Nieskończoność głupoty

Martinus zajął się w swoim ostatnim wpisie na stronie Pogadalni http://pogadalnia.pl/2017/03/04/coffeelosophy-xiii-czyli-udzial-w-wiecznosci/ tematem wieczności. Jak zwykle pisze jasno i do rzeczy, wiążąc zgrabnie temat czasu, Boga i doświadczenia przemijania:

Jako dzieciak, widywałem w starych góralskich chałupach na głównej belce pod sufitem wyryte słowa: „Bóg widzi, czas ucieka, śmierć goni, wieczność czeka”. I rzeczywiście, długie lata wyobrażałem sobie wieczność, jako coś, czego doświadczę dopiero po śmieci. Coś, co istnieje, gdzieś tam: w górze albo na dole, jakaś inna rzeczywistość. Inny wymiar, który na mnie czeka, który się uruchomi, kiedy już zamknę oczy na wieki. Inna sprawa, że silniej na mnie oddziaływało w tej sentencji przesłanie, że zostanę wówczas ze swego życia rozliczony. Przez wszystkowidzącego Boga, stwórcę całego, nieskończonego wszechświata.

Zaintrygowały mnie fragmenty, gdzie pojawia się w tym tekście wątek głupoty. Najpierw jako “smutną głupotę” określa wiarę w możliwość uzyskania nieśmiertelności w postaci trwania w pamięci innych.

Jaką to jednak robi różnicę umarłemu, jaką przynosi mu satysfakcję, jakie może mieć dlań znaczenie, choćby pamięć o nim trwała przez wszystkie pokolenia ludzkości. Wszak można się tym cieszyć tylko za żywota. Rojenia o czymś później to smutna głupota.

Następnie cytuje Einsteina, we fragmencie, który ja interpretuję jako aluzję do wesołej głupoty. Podsuwając subtelnie rozwiązanie niedopowiedzenia, jakie pojawia się w pierwszym fragmencie. Wprowadza tam pojęcie Boga jako Najwyższego Urzędnika, który w przyszłości rozliczy nas z win i zasług. Taki koncept nie rozwiązuje a tylko wyostrza problem relacji wieczności i czasu. Tak pojmowany Bóg, podobnie jak wieczność z cytowanego na początku powiedzonka jest czymś, co czeka. Wieczność i Bóg są bytami z innego “pozagrobowego” świata, których więzi z naszym światem nie rozumiemy i nie doświadczamy. Możemy co najwyżej z obawą ich wyczekiwać… Rozwiązaniem problemu jest coś wiecznego, co stale nam towarzyszy, nie opuszczając nas nawet na chwilę, stanowiąc naszą prawdziwą naturę.

Tylko dwie rzeczy są nieskończone: Wszechświat oraz ludzka głupota, choć nie jestem pewien co do tej pierwszej.”

Powiedzonko to skłoniło mnie do osobistych wynurzeń. Jednym z najbardziej poruszających przeżyć jakich doznałem w ostatnich latach był mój udział w warsztatach prowadzonych przez Tomka Femiaka, które zatytułował on “Jak praktycznie wykorzystać własną głupotę?” Odkryłem dzięki niemu jak smakuje moja własna głupota. Słyszałem już kiedyś to powiedzonko Einsteina, ale co innego usłyszeć o tym w kontekście bezosobowym (możemy wtedy myśleć, że chodzi może o tych innych głupków, np. z filmików na yuotubie, od których my jesteśmy mądrzejsi) a co innego doświadczyć na własnej skórze. Poczułem, że moja tzw. wiedza o świecie jest listkiem figowym usiłującym przykrywać ocean głupoty. Nie zmądrzałem chyba od tego doświadczenia, ale na pewno poczułem się lepiej. Nabrałem szacunku dla własnej głupoty. Jeśli bowiem istotnie jest nieskończona, mierzyć się z nią niepodobna, pozostaje pochylić czoła przed jej boską wielkością…i przyglądać się uważnie. Pożytek z takiej działalności w postaci powodów do śmiechu murowany!