„Mission: Impossible — Fallout” ssie

Tom Cruise walczy (nadal) z kryzysem wieku średniego pokazując, że mimo 56 lat na karku jest w stanie zrealizować najbardziej przeciągnięte i nudne sceny akcji w historii kina szpiegowskiego.

Okej, zacznijmy od początku. Widziałem „Mission: Impossible — Fallout” i nie pamiętam kiedy ostatnio mój odbiór tak bardzo rozminął się z ogólnym odbiorem recenzentów. Średnią ma niesamowitą — niektórzy wręcz piszą, że to nowe „Fury Road”, perełka kina akcji, taka doskonale zrealizowana piguła adrenaliny… a tymczasem film jest naprawdę niezbyt dobry.

Znaczy jasne, wszyscy wiemy, że Tom Cruise robi tam te wszystkie pojechane rzeczy naprawdę, bez kaskaderów i tak dalej — i za to szacun. Brawo, fajnie, naprawdę szanuję. Ale w poprzednich filmach też robił i nie była to ich jedyna zaleta. A tu w zasadzie jest.

Pamiętacie scenę ze wspinaniem się po wieżowcu i burzą piaskową z „Ghost Protocol”? No to w „Fallout” czegoś takiego nie uświadczycie. Tym razem bowiem dostajemy wycieczkę bo najbardziej ogranych sekwencjach akcji tego gatunku. Mamy więc pościg samochodowy, mamy gonienie się helikopterami, mamy jakieś wyskakiwanie z samolotu, napad na więzienny konwój… Ogólnie: nic, na co moglibyśmy spojrzeć i powiedzieć: „Tego pomysłu jeszcze w kinie akcji nie było!”. Przeciwnie, nasuwa się raczej „Widzieliśmy to już milion razy”.

Tom Cruise jest jak taki stary milioner, który wynajmuje aktorów, żeby grali jego kolegów i razem przeżywali specjalnie zaaranżowane przygody w amazońskiej dżungli, na końcu których będzie mógł uratować życie któregoś z nich i przy okazji świat.

Ale to nie byłby wielki problem, gdyby nie to, że te wszystkie sceny są koszmarnie przeciągnięte. Znaczy wyobraźcie sobie, że scena akcji jest przeciągnięta do granic możliwości, a potem jeszcze ją przedłużcie o 20%.

Wygląda to tak, jakby Tom Cruise był tak dumny ze swoich osiągnięć, że nie pozwolił na wycięcie choćby jednej nagranej sekundy. Wiecie, jeśli w przeciętnym filmie tego typu bohater uciekający na motocyklu przed policją przejeżdża przez ruchliwe skrzyżowanie, to w „Fallout” przejedzie przez podobne skrzyżowania pięć razy — i za każdym razem nic nie będzie z tego wynikało.

Doprowadzone jest to do takiego absurdu, że — nie zmyślam — w filmie jest sekwencja, gdzie przed dobre dziesięć minut Tom Cruise biegnie. Biegnie z punktu A do punktu B. Nikt go nie goni. Nikt przed nim nie ucieka. W zasadzie nie trafia na żadne przeszkody. Po prostu siedź widzu i oglądaj, jaki Tom Cruise jest wysportowany. Znaczy jasne, brawo Tom, ale mogłeś wrzucić po prostu jakieś selfie z siłowni na Instagrama, nie musiałeś filmu kinowego nagrywać.

Albo to: bohater wspina się po linie. Oczywiście nie może nam umknąć ani sekunda wysiłku Toma — więc trwa to niemiłosiernie długo. Wspina się i wspina i wspina, kawałek po kawałku. Napięcie zerowe, bo wiemy przecież, że nie spadnie i się nie zabije. Więc siedzimy i patrzymy jak Tom Cruise po raz kolejny przemieszcza się z punktu A do punktu B, tylko tym razem w pionie.

A jak już się wespnie to… spada i zaczyna się wspinać od początku. Kurwa, serio. No chciałem wyjść z kina.

Do tego scenarzysta miał wyraźny problem z przeplataniem akcji z fabułą, w efekcie czego dostajemy na zmianę krótkie segmenty fabularne i sceny akcji bez większego kontekstu. Przy tym historia jest tu w zasadzie żadna, a jak się zacznie o niej chociaż trochę myśleć to bardzo szybko dojdziemy do wniosku, że nie ma żadnego sensu. Ja wiem, że to film akcji — ale ta jest wyjątkowo bezczelna w absurdalnie irracjonalnych zachowaniach bohaterów.

A jakby tego było mało, to w końcowej części film jeszcze postanawia pozachwycać się postacią głównego bohatera, więc ni z tego ni z owego zaczyna się masturbacja tym, jaki Tom… przepraszam, jaki Ethan jest cudowny, bohaterski, jak się poświęca, jak bez niego świat by upadł. Że był zdradzany, ale zawsze wracał, by dbać o dobro świata. Postaci mówią o tym z łzami w oczach, słuchający płaczą, ale Ethan nie dostrzega swojej wielkości. Jest skromny. Ba, przeprasza — mimo, że właśnie po raz kolejny uratował ludzkość. Wielki człowiek.

Ten film powinien się nazywać „Tom Cruise Kontra Kryzys Wieku Średniego 2: Tym Razem Aż Dwie Kobiety, Których Mógłby Być Ojcem” (pierwszą część mogliście zobaczyć w kinie pod alternatywnym tytułem „Mumia”).