Dlaczego Jon Favreau to fajny gość i czemu warto zobaczyć “Szefa”?

Muzyka:

Zacznijmy od Szefa. Nie jest to klasyczna wakacyjna komedia typu guilty pleasure, której po obejrzeniu długo się wstydzimy, ale mimo wszystko się nam podobała (patrz: filmy z Adamem Sandlerem). Szef to dość przyjemy film o rodzinie, przyjaźni i potrzebie samorealizacji z potężną dawką food porn w tle. Tak, warstwa wizualna tego filmu ze wszech miar zachwyca, onieśmiela i sprawia, że jesteśmy wraz z trwaniem filmu coraz bardziej głodni. Rzadko kiedy mamy szansę zobaczyć w kinie tak dobrze skrojony, kameralny film.

Sama fabuła jest dość banalna, opowiada historię szefa kuchni, Carla, który kiedyś był wschodzącą gwiazdą sceny kulinarnej, a dziś stara się ponownie odkryć przyjemność w tym co robi. Dodatkowo stracił kontakt z synem i porzuciła go żona, zatem historia zmierza w kierunku klasycznej opowieści o upadku i stopniowym podnoszeniu się z kolan. Dostajemy przy tej okazji kilka sprawdzonych klisz, kilka gagów, które jednak nie rażą. Nasz bohater nie jest może klasycznym everymanem, ale każdy dość łatwo może się postawić na jego miejscu. Ogólnie wszystkie postacie, które mają coś do powiedzenia w filmie są świetnie zarysowane. Duża w tym zasługa obsady, której się nie do końca spodziewamy, a która jest nie byle jaka — spotkamy tu Dustina Hoffmana, Scarlett Johanson (która jak na jej możliwości jest mało irytująca i prawie nie wydyma ust), Roberta Downey Jr., który znów sprawia wrażenie, że gra siebie i ma jeden z najbardziej efektownych epizodów w tym filmie. Są w końcu urocza Sofia Vergara, uwielbiany przeze mnie Oliver Platt, świetny John Leguizamo i w końcu, odgrywający rolę głównego bohatera, Jon Favreau.

Właśnie Favreau. Po mw 20 minutach zorientowałem się, że to jest on. Mw w tym samym momencie przypomniało mi się że jest również reżyserem tego filmu (a także scenarzystą i producentem) i że wcześniej stał on za takimi filmami jak Hooligans, Iron Man, Iron Man 2, Kowboje i obcy czy Avengers. Tak Happy Hogan z Iron Mana to nasz fajny gość Jon. I tu mi zaczęło coś nie grać. Czemu ktoś odpowiedzialny (w różnych rolach) za jedne z największych blockbusterów w dziejach kina, przesiada się nagle na kameralny, skromy film, w którym grają głównie jego dobrzy znajomi? Czemu dostajemy tak sugestywny obraz zawodowego wypalenia się, że nie odczytujemy go jako kolejnej kliszy, ale łykamy w całości, bez zastanawiania się. Odpowiedź nasuwa się sama. Favreau to jeden z niewielu grających reżyserów, który od początku do końca wie co robi. Robiąc ten film pokazuje, że jest fajnym gościem, który nie potrzebuje 200 mln $, by opowiedzieć dobrą historię w przemyślany sposób. Ten film to próba udowodnienia, że jest tym za kogo się uważa — wyjątkowo sprawnego reżysera, który nie musi wykorzystywać efektów specjalnych do przykrywania swojego braku kompetencji.

I trzeba powiedzieć, że jest to próba udana. Jest to film udany, w którym aktorzy naprawdę grają (tu oklaski dla Leguizamo i Emjaya Anthonyego, który gra syna Carla), a ich możliwości są wykorzystane wręcz idealnie. Nie jest on przegadany, szybko poznajemy bohaterów i dostajemy powód by się z nimi identyfikować. Żadna z sekcji filmu nie sprawia, że staje się on zbyt długi, co jest chlubnym wyjątkiem w dzisiejszym kinie. Fajny gość Jon dobrze prowadzi fabułę jako reżyser, dawkuje nam postacie pierwszoplanowe, wprowadza postacie epizodyczne, które świetnie puentują poszczególne sceny, a także zalewa nas nieprawdopodobnymi dawkami food porn. Dorzućmy do tego świetnie dobrany soundtrack i mamy film do którego chętnie będzie się wracało co jakiś czas. Trwa on prawie 2 godziny, ale każda minuta tej opowieści jest w pełni wykorzystana. Jedyne co psuje ten pozytywny obraz to samo zakończenie filmu, które choć uzasadnione, jest wręcz obraźliwe dla widza. A szkoda, bo gdyby ten element był bardziej przemyślany to można by uznać ten film za wyjątkowo dobry, a tak jest po prostu udany. No może więcej niż udany.

Jeśli ten film potraktować jako potrawę, to na pewno nie dostajemy wysmakowanego dania z restauracji szczycącej się gwiazdką Michelina, ale też kucharz nie ma ambicji by nam coś takiego podać. Dostajemy pyszną kanapkę, doskonale doprawioną i prosto podaną, która zaspokoi nasze pragnienie na pozytywną wakacyjną komedie. Przynajmniej na jakiś czas.

[PL]

P.S.

Nie oglądajcie filmu na czczo.

Show your support

Clapping shows how much you appreciated Bagder! Badger!’s story.