Dlaczego wybieram Apple?

Wiele osób zadaje mi to pytanie, często twierdząc, że kupowanie produktów firmy z Cupertino to wyrzucanie pieniędzy w błoto lub swego rodzaju show off (to chyba nie ma dobrego polskiego odpowiednika). Jak jest w rzeczywistości? Zupełnie inaczej.

Wychodzę z założenia, że elektronika z którą obcujemy na codzień powinna ułatwić nam życie, współpracować z nami, a przede wszystkim służyć jako idealne narzędzie, z którego korzystanie sprawia przyjemność. Tak jest z OS X i iOS. Większość rzeczy jest tam bardzo intuicyjne, nie muszę się specjalnie zastanawiać gdzie co znajdę i jak osiągnąć zamierzony efekt. Większość operacji jest tam zautomatyzowana, a aktualizacje, w przeciwieństwie do Androida, po prostu są.

Nie wyobrażam sobie przesiadki na Windowsa. Nie jestem w stanie nawet myśleć o korzystaniu z systemu, na którym nie mogę polegać i w którym nigdy nie mam pojęcia co projektanci gdzie poukrywali. W „ósemce” naprawdę sporym problemem dla niektórych jest samo wyłączenie komputera, bo odpowiedzialny za to guzik jest zakopany gdzieś w odmętach interface’u. System w ogóle nie zdaje się być przyjazny użytkownikowi, a korzystanie z niego zazwyczaj jest walką. Nie ma miejsca na współpracę, a w najmniej oczekiwanych momentach Windows potrafi wpaść na pomysł „wykrzaczenia” się albo zrobienia przymusowej aktualizacji, która musi mieć miejsce tu i teraz. „Zabijanie” aplikacji i twarde restarty są na porządku dziennym. No i jeszcze ten brak logiki. Trzeba nacisnąć „start”, żeby wyłączyć?

Niektórzy mówią, że na Maka nie ma software’u. Dla mnie to na Windowsa nie ma odpowiednich programów. Próżno szukać tam mojego ukochanego Pixelmatora, czyli czymegoś pomiędzy drogim Photoshopem, a zaśmieconym i wolnym Gimpem. Nie ma tam także Alfreda, który jest perfekcyjnym zastąpieniem systemowego Spotlighta na OS X i aplikacji z pakietu iLife i iWork (chyba już to nie istnieje pod żadną z tych nazw), czyli iMovie, GarageBand, Numbers, Keynote i Pages, które powalają na ziemię swoje microsoftowe odpowiedniki.

Na Windowsie nawet pierwsze chwile są problematyczne. Trzeba zainstalować antywirusa, skonfigurować tysiąc rzeczy, backup prawdopodobnie nie istniał nigdy, bo system nie sprzyja jego robieniu, więc wszystko od nowa. Producenci sprzętu komputerowego chcą nam w tym pomóc poprzez dodawanie wcześniej zainstalowanych już programów zwiększających ochronę danych, bezpieczeństwo itp. Niestety, te programy, to kolejna komplikacja, bo trzeba je usunąć, gdyż w większości przypadków jest to do niczego nie potrzebny syf. W Makach jest zgoła inaczej. Po prostu plug and play. Nic więcej. Wystarczy otworzyć i po minucie już można korzystać. Odtwarzanie z kopii zapasowej? Banał. Nowe aplikacje? App Store, mimo paru wad, jest pełen ciekawych pozycji.

W przypadku OS X mam wrażenie, że komuś zależy na tym, aby posiadacze Maków dostawali pełno nowych funkcji a ich system był wciąż rozwijany i ulepszany. Zaangażowanie wielu ludzi jest bardzo odczuwalne nie tylko podczas konferencji, ale także podczas zwykłego użytkowania sprzętu. W Microsofcie jest nieco inaczej. Oni chyba tylko chcą dotrzymać ustalonych terminów i wydać nowy produkt. Nie ma znaczenia czy jest już dopracowany, czy też nie. Przykładem może być znienawidzona przez chyba wszystkich Vista. Do tego OS-a nikt chyba by się nie przyczepił, gdyby nazywał się Windows 7 beta. A tak wydali coś, co znielubili nawet najbardziej zagorzali miłośnicy firmy z Redmond.

Co więcej, Maki warto brać chociażby ze względu na fenomenalny trackpad i klawiaturę. Konkurencja nie dba o takie „drobnostki”, więc dla nich to bez znaczenia, czy dadzą miły i precyzyjny gładzik, czy też jakieś toporne ustrojstwo. Ze względów finansowych wybierają to drugie. A klawiatura… Mogę tylko powiedzieć, że pisanie na niej jest czystą przyjemnością.

Kolejną, pozornie błahą, sprawą jest wygląd. Strasznie nie podobają mi się ostre, chamskie wręcz krawędzie Windowsa. 10 niby ma ten swój kosmiczny wygląd, ale do mnie on nie przemawia. Co innego z OS X… To tyczy się nie tylko software’u, ale także samych urządzeń. Maki są bardzo ładne, wyglądają ekskluzywnie i sprawiają wrażenie dopracowanych w każdym calu, a nawet milimetrze. Prosty, elegancki design i brak taniego plastiku to to, za co chcę płacić.

Z iOS sprawa wygląda podobnie. Tutaj do wyboru mam Androida lub Windowsa, ale ten drugi odpada na starcie, bo aplikacje stanowią poważny problem. A raczej stanowi go ich brak. Czyli jest Android. Niby aplikacje są, nawet Apple Music jest, ale tu brakuje przejrzystości. Istnieje milion jakichś ekranów głównych zawalonych tysiącami widgetów i nakładek producentów, które jedynie utrudniają życie i opóźniają dostęp do pozostałych elementów systemu. Z niewiadomych przyczyn producenci smartfonów z Androidem są przekonani, że mogą ulepszyć google’owy system dodając do niego swoje bajery. Otóż nie, ale chyba nikt im tego jeszcze nie powiedział. Poza tym, telefon z Androidem nie synchronizowałby mi się z moim Makiem tak dobrze, jak robi to iPhone.

Nie chcę otrzymywać komunikatów o treści „Wi-Fi został zatrzymany”, bo to jest naprawdę idiotyczne. Nie dość, że użytkownikowi to nic nie mówi, ani nie pomaga rozwiązać problemu, to jeszcze jest bez sensu. Coś takiego nie powinno się dziać.

Ponieważ Mac jest dla mnie podstawą, to iPhone jest najbardziej oczywistym wyborem. Robię nim zdjęcie i zanim zdążę podejść do komputera, ono już jest w Photos. Tak to powinno działać wszędzie, a jednak tak nie jest. Pozostałe firmy nie oferują nic nadzwyczajnego, magicznego wręcz, co nakłoniłoby mnie do zmiany zwyczajów i przesiadki na zielonego robocika. Przynajmniej jeszcze nie teraz i nie wróżę, aby miało to miejsce w najbliższej przyszłości.

Podobna zasada występuje w przypadku smartwatcha. Mógłbym wybrać, dajmy na to, Moto 360, który prezentuje się całkiem dobrze, albo Pebble, albo któryś z oferty Samsung Gear, ale żaden nie wygląda urzekająco. Problem w tym, że skoro jest to Android Wear (poza Pebble), to jego rola w połączeniu z iOS ograniczyłaby się do wyświetlania powiadomień. Dlatego wybrałem Apple Watcha, bo jest on kompatybilny z iOS. I jeszcze jest od Apple, więc z doświadczenia wiedziałem, że będzie to dobry produkt.

Jeszcze jedną rzeczą wartą uwagi jest to, że samo kupowanie u Apple’a to przyjemność. Nie mam na myśli samego faktu wydawania pieniędzy, ale obsługa jest lepsza niż u innych. Samo wchodzenie do ich sklepu jest ciekawe, a możliwość wypróbowania wszystkiego na miejscu bez żadnych ograniczeń czasowych jest świetna.

Dla niektórych Apple jest religią, ale ja wybieram ich, ponieważ dają mi działające produkty, na których mogę polegać i nie muszę z nimi walczyć. Procesy konfiguracji są przyjemne i krótkie. Sprzęt z Cupertiono jest jak mebel robiony na zamówienie. Wspaniały, w całości, gotowy do użycia. Windows i Android z kolei przypominają bardziej zestaw do samodzielnego montażu i to bez instrukcji obsługi. Dlatego to nie ich produkty wybieram.

One clap, two clap, three clap, forty?

By clapping more or less, you can signal to us which stories really stand out.