Czas wycofać się z Facebooka

Dostałem bana na Facebooku. Ponieważ nie był to mój pierwszy raz, to tym razem na 30 dni. Nie piszę tego, żeby się Wam żalić – skłoniło mnie to raczej do prześledzenia polityki serwisu w tym zakresie i przemyślenia swojej obecności w nim.

Photo by Jesus Kiteque on Unsplash

Pierwsza kwestia to to, za co bana dostałem. Dostałem go za jakiś autoironiczny post sprzed dwóch lat. Facebook słusznie uznał, że kogoś w nim obrażam – nie zorientował się jednak, że samego siebie.

To jednak najmniejszy problem. Większy jest taki, że według obecnej polityki serwisu odwołanie się w takiej sytuacji jest w zasadzie niemożliwe. To znaczy dosłownie: dostałem informację, że bardzo im przykro, ale nawet jeśli konto zostało zablokowane niesłusznie, to nie odniosą się w żaden sposób do moich zarzutów i w zasadzie piszę to odwołanie dla własnej przyjemności. Zresztą przeczytajcie sami:

Aby zachować bezpieczeństwo na Facebooku, niekiedy blokujemy pewne treści lub działania. Powiadom nas, jeśli uważasz, że popełniliśmy błąd. Wprawdzie nie możemy sprawdzać poszczególnych zgłoszeń, ale przekazane opinie pomogą nam usprawnić sposoby zapewniania bezpieczeństwa na Facebooku (…)
Zdajemy sobie też sprawę, że ta blokada może być przykra. W trosce o to, aby Facebook był otwarty i przyjazny, staramy się uniemożliwiać przypadkowe wykorzystywanie Facebooka do niewłaściwych celów, nawet jeśli Twoim zdaniem podjęte przez Ciebie działania były dopuszczalne.

Niemiłe są też konsekwencje, bo zablokowanie prywatnego konta na Facebooku oznacza również niemożliwość obsługiwania fanpage z tego konta i niemożliwość korzystania z Messengera.

To ostatnie jest w moim mniemaniu najbardziej absurdalne, bo z jakiegoś powodu w ramach kary za napisanie publicznego posta (już nieważne, czy przyznanej słusznie czy nie) uniemożliwia mi się komunikację ze znajomymi.

Tak czy siak wniosek jest jeden: najpopularniejszy serwis społecznościowy na świecie działa w tym momencie tak, że nie macie pojęcia w którym momencie odetnie Was od narzędzi pracy i kontaktu ze znajomymi (bez możliwości odwołania się) – np. dlatego, że pisząc o rowerach użyjecie słowa na „p”, za które ban jest przyznawany z automatu. Czas się zabezpieczyć.

Ej, ale nie jestem orędownikiem jakiegoś stylu życiu offline, czy coś

Żeby nie było. Uwielbiam internet. Korzystam z niego codziennie i zawsze mnie bawią ludzie, którzy odcinają się od serwisów społecznościowych, bo „prawdziwe życie jest tam, za oknem”. Nie o to chodzi. Walić „prawdziwe życie poza internetem” – prawdziwe życie jest tam, gdzie chcesz żeby było.

Tekst ilustrują moje zdjęcia z Berlina. Więcej znajdziecie na Instagramie. Ironiczne, co? Spokojnie, pracuję nad tym.

Chodzi tutaj o podstawowy instynkt samozachowawczy. Skupianie się tylko i wyłącznie na Facebooku (a przypominam, że są również właścicielem m.in. Instagrama, Messengera i WhatsApp) w połączeniu z ich dość wątpliwą polityką dotyczącą banów (pt. „mamy was gdzieś”) to proszenie się o krzywdę.

Opowiem Wam jedną historię. Kiedyś Facebook zablokował mi konto, bo uznał, że moje nazwisko nie jest prawdziwe (jest, gdyby ktoś miał wątpliwości). Wiecie, ktoś mnie zgłosił, czy coś. Nie mogłem korzystać z komunikatora ani obsługiwać fanpage, dopóki nie wysłałem im dokumentów potwierdzających, że naprawdę można się nazywać „Opydo”.

Wiecie co w tym najzabawniejsze? Że do tego samego konta miałem podpiętą kartę płatniczą na dokładnie to nazwisko, za pomocą której płaciłem za reklamy na Facebooku.

Sprawdzenie tego byłoby dla nich banalne. Mają w bazie moje imię i nazwisko. Mają imię i nazwisko z mojej karty. Widzą, że dane na karcie są prawidłowe, bo nią płacę. Wystarczy porównać te dane. Nawet jeśli nie z automatu, to dać możliwość zweryfikowania konta za pomocą danych z karty. Jestem w końcu płacącym klientem, nie?

Otóż nie. Bo Facebook ma to gdzieś. To jest fakt. Pomijam ocenę tego faktu, bo – nie wiem – być może mają tak wielu użytkowników, że koszt sprawdzania tych danych byłby większy niż straty poniesione przez banowanie klientów biznesowych. Nie jestem tu, żeby oceniać moralność serwisu społecznościowego – ale to potwierdza, że oni naprawdę mają nas (i nasze dobro) głęboko w dupie.

Okej, to co robię?

Uznałem, że zminimalizuję swoją obecność na Facebooku. Albo inaczej: zoptymalizuję ją. Moim celem nie jest bowiem w gruncie rzeczy korzystać z Facebooka mniej, rezygnując z możliwości, które mi daje. Moim celem jest korzystać z niego mądrzej, efektywniej i bez niepotrzebnego ryzyka. Dla własnego dobra.

Jedną z pierwszych rzeczy, które zrobiłem, było ograniczenie listy znajomych, których posty wyświetlają mi się na tablicy. Być może wiecie, że istnieją dodatki do przeglądarek, które wyłączają tablicę w ogóle – ale nie o to mi chodziło. Chodziło o to, żebym na Facebooku czytał rzeczy, które faktycznie mnie obchodzą.

Podzieliłem sobie znajomych na trzy grupy:

  • Ludzie, z którymi utrzymuję regularny kontakt i faktycznie chciałbym czytać wszystko co wrzucają. Najbliższa rodzina, ekipa Podsluchane.pl, przyjaciele z którymi regularnie się widuję. Przy ich nazwiskach kliknąłem gwiazdkę (to tak magiczna funkcja Facebooka, dzięki której nie omijają mnie żadne posty tych osób).
  • Ludzie, z którymi mam rzadszy kontakt, ale pamiętam, że czasem interesują mnie wrzucane przez nich posty. Tę część zostawiłem algorytmowi.
  • Zdecydowanie największa grupa: ludzie, których posty w gruncie rzeczy mam gdzieś. Jacyś dalsi znajomi, koledzy z podstawówki, cokolwiek. Przestałem ich obserwować.

Zauważyłem, że marnuję na Facebooku masę czasu scrollując przez posty, których równie dobrze mógłbym nie widzieć. Zorientowałem się, że 99% mojego timeline to rzeczy tworzone przez osoby z trzeciej grupy. Było tych treści tyle, że za każdym razem kiedy wchodziłem na Facebooka widziałem coś nowego – tyle że rzadko było to dla mnie faktycznie znaczące.

Miałem poczucie, że przez 99% czasu przeglądam treści, które w gruncie rzeczy mnie nie obchodzą, żeby dokopać się do tych paru postów, które są dla mnie ważne.

Żeby nie było, to nie są ludzie, którymi gardzę, albo coś takiego. Mowa o osobach, które autentycznie lubię – po prostu nie mam potrzeby utrzymywania z nimi kontaktu przez cały czas, skoro poza Facebookiem też tego nie robię. Nie wyrzuciłem ich z listy znajomych, po prostu uznałem, że będę obserwował tylko tych, na których postach faktycznie mi zależy.

Wyłączenie obserwowania u 99% ludzi z listy znajomych oznaczało, że po wejściu na Faceboka widzę trzy posty, które są dla mnie istotne, a poniżej… rzeczy, które już widziałem. A to oznacza, że mam znacznie mniejszą potrzebę korzystania z serwisu, jednocześnie nie tracąc żadnej wartości. Po prostu zoptymalizowałem to, co widzę.

Co dalej?

Do rozmów zacząłem korzystać z Messenger.com. To oczywiście nadal ten sam komunikator co na Facebooku, ale wchodząc na niego przez tę stronę nie jestem natychmiast kuszony postami, reklamami, grupami i tak dalej. Messenger to najpopularniejszy komunikator wśród moich znajomych. Nie jestem w stanie z niego zrezygnować, ale – po raz kolejny – postanowiłem zoptymalizować moje korzystanie z niego.

Aplikację Facebooka na telefonie na razie schowałem do jakiegoś katalogu, żeby nie kusiła, ale rozważam jej całkowite usunięcie i w razie potrzeby korzystanie z wersji przeglądarkowej. Bateria telefonu z pewnością byłaby mi za to wdzięczna, ale Facebook z punktu widzenia UX to straszne gówno, więc nie wiem, czy byłbym w stanie się obyć bez niej (połowa rzeczy, które działają w aplikacji nie działają w wersji przeglądarkowej, a połowa rzeczy, które działają w aplikacji do obsługi fanpage nie działa w aplikacji Facebooka).

Tekst ilustrują moje zdjęcia z Berlina. Więcej znajdziecie na Instagramie. Ironiczne, co? Spokojnie, pracuję nad tym.

Tworzę też nowe dane logowania w serwisach, do których dotąd byłem zalogowany Facebookiem. W razie czego.

Zacząłem też usuwać swoje posty. Nie że scrolluję i wywalam wszystko, to by było zbyt upierdliwe. Zaglądam jednak na tę fajną stronę z podsumowaniem rzeczy, które pisałem tego samego dnia w poprzednich latach. Czytam, przypominam je sobie, zapisuję co zabawniejsze „wspomnienia”… i na koniec wszystko wywalam. Jeśli nic mi nie wypadnie, to w ciągu 365 dni usunę całą treść opublikowaną na moim profilu.

Facebook to dla mnie nadal miejsce pracy, ale kolejnym punktem będzie dywersyfikacja narzędzi, z których korzystam do kontaktu z widzami i słuchaczami. Póki co rolę zbawiciela pojawiającego się na horyzoncie odgrywa YouTube, który od pewnego testuje tablicę i możliwość pisania postów (z ankietami, obrazkami i tak dalej) dla subskrybentów. Na razie działa to tak sobie, ale wygląda obiecująco. Przy tym trzeba pamiętać, że Google to takie same korpo jak Facebook.

Jak pewnie widzicie…

…to nie są jakieś rewolucyjne zmiany czy nowe pomysły. Po prostu dotarło do mnie, że nadszedł ten moment, w którym korzystanie z Facebooka jako serwisu społecznościowego jest zwyczajnie zbyt ryzykowne.

Zabawne jest też to, że normalnie pewnie napisałbym taki tekst na Facebooku – ale kto wie, może dostałbym za to kolejnego bana. Ale czuję, że trochę brakowało mi pisania, więc może będę się tu pojawiał częściej (ale niczego nie obiecuję).

A, no i ten tekst puszczam bez korekty, bo mi się nie chce, więc jak coś to wybaczcie błędy (albo nie wybaczajcie, będę w stanie z tym żyć).