Za oknem szaleje koronawirus. Polacy siedzą zamknięci w domach od ponad miesiąca, a w gospodarce szykuje nam się największe spowolnienie od lat. W międzyczasie Polska przygotowuje się do wyborów prezydenckich, choć nie do końca jeszcze wiadomo kiedy, gdzie i jak się odbędą. W tej politycznej burzy, jedną z głównych ról odgrywa Jarosław Gowin. Mimo bycia ważnym graczem politycznym, ze świecą szukać jego zwolenników w polskim społeczeństwie. O wiele łatwiej znaleźć za to jego przeciwników czy prześmiewców. Czy jednak ta powszechna niechęć Polaków do prezesa Porozumienia jest uzasadniona? W artykule chciałbym przedstawić Wam dlaczego nie podzielam tych negatywnych opinii oraz z czego, moim zdaniem, one wynikają.

[Tekst zaczął powstawać krótko po dymisji Jarosława Gowina. Od tej pory nastawienie wśród czołowych polityków opozycji delikatnie się zmieniło, ale ogólny przekaz artykułu jest wciąż aktualny.]

Spójrzmy najpierw co o Jarosławie Gowinie sądzi się po prawej stronie sceny politycznej. Samuel Pereira, dawniej dziennikarz Gazety Polskiej Codziennie, obecnie redaktor naczelny portalu TVP Info, pisze w swoim felietonie: “Gowin ucieka z rządu”. Inny publicysta tego portalu, Krzysztof Wołodźko, uważa, że “to nie jest najlepszy z możliwych momentów na polityczne spektakle i hamletyzowanie”. Prof. Chwedoruk w wywiadzie dla wPolityce mówi: “Zwycięzcami są politycy Solidarnej Polski, którzy zachowali lojalność”. Swojej niechęci do prezesa Porozumienia i całokształtu jego działań nie krył na Twitterze Witold Waszczykowski, były minister spraw zagranicznych w rządzie PiS. Według materiału Wprost, nawet sam Jarosław Kaczyński mówi o Gowinie: „Zdradził raz, zdradzi nas”.

Nie wydaje mi się, żeby te opinie ze strony prawicowych polityków i publicystów były słuszne. W polskim Sejmie każdy poseł reprezentuje swoją grupę wyborców i swój okręg wyborczy. Ponadto, każdy człowiek posiada swój odrębny zestaw doświadczeń życiowych i opinii. To prawda, że partie polityczne (czy kluby parlamentarne) powstały po to, by zgrupować ludzi o podobnych poglądach, ale nie oznacza to, że muszą oni zgadzać się zawsze i we wszystkim. Różnorodność opinii jest raczej rzeczą normalną, zwłaszcza w sprawie wyborów w czasie epidemii, która budzi tak wiele emocji. Posiadanie własnych poglądów nie jest przejawem zdrady, lecz krytycznego myślenia.

Dlaczego zwolennicy PiS uważają inaczej? Dla przedstawicieli prawej strony sceny politycznej znacznie wyżej od gotowości do krytycznego myślenia ceni się lojalność. Wszelkie przejawy niezależności jednostki są szkodliwe, ponieważ zaburzają monolit Dobrej Zmiany. Wrogiem prawicy, a w ich mniemaniu także Polski, jest postkomuna. By ją zwyciężyć, trzeba być zjednoczonym. Wobec tego wszyscy muszą głosować tak samo. Wszelkie przejawy własnej inicjatywy są prawdopodobnie inspirowane przez opozycję. Wiarygodni są tylko ci, którzy głosują zgodnie z zaleceniami i konsekwentnie krytykują przeciwników politycznych. W nieskazitelnie białym stadzie PiSu, Jarosław Gowin jest teraz czarną owcą.

Jak odbierany jest po drugiej stronie politycznej barykady? I tutaj próżno szukać zwolenników Gowina. W opiniach wyborców i polityków opozycji wyodrębnić można dwie dominujące narracje.

Pierwsza z nich zakłada, że prezes Porozumienia jest tylko pionkiem Jarosława Kaczyńskiego, naiwnie dającym się wykorzystać lub świadomie realizującym jego politykę.

Teoria ta na pierwszy rzut oka wydaje się sensowna, jednak traci na swojej trafności przy bliższej analizie. Jeśli Gowin miałby być wysłannikiem Kaczyńskiego, by wynegocjować wydłużenie kadencji Andrzeja Dudy, to gdy tylko okazałoby się to niemożliwe, zostałby wycofany. W tej chwili Gowin dalej negocjuje z opozycją, a stabilność większości parlamentarnej wisi na włosku. Nie byłoby to mądre posunięcie ze strony prezesa PiS, biorąc pod uwagę, że prezydent cieszy się w tym momencie prawie 50% poparciem. Gra nie jest po prostu warta świeczki. Takie wspólne przedsięwzięcie musiałoby być też jakoś wynagrodzone Jarosławowi Gowinowi, a jedyne co do tej pory uzyskał to degradacja z pozycji wicepremiera.

Prawdziwy szef Jarosława Gowina wg. części opozycji.

Nie ma też potwierdzenia w rzeczywistości teoria o ograniu prezesa Porozumienia. Jakkolwiek poniżająco rezygnacja Gowina nie wyglądała, to jednak tylko i wyłącznie od niego zależy teraz los wyborów korespondencyjnych, a być może i całego rządu.

Z czego wynikają takie przekonania części obserwatorów polskiej sceny politycznej? Wśród wielu z nich panuje przekonanie o bardzo dużej sprawczości, wręcz wszechmocy, prezesa PiS. Cokolwiek w polskiej polityce się nie dzieje, na pewno zaplanował to Jarosław Kaczyński. Do tego dochodzi jeszcze brak wiary w jakąkolwiek niezależność przedstawicieli obozu rządzącego. Z kolei błędy w trafnej ocenie zwycięzców politycznych zagrywek wynikają, moim zdaniem, z kierowania się odczuciami i wrażeniami, a nie chłodną kalkulacją zysków i strat. To, że w ławach sejmowych prezes PiS zignorował wicepremiera Gowina (vide: video niżej), nie oznacza wcale, że go ograł. Jarosław Kaczyński odniósł być może tymczasowe zwycięstwo w warstwie symbolicznej, jednak to Jarosław Gowin jest w tej chwili języczkiem u wagi, który może wysłuchiwać propozycji obydwu stron.

Druga narracja przedstawia Jarosława Gowina jako wyjątkowego lawiranta, który z lawirowania uczynił swoje modus operandi. Zgodnie z nią, cała działalność Gowina koncentruje się wokół zabezpieczenia swojej pozycji politycznej, przy jednoczesnym unikaniu odpowiedzialności i pozornym zachowaniu przyzwoitości. To lawirowanie jest dla założyciela Porozumienia tak charakterystyczne, że w Internecie opisuje się je jako gowinowanie. Ostatnie zagrywki okołowyborcze Jarosława Gowina są tylko kolejnym przykładem gowinowania i potwierdzeniem braku kręgosłupa moralnego u tego polityka. W związku z tym, czego by Gowin nie mówił, należy traktować to co najmniej z nieufnością. Trzeba przyznać, że jest to narracja dominująca.

Przyjrzyjmy się z bliska feralnemu głosowaniu nad wyborami korespondencyjnymi, które dla wielu było tak niezrozumiałe. Dla przypomnienia: prezes Porozumienia wstrzymał się w nim od głosu, ale zachęcał swoich posłów do głosowania “za”. Jak wyglądały preferencje rozwiązania kwestii wyborów dla Jarosława Gowina? Celem minimum było niedopuszczenie do wyborów tradycyjnych w maju. Celem dodatkowym było odrzucenie jakichkolwiek wyborów w maju i przełożenie ich na inny termin. Odrzucenie ustawy o wyborach korespondencyjnych w pierwszym czytaniu utrzymałoby stan prawny, w którym należałoby głosować drogą tradycyjną. Pozwolenie na procedowanie ustawy w Senacie było zabezpieczeniem planu minimum. Głosowanie paru osób “przeciwko” miało dać sygnał, że nie jest to rozwiązanie optymalne i że będziemy szukać lepszego. Była to, moim zdaniem, optymalna decyzja przy obecnych zasadach procesu legislacyjnego i preferencjach wyboru. Nie nazwałbym tego lawirowaniem. Był to raczej przejaw wyrachowania.

Może w przypadku wyborów korespondencyjnych słusznie Gowin namieszał. Co jednak z wszystkimi głosowaniami, w których ostentacyjnie pokazywał niechęć, ale finalnie popierał wątpliwe reformy PiS? Czy to nie dobitny przykład pozorowania przyzwoitości i próby zrzucenia odpowiedzialności? Dla zwolenników opozycji może to wyglądać jak współudział w przestępstwie. Jeśli nie podobały mu się zmiany w Sądzie Najwyższym, mógł przecież wystąpić z koalicji. Rozumiem tę retorykę. Zastanówmy się jednak, ponownie, jakie alternatywy stały przed szefem Porozumienia.

Rozwiązaniem mogącym zapobiec rzekomemu skrzywieniu kręgosłupa miałoby być głosowanie przeciwko ewidentnie szkodliwym ustawom. Nie każdy taki głos przeciw musiałby się kończyć wyjściem z koalicji, ale buntowanie się w najważniejszych dla PiSu głosowaniach na pewno tak. Jaką więc korzyść uzyskałoby Porozumienie głosując honorowo “przeciwko”? Wystąpienie z koalicji nie odsunęłoby PiS od władzy. W ubiegłej kadencji na miejsce Porozumienia bardzo szybko pojawiłoby się kilku skuszonych fruktami władzy posłów z Kukiz15, PSL czy Nowoczesnej. W obecnej kadencji hasłami narodowymi zwabić można posłów Konfederacji, a hasłami socjalnymi posłów Lewicy. Takie uniesienie się honorem dopuściłoby do władzy posłów o innym światopoglądzie, a samemu Porozumieniu uniemożliwiło pracę u podstaw w ramach tych obszarów, które zostały im przydzielone.

Argument o potrzebie rzetelnej pracy na rzecz Polski może wydawać się śmieszny. Choć trudno w to uwierzyć, są jednak w polskiej polityce ludzie, którzy realnie chcą coś zmienić. Być może nie wszystkie ich wysiłki są skuteczne, ale jednak podejmują próbę. Ludzie gotowi wykorzystać swoje doświadczenie w reformowaniu Polski, często wybierali właśnie środowisko Jarosława Gowina.

Metodę pracy u podstaw Gowin przyjął już w czasach członkostwa w PO. Będąc ministrem sprawiedliwości w rządzie Donalda Tuska podjął się przeprowadzenia dwóch reform. Pierwszą z nich była reforma dostępu do zawodów regulowanych, w ramach której w pierwszej “transzy” ułatwiono dostęp do pracy w 50 profesjach. Przy okazji prac nad tym projektem trafiło do polityki wiele ekspertów ze środowiska Fundacji Republikańskiej, m.in. wicemarszałek poprzedniej kadencji — Stanisław Tyszka z Kukiz15. Drugą reformą Gowina była reorganizacja sądów rejonowych, w ramach której małe sądy rejonowe miały się stać wydziałami zamiejscowymi większych sąsiednich sądów, tak by udrożnić obsługę spraw w większych sądach. Reforma ta została jednak później, już pod nieobecność Gowina, pod presją środowiska sędziowskiego wycofana, rzekomo ze względu na swoją nieskuteczność. Trzy lata temu, podczas debaty nad zmianami w Sądzie Najwyższym z mównicy sejmowej Borys Budka wspominał jednak reformy Gowina pozytywnie: “Byłem dumny Jarku, że mogłem po tobie kontynuować dobre zmiany w wymiarze sprawiedliwości”. Niezależnie od skuteczności tych zmian, nie można zarzucić Jarosławowi Gowinowi braku działania.

Kolejny okres pracy w rządzie przypadł na okres władzy PiS. Cztery lata w rządzie Szydło i Morawieckiego to oczywiście z jednej strony ciągła walka o pozycję w obozie Zjednoczonej Prawicy, ale z drugiej próba kolejnych reform. W ramach swojego ministerstwa Jarosław Gowin zajął się reformą szkolnictwa wyższego proponując Konstytucję dla Nauki. Z założenia była to reforma mająca dać szerszą autonomię uczelniom, ale w kwestii czy to się udało i czy to było słuszne zdania są oczywiście podzielone. W ramach rządu Zjednoczonej Prawicy prezes Porozumienia miał już szersze zaplecze nie ograniczające się do jednego ministerstwa. W Ministerstwie Cyfryzacji, z rekomendacji Porozumienia, ministrem była Anna Streżyńska. Przez dwa lata pracy nad cyfrową transformacją kraju, pani minister wyrobiła sobie opinię otwartej na dialog, wyjątkowo zaangażowanej w swoją pracę profesjonalistki.

post Niebezpiecznika

Podobne przykłady merytorycznej pracy osób ze środowiska Jarosława Gowina można mnożyć. W szeregach Porozumienia można znaleźć m.in: Andrzeja Sośnierza, ojca innowacyjnego systemu START w Śląskiej Kasie Chorych, czy Michała Wypija, chwalonego przez publicystów z drugiej strony barykady jeszcze przed wyborami.

W świetle powyższych przykładów, posądzanie Jarosława Gowina o brak kręgosłupa moralnego przez większość polskiej opinii publicznej, wydaje mi się niesłuszne. Wspomniane zarzuty wynikają ze złego zrozumienia prawdziwych celów politycznych Jarosława Gowina. Działalność prezesa Porozumienia skupia się na wprowadzeniu możliwie wielu reform, bez oglądania się na związane z tym straty wizerunkowe. Jeśli miałoby to przynieść realne korzyści, Jarosław Gowin gotowy jest rozmawiać nawet z diabłem. Stąd właśnie jego gotowość do współpracy z obydwiema stronami politycznego sporu. Jaskrawy tego przykład widzimy w ostatnich dniach, kiedy obecność Porozumienia w koalicji rządzącej umożliwia opozycji zatrzymanie tupolewicznych wyborów korespondencyjnych.

Brak zrozumienia dla działalności prezesa Porozumienia po dwóch stronach politycznej barykady ma jedną i tę samą przyczynę. Obiekcje obydwu stron wynikają z tego, że Gowin nie zachowuje się tak jak oni. PiS chciałby, by ich wicepremier był kolejnym biernym, miernym, ale wiernym posłem Kaczyńskiego. Opozycja chciałaby, by Gowin honorowo pozbył się wszelkiej władzy i dołączył do opozycyjnego chóru zawzięcie krytykującego obóz rządzący. W okresie mocnego zabetonowania polskiej sceny politycznej, wybór trzeciej drogi, czyli bycia środowiskiem politycznego centrum, jest dla obydwu stron niezrozumiały. Choć politycy tego gatunku nie porywają tłumów, na scenie politycznej pełnią ważną, pożyteczną rolę łącznika pomiędzy dwiema zwaśnionymi stronami. Wiem, że po dziś dzień Polacy bardziej cenią sobie romantyczne uniesienia przeciwko swoim wrogom, aniżeli chłodną pozytywistyczną pracę u podstaw. Może jednak warto wyjść z politycznej piaskownicy i docenić bardziej wyrafinowany styl uprawiania polityki? Może warto docenić to, że jest ktoś taki jak Jarosław Gowina?

piszę w wolnym czasie

Get the Medium app

A button that says 'Download on the App Store', and if clicked it will lead you to the iOS App store
A button that says 'Get it on, Google Play', and if clicked it will lead you to the Google Play store