Zdrowie
Mam za sobą trochę bliskich i zażyłych kontaktów z prywatną służbą zdrowia. W związku z tym mam też kilka obserwacji.
Po pierwsze, prywatna jest tylko marginalne lepsza od publicznej. Ponieważ jest to ewidentnie bardzo dochodowy interes, to “overbooking” jest większy od tego w liniach lotniczych. W dodatku różne kanały zgłaszania się na wizytę mają różny zakres wolnych miejsc, więc trzeba sprawdzać samemu wszystkie możliwe opcje. Miłe osoby pracujące na infolinii zazwyczaj nie mają pełnej informacji, trzeba wykorzystywać także kanały samoobsługi pacjenta. Załóżcie sobie w takich serwisach konta i korzystajcie z nich szukając terminów wizyt.
Po drugie, jeśli Was boli, to powiedzcie o tym lekarzowi. Bo przy pechu zostaniecie bez środków sprzedawanych na receptę, a w najlepszym razie będziecie musieli odbyć kolejną wizytę. Ból znacząco obniża komfort życia, co odbija się na wszystkim (z pisaniem na blogu włącznie).
Po trzecie, dopytujcie o wszystko, czego nie rozumiecie. Do skutku, aż Wy nie zrozumiecie wszystkiego. A potem sobie to przemyślcie starannie.
Po czwarte, zawsze istnieje szansa błędu w diagnozie. Obecna medycyna w większości przypadków jest w stanie przynieść wyczuwalną poprawę po paru dniach, góra tygodniu. Jeśli więc nie czujecie poprawy, to poproście o drugą opinię (albo idźcie do specjalisty, w przypadku, gdy pierwszą diagnozę stawiał lekarz ogólny). Ja tak nie postąpiłem i sprawa zrobiła się średnio zabawna.
Chciałbym móc zakończyć czymś optymistycznym, jednak nie bardzo mam czym. Mimo płacenia abonamentu/ubezpieczenia dodatkowego trzeba być “świadomym pacjentem” czyli bardzo starannie pilnować swego. Ponad to, jeśli Wasza kuracja nie przynosi efektów w rozsądnym czasie, szukajcie drugiej opinii. To mało komfortowa porada i sytuacja, nie zachęcam też Was do kwestionowania każdej diagnozy, jednak wygląda na to, że samoświadomość jest niezbędna, gdy jesteśmy pacjentami (a tak naprawdę klientami).
Originally published at neverassume.info.