nie wyobrażacie sobie co się stało, kiedy wpiąłem do pokładowego USB mojego wypełnionego pod kreskę, dwieściepięćdziesięciosześciogigabajtowego flasha z muzyką! Otóż, kiedy tylko włączyłem system audio, ze wszystkich utworów które tam mam, z całej tej biblioteki trip-hopu, muzyki poważnej, rapu, popu, awangardy, Bonobo, Kur, Terry’ego Rileya, Johna Cage’a, Prodigy, Metallicy, Hoovephonics, et cetera, et cetera, na pierwszy utwór wybrało… „Gałczyński/Szpilman/Santor — Deszcz”. Booooże! No co za samochód!!!
Tak więc jeżdżę nim nieśmiało, a żona to w ogóle pęka, bo boi się automatycznej skrzyni i pięciu sekund do setki. No ale trzeba będzie babę w końcu zagonić, bo przecież nie po to ma się kobitę, żeby samemu prać, gotować, sprzątać, prasować, ciągnąć się za kutasa, czy jeździć samochodem.
A przyznać trzeba, że w każdej z tych czynności moja żona jest doskonała. W każdej. Jak jeszcze pracowałem w śmieciarni, to kufajka zawsze była tak odprasowana, że koledzy zazdrościli. Ale oczywiście nie to jest największą zaletą mojej żony w średnim wieku. Najwspanialsza rzecz pod słońcem, to co zawsze mnie rozczula, to pewien odruch warunkowy, który wyrobił jej się przez te wszystkie lata ze mną. Wystarczy bowiem, że położę jej dłoń na udzie, a ona natychmiast, zupełnie automatycznie, rozwiera obie te cudowne krągłości. No czego chcieć więcej? Malkontent mógłby powiedzieć, że ciasnej cipy, ja mogę na to odpowiedzieć jedynie, że nie raz miałem wrażenie, że żelazny uścisk jej mięśni kegla obetnie mi kutasa.
Oczywiście moja żona ma też wady. Najpoważniejszą z nich jest robienie niepotrzebnych rzeczy o niewłaściwej porze. Na przykład — jest piękny sobotni, jesienny poranek, ICM pokazuje, że po drugiej nadciągną chmury i będzie po słońcu. A ona zamiast się ubrać i wyjść spacerować, obalić kufelek w Domu Partii, zagryźć krewetkami na Powiślu, to czeka aż się wypierze! Oczywiście boję się popędzać, bo zaraz rozpuści na mnie japę, że wszystko w tym domu robi ona i że potem będzie prasować do północy, jeśli teraz nie powiesi. A przecież w niedzielę mają być chmury. Nie rozumiem — nie może wieszać i prasować w niedzielę?!
Może i nie, bo zdaje się, że przedkładanie rzeczy nieistotnych nad istotne jest u niej pewnym rodzajem nerwicy natręctw, zacząłem to podejrzewać, kiedy pewnego poranka nakryłem ją, gdy umilała sobie czas oczekiwania na taksówkę, która miała ją zabrać na lotnisko, pakowaniem zmywarki.
— CO ROBISZ, NA LITOŚĆ BOSKĄ?! — wrzasnąłem.
— Pakuję brudy, bo nikt tego nie robi…
— ALE PO CHUJ CI W PARYŻU RZECZY POZMYWANE W WARSZAWIE?!
To by tam było jeszcze do przebolenia. Gorzej, że ta nerwica ujawnia się także wieczorami, na przykład kiedy dzieci już zamknięte w swoich pokojach, ząbki umyte i sto procent gwarancji, że żadne już nie wejdzie do naszej sypialni. Leżę w łóżku i czekam, czekam, czekam, a ona trzaska garnkami, wkłada talerze do zmywarki, zmywa blat w kuchni i robi sto chuj wie jakich innych niepotrzebnych czynności, kiedy ja czekam. Tu oczywiście stałą odpowiedzią jest, że „przeciętna kobieta nie może skupić się na seksie, kiedy w zlewie są niepozmywane garnki”, więc już nawet o nic nie pytam, tylko ostrzegam:
— Zobaczysz, pewnego dnia, kiedy będę stary, umrę czekając na ciebie. Będę leżał w łóżku i czekał, aż w końcu umrę i kiedy przyjdziesz ze zmytymi garnkami już mnie nie będzie! — no ale jakoś póki co, to słabo działa.
W każdym razie, podsumowując ten przydługi wpis. Oto Pani O., lat czterdzieści i cztery. Dwa porody, cztery tysiące wyprasowanych koszul, piętnaście tysięcy wypranych skarpetek, ze siedem tysięcy obiadów, nieco więcej śniadań i kolacji, parę tysięcy obciągań, kilka tysięcy spustów — wszystko to niechybnie odcisnęło swoje piętno na tym umęczonym ciele matki-polki:

Aczkolwiek, szczerze mówiąc nic takiego nie zauważyłem…
A jaka Alfa Romeo jest — każdy widzi.
