Panoptykon ad 2033

Rok 2035. Na lekcjach geografii dzieci nie uczą się już podziałów politycznych. Świat przyjął dużo prostszą i bardziej klarowną zasadę: kto zapłaci więcej, ten otrzyma to czego pragnie – władzę, ziemię, ludzi. Cokolwiek. Liczy się tylko pieniądz, dzięki czemu wszyscy są bardziej szczerzy. Od czasu kiedy wszyscy wyznali, że liczą się tylko pieniądze, ludzie mają mniej sekretów. To nie znaczy, że nie mają ich wcale.

Mający 49 lat Mark Zuckerberg udaje się do swojego dobrego znajomego, 60-letniego Larry’ego Page’a. Spotkanie jak zwykle odbywa się poza okiem jakiejkolwiek dostępnej technologii, w Pokoju Ciszy, skąd informacje mogą wynieść tylko osoby, które w nim przebywały. Panowie przy szklance dobrej whisky (nie wiem jakiej, bo pijam raczej te tanie), uśmiechają się i ściskając dłonie dobijają ugody. Życie ludzi na całym świecie ma się diametralnie zmienić w ciągu najbliższych 24 godzin, jednak na razie wie o tym tylko ta dwójka. Po dopiciu wybornego drinka, “koledzy” rozstają się w świetnych nastrojach. Jest 18:42.

O północy zaczęła się rewolucja, której nikt się nie spodziewał (oprócz naszych dwóch bohaterów, kilku błyskotliwych czytelników no i stada nerdów, ale ich nikt nigdy nie słucha). W przeciągu jednej sekundy dane wszystkich użytkowników Internetu (podzielonego na dwie strefy wpływów — Google’a oraz Facebooka), stały się publiczne. Rozmowy, zdjęcia (tak, TE zdjęcia także), notatki, szyfry, stan kont, patenty, prace naukowe i wiele innych (a w zasadzie wszystko).

Mniej więcej do godz. 12:00 wszystko było sparaliżowane. Wszyscy próbowali poradzić sobie z natłokiem informacji, które na ich temat wyciekły. Niestety, nie było na to rady. Ludzie przyjmowali różne modele postępowania, najczęściej niezbyt roztropne. Zamiast zobaczyć swój publiczny profil, wszyscy woleli grzebać w mniejszych lub większych grzeszkach znajomych (oczywiście do momentu, w którym mąż/żona/konkubent/konkubina/brat/siostra/sąsiad/sąsiadka nie zadzwonili z pretensjami o zatajenie jakiegoś zwykle „niewiele znaczącego” faktu – wtedy trzeba było przerwać i szukać haków na nich). Po pierwszej fali, gdzieś koło godz. 19:00, wszyscy zaczęli rozumieć co się stało. Nie było już prywatności. Ludzie zostali odarci ze złudzenia, które wciskano im od dzieciństwa: że są kowalami własnego losu i wszystko zależy od nich. Życie wielu posypało się nie jak domki z kart, a pałace z baniek mydlanych*. Rozstania, powroty, wyjaśnione zatargi, początek nowych konfliktów. W tej chwili wszyscy znów stali się Polakami i życzyli bliźniemu tego, co im by nie było miłe.

Świat, jak zwykle bywa w takich przypadkach, podzielił się na dwie części: tych, którzy się cieszyli z tego wydarzenia oraz tych, którzy wręcz przeciwnie. Wielki Eksperyment społeczny, którego w zakamarkach swojej duszy obawiali się wszyscy, rozpoczął się. Niemożliwe prawda? Przecież oni nie mogą tego zrobić! Wszyscy im zaufaliśmy, zostawiając największe tajemnice obcym ludziom. Sami zbudowaliśmy więzienie, panoptykon, w którym polerujemy szklane drzwi od celi w taki sposób, aby strażnicy dokładnie widzieli, co dzieje się w środku.

*jeśli lubisz wyszukane porównania, czytaj Jacka Dukaja

Show your support

Clapping shows how much you appreciated sekretarz’s story.