Dusza

Jak to dobrze, że Martinus http://pogadalnia.pl/2017/04/12/na-swieta-o-ewolucji-duszy/ wziął na warsztat duszę! Należało jej się to już od dawna. Bo, po pierwsze, jeśli dusza istnieje, to nic innego nie znamy oprócz niej. A ściślej po Arystotelesowsku: niczego nie możemy ująć poznawczo, czym ona nie mogłaby się stać. A po Kantowsku mówiąc, niczego nie poznajemy co nie byłoby formą jej zmysłowości lub kategorią jej intelektu. A po drugie jeśli istnieje, to jesteśmy duszą i jako dusza do duszy mówić do siebie powinniśmy i jako dusze nad ciałem opiekę sprawować i broń Boże siebie jako ciał nie traktować… Ale jeśli jej nie ma, to całe to nasze gadanie o duszy to choroba słabowitego ciała, szukającego mocy…

Ale po kolei.

1. „Jezus oddał za nas życie. Ale czy za nas w całości? Nie. Tak właściwie, w dziele zbawienia chodziło wyłącznie o nasze dusze.”

Jeśli tak , to po co zmartwychwstanie ciała? Nie potrafię tego pojąć inaczej jak tylko uznając, że ciała nasze nie są tym czym wydają się nam być. Jezus nie zabiera przecież do nieba masy (materii jako bryły o określonej inercji) lecz energię. Pewną aktywność wewnętrzną, która na zewnątrz może (ale nie musi) przejawiać się jako ciało. Jezus zatem istotnie nie zbawia ciała ale zbawia „energię naszego ciała”. Ale „energię” w sensie bliższym greckiemu energeia niż naszym współczesnym fizycznym pojęciom. Ta energeia jako energia ciała fizycznego to Arystotelesowska dusza wegetatywna, odpowiadająca za prawidłowe funkcjonowanie m.in. trawienia i rozmnażania. Po co zatem Jezus ją zbawia? To ciekawe pytanie. I wrócę do niego za chwilę.

2. „nie uważam, że dusza zaistniała sama, na drodze ewolucji, jak pióra na jaszczurach. Chętnie przyjmuję stworzenie jej przez Boga.”

Ja też. Ale jak pogodzić fakt stworzenia duszy z twardymi danymi nauki, które ukazują ewolucję człowieka jako proces naturalny oraz z szacunkiem dla Bożej Inteligencji, z którą nijak nie potrafię pogodzić każdorazowego wkładania dusz do naturalnie powstających ciał?

3. „A może należałoby, idąc za tą myślą, stworzyć pojęcie duszy mniejszej — czyli takiej, która zamieszkuje niektóre, co inteligentniejsze gatunki. To w pewnym stopniu pozwalałoby wybrnąć z kłopotów nastręczanych przez ewolucję”

Świetny pomysł. Koncepcja ta ma już pewnie jakieś 3 tysiące lat ale to nie znaczy, że przestała być atrakcyjna. Dusze niższe są częścią porządku natury. Na poziomie wegetatywnym i zmysłowym jesteśmy duszami, które bardzo przypominają dusze zwierzęce. Mamy odczucia, wyobrażenia, doznania, wrażenia prawdopodobnie bardzo przypominające psie, kocie czy szympansie.

I tu dochodzimy do sedna. To, co dziś nazywamy duszą ludzką to umysł. Ośrodek naszej osobowości, miejsce, które na co dzień zamieszkujemy — świat naszych przedstawień. To dusza, którą Arystoteles nazywał zmysłową i która przysługuje tylko tym organizmom, które posiadają rozwinięte zdolności poznawania. Te niższe też posiadają dusze ale są to dusze wegetatywne. Dusze ludzkie to w istocie trójjednie dusz (energei), wegetatywnej, poznawczej (u Platona bojowej) i rozumnej. Nota bene przejawem odnowienia człowieka przez łaskę czyli zbawienia może być zharmonizowanie tych 3 energei zdezintegrowanych przez grzech. W zwykłym „nieodkupionym” stanie świadomości człowiek nie korzysta z tych swoich energii, gdyż jego nieuporządkowane pragnienia niepokoją umysł, nie pozwalając mu kontemplować w spokoju Rozumności świata i wystawiając go na pastwę żądz. Platonizm i chrześcijaństwo nie różnią się od siebie pod tym względem. Plotyn powiada nawet, że nasza dusza nie znajduje się w ciele ale „schodzi” czasem do ciała kiedy je obejmujemy uwagą…

4. „W którym więc momencie Bóg uznał: Od dziś będę go wyposażał w nieśmiertelną duszę. A dwoje pierwszych z takim wyposażeniem zamknę na próbę w rajskim ogrodzie. Zobaczymy, co z tego wyjdzie.

Według mnie człowiek był gotowy na duszę dopiero wtedy, gdy jego konstrukcja, a zwłaszcza sfera emocji i zdolności umysłu, pozwalały dopuścić do siebie pojęcie Boga. Nawet, jeśli zbyt trudne do sprecyzowania, do ujęcia w jakąś spójną definicję. Co więcej, ta gotowość powinna z jednej strony obejmować uświadomienie sobie, lub przekonanie, że KTOŚ TAKI musi istnieć…”

Według mnie bardziej podstawową, niż intelektualna zdolność pojmowania Boga, jest dla historii ludzkiej sprawa wolności. Kiedy zwierz ludzki stał się zdolny do świadomego wyboru? Kiedy pojawiła się odpowiedzialność za podjętą w sposób wolny decyzję? Kiedy przestaliśmy być tylko dziełem Boskiej mocy stwórczej i staliśmy zdolni do autokreacji. O tym opowiada biblijna historia ogrodu Eden. Wyjście w obszar wolności jest dramatem ludzkiej duszy. Człowiek zyskuje możliwości autokreacji z drugiej traci kontakt z własnym byciem na poziomie biologicznym. Aby być wolną, dusza skryła się przed Bogiem i teraz aby powrócić do Boga, musi się zreintegrować na wyższym poziomie. Święty i neandertalczyk mogą być podobni pod względem poziomu zintegrowania. Być może jest tak jak sugeruje Jaynes, że umysł ludzi sprzed 4 tysięcy lat nie był zdolny do podejmowania wolnych decyzji. „Wyjście z raju” dokonuje się jego zdaniem ok. 3.5 tysiąca lat temu i oznacza „zamilknięcie głosów bogów słyszanych we wnętrzu własnego umysłu”. Umysł (dusza poznawcza) w ten sposób oddziela się od wegetatywnej i rozumnej. Dusza się dezintegruje i potrzebuje zbawienia…