Smak dymu

Miłosz Olszański
19 min readAug 1, 2023

--

Dzień pierwszy

„Dzień jak co dzień” — pomyślał Frans, przesuwając swoją kartę po powierzchni czytnika. Drzwi przed nim otworzyły się i zaczął przemieszczać się wzdłuż długiego korytarza bez okien. Drogę rozjaśniały mu buczące cicho świetlówki na suficie. Wreszcie doszedł do drzwi oznaczonych tabliczką „Obserwatorium” i przekroczył ich próg. Pomieszczenie było duże, wypełnione po brzegi technologią. Każda ściana ozdobiona była dziesiątkami ekranów. Te z kolei wyświetlały liczby, trajektorie lotów, zdjęcia planet i gwiazd. Pokój znajdował się na drugim piętrze i w odróżnieniu od korytarzy, posiadał okna, z których dobiegało Fransa światło słoneczne.

- Siemka — powiedział, kładąc torbę z drugim śniadaniem obok swojego biurka.

- Cześ, cześ — odparł jego kolega z pracy, gapiący się w monitor.

- I jak, Noah, byliście u teściów w weekend?

- W końcu nie, bo mały się rozchorował i zostaliśmy. Całe dwa dni donoszenia rosołków i zbierania zagluconych chusteczek — odparł mężczyzna, przecierając twarz otwartymi dłońmi.

Frans zaśmiał się w głos.

- Takie uroki rodzicielstwa, nie przeskoczysz tego.

- Sam się kiedyś dorobisz dzieciaka, to zobaczysz — odgryzł się Noah.

- Na razie się na to nie zapowiada.

- No jak będziesz się śpieszył z purchlakami tak jak do pracy, to rzeczywiście mogę się nie doczekać zaszczytnego tytułu wujka.

- A daj spokój — odpowiedział Frans i machnął ręką. — Znowu gumę złapałem.

- Znowu? — zdziwił się Noah i zaśmiał pod nosem.

- No, mnie te gwoździe to chyba sobie szczególnie upodobały — odparł Frans, patrząc na uruchamiany system. Pulpit przywitał go domyślną tapetą z logo NASA.

Rozmowę przerwało miarowe pikanie komputera znajdującego się na środku pokoju.

- Co tym razem? — zapytał zirytowany Noah.

- Czej, sprawdzę.

Frans odepchnął się nogami od biurka i podjechał na krześle obrotowym do monitora komputera. Ekran świecił się na czerwono i wyrzucił na wierzch stale zmieniające się współrzędne astronomiczne.

- Teleskop się na czymś zafiksował — poinformował ciekawego Noaha.

- Jakiś meteor?

- Nie wiem, czekaj.

Frans zminimalizował wszystkie inne okna i zostawił otwarte tylko te przedstawiające informacje na temat ciała niebieskiego. Następnie poszedł do sąsiedniego pokoju. Po chwili cały budynek zaczął się nieznacznie trząść, co oznaczało poruszanie się dodatkowego teleskopu wystającego z kopuły wieńczącej konstrukcję. Mężczyzna wrócił do pokoju i znowu usiadł przed komputerem na środku. Włączył dodatkowe monitory, które wyświetliły mu obraz na żywo przemieszczającego się w próżni kosmosu ciała niebieskiego.

- Wszystko w porządku? — zapytał poddenerwowany Noah.

Frans nie odpowiedział na pytanie, jakby go w ogóle nie usłyszał, i nawet nie odwrócił wzroku od monitorów. Pieczołowicie stukał w klawisze klawiatury, przesuwał palcami po dotykowych ekranach i liczył coś długopisem na kartce papieru.

- Frans, do cholery, co jest?! — krzyknął Noah.

- Asteroida o szerokości dziewięćdziesięciu sześciu kilometrów zmierza w stronę Ziemi — odparł drżącym głosem Frans.

- Co, kurwa? — ponownie krzyknął Noah, nie dowierzając w słowa kolegi.

W stronę Ziemi — powtórzył mężczyzna, gapiąc się w zapisaną długopisem kartkę.

- Co wy do mnie mówicie, Lindstrom?

- Panie generale, to nie jest pomyłka — odparł Frans, wymachując zapisanymi kartkami przed oczami generała. — Asteroida niechybnie uderzy w Ziemię za dokładnie sto trzynaście dni, osiem godzin, dwadzieścia cztery minuty i osiemnaście sekund. Siedemnaście. Szesnaście. Piętnaście.

- Skończcie to liczenie, Lindstrom, do cholery! — krzyknął ochrypłym głosem generał Walker. — Jesteście absolutnie pewni, tak pewni jak to, że Słońce wschodzi na wschodzie, że woda zamarza w temperaturze zera stopni, że Słońce jest piekielnie gorące, że ta przeklęta asteroida rozmiarów jak stąd do Belington, zmierza w stronę Ziemi i uderzy w nas dokładnie za tyle dni?

- Tak, panie generale.

- Zadam to pytanie jeszcze raz. Jeśli zadzwonię teraz do dowództwa i przekażę im te informacje, to na sto procent nie będę się mylił? — generał wypowiadał każde słowo niezwykle wyraźnie i dobitnie, nerwowo przy tym gestykulując.

- Tak, panie generale — powtórzył bez wahania Frans.

- No to mamy przejebane.

Dzień trzeci

Cletus sięgnął po otwieracz i pozbył się z butelki metalowego kapsla, separującego go od bursztynowego piwa. Gapił się w ekran telewizora, zmieniając pilotem kanały.

- Nudy — powtarzał do siebie, skacząc po programach. — To też. I to. Phi — parsknął, widząc wzmiankę o paradzie równości odbywającej się pół świata dalej. — Cały ten świat schodzi na psy — powiedział i wziął łyka gazowanego płynu, rozlewając go trochę przez kąciki ust na białą koszulkę. — A to co, do cholery?

Program nagle zmienił się mimo usilnych prób Cletusa i walenia palcami w przyciski pilota, aby tak się nie stało. Na ekranie pojawił się prezydent ubrany w najlepszy czarny garnitur i krawat tego samego koloru. Trzymał ręce oparte o biurko Resolute. Za nim rozciągnięte były na sztandarach flagi państwowe.

- Obywatele, obywatelki Stanów Zjednoczonych Ameryki Północnej — zaczął swoją przemowę — sumienie i powinności stanowiska, które piastuję, nie pozwalają mi dłużej trzymać was w niewiedzy ani w jakikolwiek sposób starać się upiększyć i złagodzić informacje, które mam wam do przekazania — prezydent wysławiał się bardzo wyraźnie, przykładał wielką wagę do każdego powiedzianego słowa. — Nad nami rozciągają się czarne chmury. Dokładnie teraz, kiedy słuchacie tego przemówienia, na Ziemię nadciąga zagrożenie, z jakim dotychczas nie musieliśmy się uporać. Sprawa nie tyczy się tylko naszego pięknego kraju, ale i całego świata. Dlatego przez ostatnie dwa dni odbywał się nadzwyczajny szczyt, w którym udział wzięli zwierzchnicy wszystkich państw, dowódcy NATO, Rady Europejskiej i ONZ. Za dokładnie sto dziesięć dni w Ziemię uderzy asteroida gargantuicznych wymiarów. Wymiarów wystarczających, aby zmieść nas, ludzi, z powierzchni planety — prezydent przerwał na chwilę i spojrzał w dół na biurko. — Najwięksi światowi eksperci są teraz w trakcie projektowania taktyki, która uchroni nas od tego tragicznego losu. Kiedy tylko będziemy znać wszystkie jej szczegóły i przebieg, niezwłocznie was o tym powiadomię. Niech Bóg ma nas i nasz kraj w swojej opiece.

Transmisja zakończyła się, a na ekran wróciła iskrząca się i głośna telereklama jednorazowych spodni.

Zegarek wreszcie wybił godzinę dziewiętnastą i Andrzej zaparkował wózek widłowy w wyznaczonym miejscu.

- Spadam, chłopaki, bo spóźnię się na mecz — powiedział, zdejmując z siebie brudny kombinezon.

- No z nami się nie napijesz? — pytali chóralnie koledzy rozczarowanym głosem.

- Kolonia Tykocin dzisiaj gra, nie mogę, kiedy indziej — oznajmił i wybiegł z magazynu.

Mężczyzna wbiegł do domu, zrzucił ze stóp buty w biegu i opadł na kanapę.

- Uff, zdążyłem, hymn śpiewają — powiedział z ulgą. — Kryśka! We no mnie kanapki zrób z tą… z pasztetową i piwosza przynieś, co?

Andrzej dostał zamówiony zestaw i rozlał się na kanapie, obserwując zawodników biegających w tę i z powrotem.

- No jak, kurwa, podajesz, cymbale, oczu nie masz?! — krzyknął, łapiąc się za głowę.

Nagle program sportowy wyłączył się, a na jego miejsce wskoczył kanał rządowy.

- No kurwa, co to jest — wrzeszczał czerwony od złości Andrzej — stan wojenny?!

Na ekranie widniał prezydent z rękami opartymi o mównicę. Stał prosto na niebieskim dywanie. Ubrany był w granatowy garnitur i czerwony krawat zawiązany w ziemniak. Za jego plecami rozwieszona była na ścianie biało-czerwona flaga.

- Obywatele Rzeczypospolitej Polskiej — tak prezydent rozpoczął swoje przemówienie — mogły was dobiec już słuchy z zagranicznych mediów o pewnej, jak oni to nazywają, katastrofie. W zasadzie słyszeliśmy dużo określeń na to zjawisko: tragedia, koniec świata, apokalipsa czy inne barwne opisy w tym temacie. Ja jestem tu po to, żeby zapewnić was, drodzy rodacy, że nic takiego nie będzie miało miejsca. Prawdą jest, że w ostatnim czasie został zwołany szczyt NATO i innych organizacji światowych. Ja również w nim uczestniczyłem i z pierwszej ręki dostaniecie informacje, które tam usłyszałem — prezydent cały czas patrzył się w soczewkę kamery i często mrugał. — Z naszego punktu widzenia, z punktu widzenia narodu, który przelał wystarczająco dużo krwi za innych, który gości uchodźców wojennych i poświęca swoje środki dla innych, tak nazywana katastrofa nie jest zjawiskiem realnym. Zwyczajnie nie jest to prawda.

- No a jak inaczej — wtrącił się w telewizyjne przemówienie Andrzej.

- Ta amerykańska agenda, bo to oni w końcu tę — prezydent przerwał na ułamek sekundy — katastrofę — powiedział mniej poważnym tonem — odkryli, ma służyć wzbogaceniu się, nieprawnemu wzbogaceniu się naszym kosztem. Tak, mówię o pieniądzach, bo właśnie na tym skupiało się posiedzenie światowe. Według ekspertów jedynym rozwiązaniem na ocalenie Ziemi jest zebranie środków finansowych na budowę broni, która zestrzeli zagrożenie. Z ich wypowiedzi bardzo łatwo dało się wyczytać ich prawdziwe intencje, które zapewniam Państwa, nie miały nic wspólnego z globalnym dobrem, a na pewno nie z dobrobytem Polaków. No bo skąd te środki mają się wziąć? Od nas? Ja takimi środkami nie dysponuję, może Państwo — prezydent wskazał palcem na nagrywającą go kamerę i zaśmiał się. — Dlatego jeszcze raz apeluję do was, do świadomych obywateli naszego kraju, żebyście nie wierzyli w propagandę zachodu na temat katastrofy, bo tej zwyczajnie nie ma, a my, Polacy, byliśmy tutaj od setek lat, jesteśmy tutaj teraz i będziemy jeszcze przez kolejne tysiąclecia.

Program rządowy zniknął, a na ekran wrócił mecz.

- Pieprzone komuchy — skomentował orędzie prezydenta Andrzej i napił się piwa, podgłaśniając telewizor.

Dzień szósty

- Słyszałeś, co wymyślili? — Cletus zapytał swojego szwagra.

- Że z tym laserem, co ma tę asteroidę zestrzelić?

- Ta, dokładnie to — potwierdził Cletus.

- Ja nie wiem, co to za pomysł w ogóle — kontynuował szwagier. — Niby jakim prawem my za to mamy płacić, ciężko pracujący Amerykanie, co? — spytał szwagier, chodząc po drewnianej werandzie w tę i z powrotem.

- Ty mi powiedz, bo ja sam nie wiem — odparł Cletus, spluwając tabakę.

- A dlaczego tyle szmalu ma wydawać „najbogatszy procent naszego kraju”, co? — pieklił się dalej. — Że jak ktoś zarobi uczciwie, to trzeba mu zabrać od razu, tak? W wolnym kraju demokracji, tak?

- Prawda? Tak nie powinno być — wyseplenił Cletus, ścierając brązową ślinę z warg. — Co to, komunistyczna Rosja?

- Dzisiaj zabierają nam pieniądze na jakiś laser, jutro zabiorą nam prawo do głosowania, a pojutrze naszą broń?! Powinniśmy wyjść na ulicę, bracie — zaproponował szwagier.

- I tu masz rację, do cholery — przyznał Cletus, uderzając pięścią w drewnianą barierkę.

Dzień dwunasty

- Proszę to zostawić, zostaw mi to ale już! — krzyknęła kobieta pod drzwiami, wyrywając innemu klientowi worek kaszy z rąk.

- Ja za to zapłaciłem! — nie dawał za wygraną mężczyzna.

- Zadzwońcie po szeryfa! — krzyczała inna kobieta, przeciągając ostatnią sylabę. — Stratowali mnie, szeryf! — piszczała spod pustej wiaty na wózki.

Jack stał przed hipermarketem i trzymał swoją matkę za rękę. Obserwował zaparkowane bez ładu samochody na parkingu i krzątających się wszędzie ludzi. Jedni popychali drugich, drudzy wyjmowali z bagażników trzecim. Cały ten chaos wprawiał go w osłupienie, bo w tłumie rozpoznawał swoich sąsiadów i inne znajome twarze, które jeszcze kilka tygodni temu wyglądały zupełnie inaczej. Teraz te same twarze udają, że go nie znają.

- Tutaj chyba też nie mamy szans — powiedział do swojej matki.

- Nie martw się, synku — kobieta zaczęła głaskać go po dłoni. — Damy sobie radę. Wracajmy do domu. Trzeba dać ojcu leki — oznajmiła i ruszyła do swojego auta, ciągnąc syna za rękę.

Mimo że krótka, to trasa do domu nie obyła się bez nieprzyjemnych sytuacji. Po drodze Jack zauważył bagażnik samochodu wystający ze stawu. Miał tylko nadzieję, że auto nurkowało puste. Dalej dostrzegł kilka osób zaparkowanych na poboczu z otwartymi klapkami baku. „Dobrze, że mamy zapas” — pomyślał i skupił się znowu na drodze. Na wyjeździe z lasu Jacka i jego matkę zatrzymali stróżowie prawa. Stali oni na początku mostu, blokując przejazd dwoma radiowozami. Jeden z funkcjonariuszy podszedł do auta od strony kierowcy i zapukał w szkło drzwi.

- Dzień dobry, proszę pana — zaczął policjant, w trakcie gdy Jack opuszczał szybę. — Niestety, ale przejazdu nie ma.

- Dlaczego? — spytał Jack, ciężko wzdychając.

- Ma tędy przejechać dostawa żywności do sklepu. Pilnujemy, by nic jej się po drodze nie stało — wyjaśnił funkcjonariusz i oparł się o dach samochodu.

- Proszę, dajcie nam przejechać — zaczął Jack. — Paliwo jak na wagę złota, a to jest najszybsza droga do domu.

- Przepraszam, proszę pana, ale nie mogę — upierał się przy swoim policjant.

- Błagam pana, niech nam pan pozwoli przejechać, musimy jechać do ojca, ostatnio dostał udaru i sam słabo funkcjonuje — nalegał chłopak.

Funkcjonariusz zdjął okulary przeciwsłoneczne i spojrzał jeszcze raz na kierowcę i siedzącą obok kobietę koło pięćdziesiątki.

- Macie dwie minuty na przejazd i ani chwili dłużej. Zaraz za mostem skręcacie w lewo na polną drogę, nie na główną. Nikt nie może was zobaczyć, bo zrobi się nieciekawie. Zrozumiano? — polecił policjant i spojrzał poważnym wzrokiem na Jacka.

- Tak, oczywiście, dziękuję bardzo, panie władzo, tak bardzo dziękuję — odparł chłopak prawie ze łzami w oczach i zmienił bieg na drive, po czym pojechał dokładnie tak, jak kazał mu funkcjonariusz.

- Ale mamy szczęście, mama — powiedział chłopak, łapiąc matkę za rękę.

- Jeszcze są dobrzy ludzie na świecie — odparła i uśmiechnęła się.

Jack jechał wąską drogą, zostawiając za sobą kłęby pyłu. Słońce już zachodziło nad horyzontem i chłopakowi wreszcie udało się dojechać na główną drogę, z której zostały już tylko cztery kilometry do domu. Włączył radio, żeby posłuchać najnowszych wiadomości o stanie rzeczy.

„… środków potrzebnych na budowę lasera. Pieniądze wpływają do rąk NASA wolniej, niż zakładały to władze i data jego ukończenia może ulec przesunięciu w czasie. Na razie nie wiadomo, jakie będą konsekwencje opóźnienia prac i czy wpłyną one na nasze bezpieczeństwo. Ostatnie orędzie prezyd…”. Jack poczuł nagle silne uderzenie z prawej strony, taranujące go na lewe pobocze drogi. Samochód zakręcił się dwa razy, wyginając przy tym koła i rozrzucając plastikowe części karoserii na wszystkie strony. Kiedy tylko chłopak odzyskał przytomność, spojrzał na matkę.

- Mamo? Mamo, słyszysz mnie? — zapytał, a gdy nie dostał żadnej odpowiedzi, zaczął szamotać się na miejscu kierowcy.

Pasy bezpieczeństwa nie pozwalały mu wyjść z auta. Jack szarpał je z całych sił, napierał na przycisk zwalniający najmocniej jak mógł, ale zamek ani drgnął. W końcu chłopak wyjął z kieszeni swój szwajcarski scyzoryk i rozciął nim pasy, uwalniając się z ich uścisku. Szybko pobiegł na drugą stronę samochodu, wspierając się o jego karoserię. Każde jej dotknięcie dłonią zostawiało krwawy ślad na białym lakierze. Jack cudem otworzył wgniecione drzwi pasażera i wyciągnął matkę z pojazdu za ręce.

- Mamo, słyszysz mnie? — ciągle powtarzał, ale matka wciąż leżała bezwładnie.

Jack dopiero teraz zauważył długie rozcięcie z boku jej głowy i kawałek plastikowej obudowy drzwi wystający z boku jej brzucha.

- Mamo! — krzyczał zrozpaczony Jack. — Błagam, obudź się.

Chłopak przystawił do gardła matki dwa palce w poszukiwaniu pulsu, ale niczego nie wyczuł.

- Mamo — chłopak dukał przez łzy, trzymając matkę za martwą dłoń.

Dzień dwudziesty ósmy

- Maurycy, przynieś mi więcej lodu — powiedziała Maria, poprawiając okulary słoneczne na nosie.

- O, to jak już idziesz, synu, to weź mi nowy krem do opalania — dodał jej mąż, Piotr, poprawiając się na leżaku skierowanym do Słońca.

„…aborcyjne zostało dzisiaj podpisane przez prezydenta…” — mówiło radio w tle.

- Piotrek, weź zmień stację — poprosiła Maria, sącząc ciepłego drinka.

„…noczone wciąż zbierają środki potrzebne na budowę ich lasera, aby zestrzelić z nieba największą mistyfikację milenium. Prezydent wciąż zapewnia o braku zagrożenia ze strony ciał niebieskich i zachęca do skorzystania z nowego świadczenia wakacje pod znakiem wodnika, zapewniające jednorazowe dofinansowanie na wszystkie wyjazdy urlopowe nad wodą…”.

- Słyszałeś? — spytała rozbawiona Maria. — A tamci dalej ciągną kasę.

- Może coś w tym jest, co? — spytał Piotr, obgryzając skórki z kciuka.

- Daj spokój, z konia spadłeś? Złodziejom będziesz wierzył? — skarciła go żona.

- No niby nie, ale słuchaj, rozmawiałem w zeszłym tygodniu z Thomasem, on jest w Zachodniej Wirginii i mówił, że tam jest klęska żywiołowa — mówił szybko, zjadając końcówki wyrazów. — Sklepy puste jak za komuny, ludzie z domów nie wychodzą, rozboje, napaści. Mówię ci, strach się bać.

- A weź już, będziesz się martwił jakimś popapranym społeczeństwem zza oceanu — skomentowała Maria. — A ten twój Thomas do najmądrzejszych też nie należy — przerwała na chwilę, aby dopić drink. — Weź mi nasmaruj plecy lepiej, a nie dziamgasz — rozkazała, przewracając się na brzuch.

Nagle na taras wbiegł Maurycy, trzymając w ręku dzwoniący telefon.

- Mama, mama, Monia dzwoni — powiedział i podał matce smartfona.

- Monia, cześć, co tam u ciebie, kochanie? — zaczęła rozmowę radosnym, piskliwym tonem.

- Wy dalej w Zadarze?

- No tak, przecież jeszcze trzy dni nam zostały opłacone z tego wodnika.

- Mamo, słuchaj mnie — mówiła poważnym tonem córka — musicie jechać do domu teraz, zaraz. Pakujcie się i wyjeżdżajcie.

- Co ty do mnie mówisz, dziecko, jakie pakujcie? — spytała zirytowana Maria.

- Jutro mają zamykać granice wszystkich państw europejskich, musicie wracać do domu jak najszybciej, nie żartuję.

- Co ty za bzdury opowiadasz, jak zamykać?

- Czytałam teraz w internecie, był szczyt europejski. Jutro zamykają granice, czego nie rozumiesz?

- I mam wracać wcześniej z urlopu? Tyle na niego pracowałam — mówiła z wyrzutem Maria.

- Mamo, kurwa, wszyscy mają w dupie twój urlop. Nadciąga zagłada ludzkości, a ty się martwisz wakacjami w Chorwacji?! — krzyczała przez telefon wściekła Monika.

- Ty mi tu nie przeklinaj, do cholery! — wrzasnęła matka. — Świat na głowę upadł, a ty to łykasz jak młody pelikan. Będziesz miała tyle lat co ja to się nauczysz odróżniać…

- Mamo, dobrze — przerwała jej córka — świat upadł na głowę, asteroida nie istnieje, ale granice zamykają tak czy siak i nie wyjedziecie stamtąd.

- Zamkną i za parę dni otworzą, wielkie mi rzeczy — prychnęła Maria.

- A jak nie otworzą? Macie tyle pieniędzy żeby w euro wydawać na przykład dodatkowy tydzień, albo dwa, albo miesiąc?

Maria zmarszczyła brwi i zamilkła na chwilę.

- No dobrze — wymamrotała przez zęby.

- Co? Co powiedziałaś?

- No dobrze, wrócimy — powtórzyła zirytowana, jakby jej godność upadła na ziemię i miała już nigdy nie wstać.

- Dobrze, dziękuję! — ucieszyła się Monika. — To wracajcie szybko, czekamy tu na was z Danielem. Dzwońcie, jakbyście czegoś potrzebowali po drodze.

Dzień sześćdziesiąty piąty

Dźwięki butów dudniących o podłogę odbijały się echem w piwnicy. Kurz spadał im na głowę z każdym tupnięciem piętro wyżej. Nagle zapadła cisza i słyszeli tylko ciężkie bicie własnych serc.

- Poszli sobie? — zapytał siedzący na lewym kolanie ojca Jim.

- Nie wiem, cicho, syneczku, jeszcze chwila — odparł przerażony Lucas, mocno trzymający syna lewą ręką.

- Boję się — wyszeptała mała Lucy z prawego kolana ojca.

Ten trzymał ją prawą ręką i nie odpowiedział nic tylko ucałował ją mocno w głowę.

Odgłosy tupania znowu wypełniły dom i piwnicę.

- Kurwa, nie ma tu nic — słychać było męski, przytłumiony warstwami ścian głos z góry.

- Czekaj, jeszcze tutaj jest kilka półek — odparł drugi głos i zaczął trzaskać drewnianymi frontami. — Jebana mać, pusto.

- Nie ma tu jakiejś piwnicy?

- Nie widziałem, ale sprawdzę jeszcze raz.

Na te słowa serce Lucasa przyśpieszyło jeszcze bardziej. Biło tak mocno, że Jim i Lucy czuli jego uderzenia na swoich plecach.

- Proszę, Boże, proszę, nie daj im znaleźć włazu — szeptała niezwykle cicho matka dzieci, wtulona w plecy Lucasa.

Dudnienie butów i przewracanych mebli trwało jeszcze kilka minut.

- Dobra, spadamy stąd — powiedział wreszcie jeden z włamywaczy i odgłosy ich obecności na górze ustały.

- Dziękuję — wyszeptała wtulona w męża Harriet i zaszlochała.

Lucas wszedł po schodach do włazu i nasłuchiwał przez chwilę, czy na górze aby na pewno jest bezpiecznie. W końcu podniósł drewnianą klapę z trudnością, bo ta zakryta była dużym dywanem, i wdrapał się na górę, usuwając dywan na bok pokoju. Potem otworzył piwnicę i wyprowadził z niej rodzinę.

- Narobili bałagan — powiedziała Harriet.

- Nie ma tego złego. Posprzątamy — odparł spokojnym głosem Lucas.

Jim i Lucy poszli do swoich pokojów na oględziny ich stanu.

- Tatusiu — po chwili wrócił Jim i zaczął — zabrali konserwy.

- Czyli zostały nam tylko te w piwnicy. Ciekawe jak z wodą.

Lucy dołączyła do reszty w salonie.

- Tatusiu, zobacz, znalazłam — powiedziała dziewczynka, wręczając ojcu półlitrową butelkę wody.

- Dziękuję, kochanie, świetnie się spisałaś — pochwalił córkę Lucas. — Resztę wody mamy w piwnicy.

- To co, dzieciaki, jesteście głodne? — spytała Harriet i pochyliła się nad potomstwem.

- Taaaak, chcę jeść — powiedziały chóralnie lecz bez entuzjazmu w głosie.

Przygotowanie obiadu nie zajęło długo. Kobieta otworzyła dwie puszki — jedną z zakonserwowanym mięsem i drugą ze słodką kukurydzą w marynacie. Mięso podgrzała nad ogniem i położyła na talerzach obok ziaren kukurydzy.

- Smacznego, aniołki — powiedziała, serwując dzieciom posiłek.

- Wy nie jecie?

- Nie jesteśmy z tatusiem głodni — odparła uśmiechnięta mama, a Lucas zagłuszył burczenie swojego brzucha kasłaniem.

Dzień siedemdziesiąty drugi

Hałas protestu pod Białym Domem unosił się w powietrzu, sztormując wnętrze budynku. Stalowe barierki postawione specjalnie na tę okazję zostały obalone i tłum stał już przed drzwiami. Rozgoryczony motłoch a wejście do Domu dzieliła jedynie niewielka warstwa wojskowych, strzeżących bezpieczeństwa prezydenta. Broń wystrzeliwująca gumowe kulki stała się bezużyteczna, bo na miejsce jednego obolałego stawało dziesięciu nowych.

- Panie prezydencie — zaczął sekretarz skarbu — jesteśmy gotowi.

- Czas najwyższy. Zaczynajcie — wydał polecenie prezydent.

Po tych słowach sekretarz skinął głową do człowieka siedzącego przy biurku, a ten zaczął wstukiwać kod na klawiaturze. Nagle ekran wypełniły tysiące transakcji, wpływających do skarbu państwa. Rozgoryczony tłum na zewnątrz z linami w rękach zaczął skandować: „a na drzewach zamiast liści będą wisieć komuniści, oddawajcie nasze pieniądze”.

- Proszę się nie martwić, panie prezydencie — powiedział sekretarz i złapał swojego zwierzchnika za ramię — nie było innego wyjścia. Kiedyś to zrozumieją, jak za te pieniądze dokończymy budowę lasera i uratujemy ich wszystkich.

- Obyś miał rację — odparł prezydent pustym głosem. — Chociaż historia nie zapamięta nas dobrze.

- Ktoś musiał się poświęcić — sekretarz spojrzał w oczy prezydenta. — Akurat padło na nas.

Wymianę słów polityków przerwała głośna eksplozja z lewej strony. Biały Dom zatrząsł się, tynk zaczął opadać ze ścian, a niektóre z nich zostały całkowicie skruszone. Do pomieszczenia wbiegł ubrudzony żołnierz, kaszlący od wzniosłego w powietrze pyłu.

- Panie prezydencie, musimy natychmiast uciekać — krzyczał, oszołomiony. — Lewe skrzydło Domu zostało zdemolowane przez pocisk, protestujący wlewają się do środka.

Prezydent patrzył na żołnierza spokojny i zrównoważony. Nie był zdziwiony zaistniałą sytuacją w najmniejszym stopniu.

- I gdzie pójdziemy? — zapytał retorycznie.

- Zabiorę panów do sekretnego schronu… — zaczął mówić wojskowy, ale prezydent przestał go słuchać.

- Kapitan schodzi ze statku ostatni — powiedział melancholijnym tonem. — Jeśli statek tonie, to kapitan razem z nim.

Wojskowy nie wiedział, co zrobić. Spojrzał na białego od pyłu sekretarza, a ten złapał go za rękaw i kazał się zaprowadzić do schronu.

Prezydent podszedł do swojego fotela, robiąc duży krok nad ciałem trzeciego w pokoju mężczyzny, i poprawił za nim rozwieszone na sztandarach flagi USA. Następnie usiadł na skórzanym siedzeniu i położył ręce na drewnianym biurku, jakby miał zaraz wygłosić ostatnie orędzie do narodu.

Dzień setny

- A więc to wszystko prawda? — powiedział bardziej niż zapytał Henryk.

- No i widzisz, tato, okłamali nas — odpowiedział Jan. — Nie pierwszy raz zresztą.

Ojciec z synem wyglądali na niebo z balkonu na dziesiątym piętrze i obserwowali widoczną już w oddali asteroidę, zmierzającą w ich stronę.

- Nie wybudowali tego lasera, nie?

- Nie — odpowiedział cicho Jan.

- Szkoda — powiedział Henryk i wrócił do mieszkania.

Mężczyzna podszedł do regału i usiadł przed nim na panelach. Odsunął najniższą szufladę i zaczął w niej przebierać, wyjmując zbędne na ten moment przedmioty na podłogę.

- Czego szukasz? — zapytał obserwujący ojca Jan z balkonu.

- Jak znajdę to zobaczysz.

Henryk siedział tak jeszcze kilka minut w ciszy. W mieszkaniu słychać było jedynie dźwięki odrzucanych dalej dokumentów, starych pudełek, gier planszowych i innych dupereli.

- A, tu się schował — powiedział wreszcie zadowolony Henryk. — Chodź, synek — powiedział i machnął ręką do Jana.

Syn zrobił, jak powiedział ojciec, i usiadł obok niego.

- O, tutaj miałeś bodajże trzy miesiące — zaczął Henryk. — Mama cały czas musiała cię trzymać na rękach, bo inaczej zaczynałeś płakać.

- Tak? Tutaj też?

- Tutaj akurat musiałeś beknąć po obiedzie — zaśmiał się ojciec.

Jan uśmiechnął się.

Henryk patrzył na zdjęcie z tęsknotą w oczach.

- Przewróć dalej — wytrącił go z zadumy syn.

- O, a tutaj twoje pierwsze urodziny.

Obiektyw kamery skierowany był w stronę zastawionego stołu, otoczonego z trzech stron ludźmi. Na środku stał okrągły jednopiętrowy tort pokryty grubą warstwą białego kremu i ozdobiony świeżymi owocami. Na samym środku wbita była zgaszona już świeczka.

- Patrz, dziadek Zygmunt jeszcze żył — wskazał palcem Henryk. — Ciocia Kasia, wujek Mirek, wujek Staszek — pokazywał dalej.

- Mama kroi tort? — spytał wpatrzony w kobietę na zdjęciu Jan.

- Tak.

Album leżał na kolanach ojca, ale to Jan przewrócił szeleszczącą kopertę na drugą stronę, żeby zobaczyć kolejne zdjęcie.

- Tutaj jesteśmy u cioci Eli — skomentował ojciec.

Jan przejrzał parę zdjęć z tego wyjścia i zapytał:

- Mamy nie ma?

Henryk zamilkł na chwilę.

- Nie ma.

Tym razem to Henryk przekartkował album i pokazał następne zdjęcie.

- O, a tutaj uczyłem cię jeździć na rowerze, pamiętasz?

- Tak średnio, musiałem mieć tutaj chyba z cztery lata.

- No tak, możesz nie pamiętać.

- Kto w ogóle robił to zdjęcie? — zapytał Jan.

- Dziadek Zygmunt.

Następna strona.

- A tutaj pojechaliśmy na Mazury do domku. To musisz już pamiętać.

- No, coś pamiętam — przyznał Jan. — Pamiętam, że była tam duża stołówka i graliśmy w ping ponga.

- Otóż to — uśmiechnął się Henryk. — I pływaliśmy na pontonie, i wypożyczyliśmy rowery wodne.

Syn przewrócił kolejne zdjęcie.

- To zakończenie roku?

- Nie, to chyba ślubowanie pierwszoklasisty miałeś — poprawił Jana ojciec.

- Ładnie razem wyglądamy. Obaj mamy za duże garnitury — zaśmiał się syn. — Szkoda, że mamy nie było.

- Wiem — odparł cicho Henryk, a jego oczy wypełniły się łzami. — Bardzo mi jej zawsze brakowało — powiedział łamiącym się głosem.

- Wiem, tato, spokojnie — pocieszał go syn.

- Zawsze starałem się być wyrozumiałym dla ciebie jak ona — mówił Henryk przez łzy — i jak coś zbroiłeś, to myślałem sobie „co by zrobiła Ewa”?

- Wiem, tato, wiem, że się starałeś — Janowi także załamał się głos.

Obaj chwilę milczeli, tłumiąc płacz w środku.

- Ja już miałem swoje życie — przerwał ciszę Henryk. — Znaczy mogłoby być dłuższe, ale tyle, co dostałem, mi wystarczy, pal licho. Najbardziej mi żal, że twoje będzie takie krótkie i to jeszcze pozbawione matki.

- Spokojnie, tato. Już niedługo z nią będziemy wszyscy razem i nie będę bez matki — powiedział Jan i przewrócił stronę albumu na kolejne zdjęcie.

Dzień sto trzynasty

Frans wyszedł z obserwatorium z leżakiem w jednej ręce i czteropakiem piwa w drugiej. Obszedł budynek dookoła i rozłożył leżak na trawie. Piwo spoczęło obok po prawej stronie w zasięgu ręki. Frans założył swoje kwadratowe okulary i spojrzał w górę. Asteroida zasłoniła prawie całe niebo i teraz widać było jej pełny majestat. Astronom mógł ją wreszcie podziwiać swoimi własnymi oczami, a nie obrazem przesłanym na komputer okiem teleskopu. Nie mógł oderwać od niej oczu i z jakiegoś powodu chciał się znaleźć jak najbliżej niej. Wylądować na jej powierzchni, usiąść na jej podłożu, wziąć kosmiczny pył w ręce i rzucić go do góry, a potem obserwować, jak osobne ziarenka spadają na jego ubrania. Tego dnia czuł jednak na tyle duże zmęczenie, że musiał, niestety, oddalić się od swojego marzenia o kilkadziesiąt centymetrów i usiąść na leżaku. Każdy milimetr przeszywał jego serce żalem.

Mężczyzna rozsiadł się wygodnie na rozciągniętym pomiędzy drewnianymi częściami materiale i wyciągnął nogi przed siebie. Wszystkie jego ruchy były powolne, zachowywał się jak osoba niezwykle zrelaksowana. Sięgnął, jakby w zwolnionym tempie, do kieszeni na piersi swojej koszuli i wyjął z niej paczkę Marlboro i ulubioną zapalniczkę. Uderzył paczkę fajek od spodu i wysunął z szeregu papierosów jedno białe źdźbło z filtrem. Wsadził je do ust i odpalił zapalniczkę. Chciał się delektować każdą sekundą tego papierosa. Pierwszy buch trzymał w płucach najdłużej, jak mógł, po czym wypuścił go w stronę asteroidy i uśmiechnął się. Unoszący się dym z końcówki papierosa miotany był na wszystkie strony wiatrem.

Czteropak piwa dał o sobie znać dźwiękiem trzęsących się butelek. Dzwonienie to było dla Fransa jak muzyka. Przełożył papieros do lewej ręki, a drugą sięgnął po nieotwarte szkło. Było perfekcyjne. Zielone, przezroczyste, szerokie na dole i zwężające się w łabędzią szyję na górze, a przede wszystkim — zimne. Kropelki wody spływały po jego powierzchni i opadały bezszelestnie na trawę. Zanim Frans otworzył butelkę, zdjął buty oraz skarpetki i oparł nagie stopy o tę samą trawę, na którą spadały piwne łzy. Mężczyzna ponownie wyjął metalową zapalniczkę z kieszeni i przystawił ją do metalowego kapsla. Szybkim ruchem ręki otworzył butelkę, posyłając kapsel wysoko w górę. Przystawił wąskie szklane otwarcie do nosa i uderzył go mocny zapach goryczki. Zaciągnął się nim kilka razy i opuścił wreszcie butelkę do ust. Wziął jeden łyk i, podobnie jak z papierosowym dymem, trzymał go jak najdłużej. Pękające gazowane bąble drażniły jego język w przyjemny sposób. Temperatura płynu była perfekcyjna. Frans przelewał piwo raz pod język, raz jak najbliżej podniebienia i raz przepuszczał go pomiędzy ściankami policzków i bokami języka. Kiedy uznał, że jego kubki smakowe są pokryte wystarczająco grubą warstwą piwnego aromatu, wpuścił napój do gardła. Kiedy ten przepłynął przez przełyk, mężczyzna wydał z siebie głośne westchnienie przyjemności. Ponownie spojrzał na asteroidę i znowu przystawił butelkę piwa do ust, tym razem opróżniając jej połowę na raz.

Frans spojrzał na zegarek i wiedział, że zostało mu piętnaście minut na delektowanie się tą chwilą. Jedna trzecia papierosa była już wypalona i zwisała z jego reszty jak zbędne szare wspomnienie, które po chwili mężczyzna strzepał na ziemię. Otworzył kolejną butelkę piwa i wypróżnił ją na jednym wdechu. Szkło z powrotem włożył do tekturowego czteropaku, nie mogąc wyzbyć się swoich recyklingowych nawyków nawet w takiej sytuacji. Zatrzymał kolejny wdech papierosowego dymu w płucach i wygiął głowę do tyłu. Kiedy pęcherzyki zaczęły go piec jakby wszystkie miliony były jednocześnie postawione na rozgrzanym palniku, wypuścił dym i wyprostował głowę. Papieros się dopalił.

- Ja zrobiłem swoje — powiedział i wyrzucił wypalonego peta na bok.

--

--

Miłosz Olszański

Autor książki "Wspomnienie z przyszłości". Entuzjasta literatury grozy i fantastyki naukowej. Debiutujący prozaik.