12/5/2017

Jest taki etap zmęczenie, gdy już nie potrzebujesz, by ktoś ci zrobił herbatę. Nie potrzebujesz słów, czyjejś obecności, przytulenia. Nie potrzebujesz pytań.

Zmęczona jestem tym, że mam to jedno duże zmartwienie, które wraca. Zdrapuję strupa przynajmniej raz w miesiącu, totalnie nieprzygotowana na emocje, które nie są niczym nowym przecież.

Nie jestem zła. Nie jestem wściekła czy rozczarowana. Jestem zmęczona. Z każdym jego zdaniem jestem niższa, przygnieciona kolejnymi kilogramami głupoty.

Włączam małej bajkę i idę płakać do kuchni na minutę. Potem udaję, że uderzyłam się w mały palec u nogi. Idę pod prysznic, wypłakuję się do końca i jestem znowu dzielna.

Odkryłam, że moje zmęczenie najlepiej zakryć korektorem, rapem, kawą, przyjaciółmi i pracą. Wiadomo, wróci to do mnie ze zdwojoną siłą, to zakrywanie. Ale nie ma czasu na przeżywanie, wyżywanie tego.

Ale teraz ciiiiiiii…

Siedzę pod kocem, w domu rodziców. Słyszę, jak moja Córka chichocze, bo dziadek ją niesie do góry nogami po schodach. Nikt nic ode mnie nie chce. Choruję, piszę, piję kompot truskawkowy, jem kanapkę z masłem i pomidorem. Słyszę cały dom.

To jest takie uczucie, gdy zapijasz coldrexem garść witamin i kładziesz się od razu spać. Odpływasz.

Obiecuję, że postaram się chwilę odpocząć. I że nie będę mówić, co u mnie się dzieje. Dla świętego spokoju.

One clap, two clap, three clap, forty?

By clapping more or less, you can signal to us which stories really stand out.