TOLKIEN DLA DOROSŁYCH. MITY DLA DOROSŁYCH.

Część I: O zachwycie.

Dla Hani.

Dla Kasi, Tomka —Tomasz Nadolny— i Julka.

Dzięki którym to wszystko ma początek, kształt i sens…


Czy żeby ten nasz świat stał się, tudzież mógł się stać, pasjonującym tematem literackim, musi przestać być mitem?!

Czy mit umarł i teraz zajmować się możemy wyłącznie jego martwym ciałem, grzebiąc w szczątkach z przejęciem niczym uczeni doktorzy na słynnym obrazie Rembrandta „Lekcja anatomii doktora Tulpa”?

Czy w epoce tzw. postprawdy ktokolwiek jeszcze naprawdę wierzy w mity, skoro „mityczne” znaczy teraz z jednej strony „niezwykłe”, „nadzwyczajne”, a z drugiej strony — „fałszywe”?

Czy my w ogóle jeszcze bierzemy ten świat na poważnie?

Czy wciąż wiemy, co to znaczy doznawać urzeczenia samym faktem bycia ŻYWYM?!


Słuchałam niedawno doskonałego wykładu profesor Verlyn Flieger, którego treść, na początek w języku angielskim, da się streścić w słowach „invoking wonder (through recovery)”. INVOKING WONDER to tytuł konferencji tolkienowskiej zwanej Mythmootem (można tłumaczyć jako wiec mityczny…), na której wykład był prezentowany. Przełożenie go na język polski samo w sobie nie jest trudne, ale WPRAWIANIE W ZACHWYT raczej nie jawi się jako dobry tytuł naukowego wydarzenia… Nie znajduję jednak lepszego określenia.

Na razie bez wgłębiania się w szczegóły powiem, że chodzi o to, by spróbować przypomnieć sobie jak najwięcej momentów, gdy doznawaliśmy autentycznego wzruszenia z powodu zachwytu nad czymś. Tym czymś może być widok z okna, wschód słońca, czyjeś słowa albo gesty, film, książka, smak chleba elfickiego z solonym celtyckim masłem, drobny gęsty deszcz w trakcie wędrówki po lesie. Dodać należy, że nie mówimy wyłącznie o zdarzeniach „pozytywnych”, takich, które kojarzą się wyłącznie radośnie. W grę wchodzą też obrazy (sic!) pełne grozy… I nie mamy też na myśli takiej czysto dziecinnej radości, niewinnego, acz krótkotrwałego entuzjazmu, zachłyśnięcia się wrażeniem, które zaraz znika bez śladu. Raczej szukamy wydarzeń, które kojarzą się z pięknym bólem, cudownym smutkiem, lirycznym podejściem do utraty, czyli tym, co Portugalczycy nazywają saudade, a my być może melancholią; z emocją obecną na przykład w pieśniach Wysockiego czy Okudżawy albo w “Doktorze Żywago” Borysa Pasternaka. Przeżycie to ma niewątpliwie charakter paradoksalny, bo łączy sprzeczne nieraz uczucia. Ale jakże jest zbawienne…!

To jest właśnie dominujące wrażenie związane z lekturą Tolkiena, a z eukatastrofą w szczególności. Przyszło mi kiedyś do głowy, że w tym uczuciu, emocji, wizji czy sposobie przeżywania świata (we are fighting a long defeat…) mieści się prawdziwa męskość. Ale może to taka moja kobieca tęsknota…

Moim największym życiowym WONDER było, jest i zawsze będzie morze, jego kolory, zmienne nastroje i muzyka. Pod wpływem niedawnej lektury fenomenalnej książki Roberto Calasso „Zaślubiny Kadmosa z Harmonią” myśli mi się, że nad morzem człowiek jest prawdziwie mniej śmiertelny…

Na zawsze zapamiętam wykonanie oratorium „Maddalena ai piedi di Cristo” Antonio Caldary w Studiu Koncertowym Polskiego Radia. To była najbardziej dogłębnie PRZEŻYTA muzyka w moim życiu. Współczesny francuskiemu kompozytorowi Jeanowi — Baptiste’owi Lully’emu krytyk muzyczny napisał o jego operze „Armida”, że jest to utwór, przy słuchaniu którego cała dusza skupiona jest w zmyśle słuchu (ów krytyk, Le Cref de la Viéville, ujął to tak: „Widziałem ze dwadzieścia razy, jak wszystkich ogarniała trwoga, jak nie mogli złapać oddechu, poruszyć się nawet, całą ich duszę pochłaniał bowiem zmysł słuchu, i jak oddychali potem, wydając z siebie pomruki radości i zachwytu.”) — podobnie odebrałam oratorium Caldary.

Nie umiem już policzyć, ile razy oglądałam film Gabriela Axela „Uczta Babette” i jakich rozmiarów entuzjazm budzi doświadczanie tego obrazu, ani nie potrafię Wam dokładnie opisać, jak bardzo cenię książkę i film „Milczenie” oraz japoński film animowany ze studia Ghibli „Grobowiec świetlików” Isao Takahaty z 1988 roku. Właśnie tak bywa z naszymi WONDERS, że znajdują się jakby poza słowami.

W tym roku w maju dane mi było w muzeach watykańskich stanąć przed Grupą Laokoona, nadzwyczajną klasyczną rzeźbą przedstawiającą ojca i dwóch jego synów w chwili agonii… Tego nie da się z niczym porównać!

GRUPA LAOKOONA, MUZEA WATYKAŃSKIE (Museo Pio — Clementino); II wiek p.n.e. — I wiek n.e.; jedna z najbardziej kontrowersyjnych rzeźb starożytnych, przedstawia postaci z II księgi “Eneidy” w śmiertelnym uścisku Laokoona, węża morskiego; patos, wzniosłość i groza w jednym, a jednocześnie, o paradoksie, żywotność w obliczu śmierci! Zapowiedź baroku… (Zdjęcie własne.)

Na marginesie tego akapitu muszę napisać: nabyłam bilety na listopadowe wystawienie „Armidy” w Warszawskiej Operze Kameralnej. Trzeba sprawdzać to, o czym się opowiada innym…

Największe WONDERS znajduję oczywiście u Tolkiena!

Profesor Flieger wyznała, że gdy w lekturze ”Władcy Pierścieni” dochodzi do opisu Okna Zachodu czyli wodospadu Henneth Annûn w Ithilien, musi zrobić pauzę, aby ponownie złapać oddech. Również uwielbiam ten moment, ale są jeszcze inne. Za chwilę się tu pojawią…

Efekt WONDER może kryć się w dobru i… złu! Świat WONDERS to prawdziwe Niebezpieczne Królestwo. Warto pamiętać, że WONDER po angielsku znaczy też CUD! A cuda powinny budzić dreszcz…

Co ciekawe, prawdziwy zachwyt wywołuje raczej BRAK OPOWIEŚCI, niż sama opowieść, czego klasycznymi przykładami mogą być: przeprawa przez Helcaraxë, śmierć Fingolfina czy pojedynek Glorfindela z Balrogiem. O tych zdarzeniach nie śpiewano pieśni. (Choć znam śmiałków, którzy nie tylko próbują je sobie, z powodzeniem!, wyobrazić, ale też potrafią ująć to w słowa… Dzięki takim odważnym ludziom mogę rzec, że, dla przykładu, ZNAM drogę przez Helcaraxë — choć, gdyby nie było opowiadań z gatunku fanfików, też bym ją znała…) Nie idzie przy tym o to, by jakiemuś zdarzeniu nie poświęcać słów, a raczej o pozostawienie przestrzeni między słowami dla wypełnienia jej naszymi własnymi przeżyciami.

Przy tym mam takie przekonanie, że Tolkien zawsze pisze poezję, nawet gdy używa prozy. Językowy opis zdarzeń, przeżyć i emocji nie polega bowiem na pokazaniu wszystkiego za wszelką cenę tak, aby odbiorca natychmiast pojmował, co autor miał na myśli — a niestety tak często dzieje się w kulturze popularnej i obawiam się, że nadawcom nierzadko chodzi przy tym o manipulowanie odbiorcami, a nie o ich wolność. Tolkienowi bowiem język służy do przekazywania przeżyć zupełnie nieprzekazywalnych w słowach: do obrazowania przeżyć duchowych!


Wśród rozmaitych mitycznych teorii wiele jest analiz i syntez, ale brakuje sensu! James Campbell, Réné Girard, J. G. Frazer, Max Miller, Mircea Eliade, Lévi-Strauss i inni — najpierw zbierali opowieści mityczne, aby potem wyznaczyć w nich jakieś wzory, kierunki, powtarzające się motywy.

Campbell, który podobno mit widział dosłownie wszędzie, bo rozpoznał takie zapotrzebowanie publiczności, stworzył kategorię „monomitu”, jednej opowieści, w której zawierają się wszystkie, ze wszystkich kręgów kulturowych, a nawet takie, które jeszcze nie istnieją. W monomicie bohater wędruje z punktu A do punktu Z i z powrotem, zmieniając świat i samego siebie (Bilbo we “Władcy Pierścieni” wypowiada znamienne zdanie: „Teraz widzę, że ZBYT PROSTĄ DROGĄ wróciłem ongi z mojej wyprawy”; w wydaniu wyd. Muza znajdziecie je na stronie 1087).

Nieco zagniewany na świat (i na religie…) Girard rzekł, że mit to kłamstwo (sic!) ukrywające pierwotną przemoc (pomyślmy, jak by to brzmiało: oto Sméagol zabija Déagola; dla ich niewielkiej zamkniętej spokojnej społeczności jest to tak traumatyczne wydarzenie, że wymaga nadzwyczajnego wyjaśnienia; tak powstaje opowieść o Jedynym Pierścieniu…).

Frazer w słynnej “Złotej gałęzi” pisał, że zdrowie i żyzność ziemi zależą od zdrowia i płodności władcy tej ziemi, a jałowego władcę należy zabić (albo kapłana, w zastępstwie władcy, co staje się zalążkiem ofiary). Od niego pochodzi fraza: barren king makes barren land… Co jakoś przywodzi na myśl władcę Miasta na Jeziorze w „Hobbicie” i jego “skomplikowane” losy.

Uczeni mitografowie ze środowiska tak zwanych rytualistów z Cambridge wskazywali z naciskiem, że mit odbija kult i że kult jest wobec mitu pierwotny. Ciekawe, co by powiedzieli na kult Morgotha zaprowadzony przez Saurona na Númenorze, gdzie, jak nam podaje “Silmarillion” w Akallabeth, składano ofiary z ludzi, aby zyskać nieśmiertelność…

Być może najbliżej istoty rzeczy był Mircea Eliade, który stwierdził, że REALNE JEST TYLKO TO, CO MITYCZNE. Przy czym trzeba od razu dodać, że realność zasadniczo różni się od rzeczywistości. Rzeczywistość jest tym, co istnieje, zaś realność tym, co możliwe…

Teorie mityczne są jak gramatyka, tymczasem nigdzie ani słowa o etymologii! Tak jakby panowie (sic!) akademicy, z radością zajmując się ulubioną dziedziną, jednocześnie wstydzili się okazać, no właśnie, ZACHWYT. Chodzi nam o zbadanie, jakie to wszystko ma ZNACZENIE!


Profesor Flieger proponuje w swoim wykładzie z Mythmootu, żeby spróbować przyglądać się mechanizmowi WPRAWIANIA W ZACHWYT jako „cudowi” trójelementowemu.

Na pierwszym miejscu jest zawsze INNOŚĆ, zewnętrzność wobec doświadczającego. Mamy więc tu spotkanie z czymś, co nie jest nami samymi, jest całkowicie nieznane naszemu dotychczasowemu przeżywaniu świata, naszej pamięci, naszej wiedzy wreszcie. A także z czymś, co jest od nas WIĘKSZE, co nas przerasta, czego nie rozumiemy…

Po drugie, potrzebujemy OBSERWATORA! Gdy stu czterdziestu czterech pierwszych Elfów budzi się nad jeziorem Cuiviénen daleko na wschodzie Śródziemia, jest wokół nich, tak sądzę, krajobraz podobny do tego, jaki można zobaczyć nad jeziorami w kanadyjskich górach, czy nad jeziorami szkockimi (a przynajmniej tak zdaje się sugerować Ted Nasmith w swojej ilustracji “Silmarillionu”). Lasy sosnowe wydzielające oszałamiający zapach, wysokie, pobielone tym gwiezdnym blaskiem niczym śniegiem szczyty gór, ciemność nocy (słońce i księżyc jeszcze nie istnieją!), niezliczone migoczące gwiazdy odbijające się w Wodach Przebudzenia (nie na darmo taka nazwa!) jak w zwierciadle (jeszcze poznajemy jak w zwierciadle, nie „twarzą w twarz”…).

Wyobrażacie to sobie? Jeden z tych pierwszych Elfów, może on, może ona, powstaje i patrząc na gwiazdy, według przekazu wypowiada pierwsze słowo w historii Pierworodnych Dzieci Ilúvatara: „Ele!”, co znaczy „Patrz!”, „Patrzcie!”. Potem to słowo êl (elen) stanie się podstawą nazwy dla gwiazd w języku quenejskim. Ale na początku był to po prostu wykrzyknik!

Nie spojrzeli na lasy, ani na góry, choć bez wątpienia pejzaż wokół był bardzo piękny. Pierwsze świadome spojrzenie skierowali na źródło światła! Na to, dzięki czemu WIDZIELI te lasy i góry. W tamtych czasach Ardę wypełniało światło gwiazd. Słońce i księżyc zostały przez Valarów wysłane na niebo dopiero, gdy zbuntowani Noldorowie wkroczyli do Beleriandu na wojnę z Morgothem…

No i po trzecie, na co naprowadza nas owo „Patrz!”, TRZEBA KOMUŚ POWIEDZIEĆ! To działa jak rykoszet, jak refrakcja światła. Desperacko wręcz potrzebujemy DRUGIEGO, żeby mu o swoim zachwycie opowiedzieć. Jeśli nie znajdziemy drugiego, cud się nie wydarzy. Stanie się naszym przeżyciem wewnętrznym i po jakimś czasie uschnie. Potrzebujemy przekazywania doświadczenia cudu dalej. W mitach przecież przewija się taka myśl, że w chwilach największego mroku rozbłyskuje światło. Jakże można wytrzymać samemu z taką nadzieją, jeśli wiadomość ta pozostanie tajemnicą?!

Owen Barfield, filozof, antropozof, poeta i krytyk (1898–1997), autor książki „Poetic diction”, która dla naszego Profesora była wielce inspirująca w jego twórczości, napisał znamienne zdanie: „There’s no such thing as an unseen rainbow”, co znaczy: nie ma czegoś takiego, jak nie-widziana albo nie-widoczna tęcza. Można powiedzieć, że tęcza dla swego istnienia potrzebuje widowni. Potrzebuje refrakcji, odbicia… Po prostu dlatego, że jest zjawiskiem świetlnym. Jest światłem. Cuda są światłem i potrzebują nas jako świadków, jako widzących i opowiadających. Jednocześnie, dziejąc się, cuda są dla nas terapią. Refrakcja to metoda leczenia wad wzroku, na przykład krótkowzroczności. Znam z autopsji. Jestem wyleczonym krótkowidzem, który widzi z daleka…

Tu trafiamy na bardzo delikatną materię. Wszystkie znakomite teorie są delikatne w swej wewnętrznej wysublimowanej równowadze. Trzeba nam uniknąć niebezpieczeństwa Sarumanowego… W refrakcji, o której tu mowa, nie dokonuje się zniszczenie samego światła poprzez owo rozproszenie. Odbicie następuje, o tak, ale nie degraduje natury samego zjawiska. To nie ten przypadek, gdy Saruman tak nadużywa białego światła, próbując nim zawładnąć, aż jego białe dotąd szaty stają się… tęczowe.

[Na marginesie tych rozważań pojawiła mi się taka myśl, że nie przypadkiem powracający Sauron przybrał nad Śródziemiem postać ognistego OKA bez powieki. I nie przypadkiem tak bardzo pragnął posiąść palantíry. Najważniejsze jest widzenie…]

Profesor Wiesław Juszczak zaznacza za Tolkienem, że ZNACZENIE jest przede wszystkim związane ze WSKAZYWANIEM, POKAZYWANIEM CZEGOŚ. A zatem chodzi mniej o określanie, a bardziej o WIZJĘ. “To jednocześnie jakby tylko rozpoznawanie w zdziwieniu, niepewności i zachwycie samej MOŻLIWOŚCI MOWY”, jak czytamy w jego “Archeologii mitu”. Mówiąc inaczej, Elfowie nad Wodą Przebudzenia zachwycili się nie tyle gwiazdami, ile potencjalnością wyłonienia gwiazd z kształtu świata za pomocą słowa. Zafascynowało ich WCIELENIE wizji w słowo, nadanie ciężaru i kształtu temu, co duchowe.

Dzięki Przyjaciółce zaczęłam studiować fanfikowe opowiadania (zbiór jest dłuższy niż “Władca Pierścieni”!) nieżyjącego już niestety od dwóch lat amerykańskiego autora (też prawnika) Arthura Boccaccio (którego twórczość doczekała się internetowej encyklopedii), poświęcone szczególnie temu, jak Elfowie odradzają się do życia po śmierci, jak powracają do swych bliskich po pobycie w Halach Mandosa i po odzyskaniu swego ciała (cykl dotyczy zwłaszcza losów Glorfindela i Finroda). W przebywaniu poza ciałem, które umarło, i potem we wcieleniu fëa (ducha) w hröa (ciało) jest ten sam zachwyt, lęk, podziw, respekt, groza i piękno, co w efekcie invoking wonder, o którym tu mówimy. Przyznaję, że czytając te teksty, uśmiecham się jak do dawno nie widzianego znajomego…

Ktoś mi zwrócił uwagę, że ów efekt wprawiania w zachwyt nie opiera się tylko na zmyśle wzroku. Sądzę, że wynika to już z samego schematu profesor Flieger. Ktoś w nim musi ZOBACZYĆ, ale gdy powie drugiemu, on musi USŁYSZEĆ, a słuchanie pozwala jemu samemu WIDZIEĆ. Choć jest to już jego własna wizja!


Wróćmy do wodospadu zwanego Oknem Zachodzącego Słońca, najpiękniejszego wodospadu Ithilien w Gondorze. Frodo i Sam znajdują się w swoistej niewoli u Faramira…

„Stali na mokrych, wypolerowanych kamieniach, jak gdyby w progu wyciosanej w skale bramy, której czarny otwór ział za ich plecami. Przed nimi zwisała przezrocza zasłona wody, tak blisko, że Frodo mógł jej dosięgnąć ręką. Brama otwierała się ku zachodowi. Poziome promienie zachodzącego słońca padały na wodną kurtynę i czerwone światło rozszczepiało się w kroplach na migotliwe tęczowe kolory. Hobbitom zdawało się, że stoją w oknie zaczarowanej wieży elfów przed zasłoną usnutą z drogocennych klejnotów, ze srebra, złota, rubinów, szafirów i ametystów, żarzących się zimnym ogniem.”

Piękne poza wyobrażeniem… Na dodatek zaraz potem ten cudowny spektakl się kończy. Ale najciekawsze jest chwilę wcześniej. Hobbici mają zawiązane oczy, by nie zorientowali się w drodze do kryjówki Gondorczyków. I wreszcie Faramir wydaje rozkaz: ”Zdjąć opaski!”. Tak nam to przekazuje tłumaczka. W oryginale Faramir mówi jednak, dosłownie: “Pozwólcie im WIDZIEĆ!”. Przyznacie, że jest różnica? Dostajemy obraz wodospadu przepuszczony przez oczy i serca Froda i Sama. I w końcu, przez SŁOWA.

Niezwykle pomocna okazała się w pewnym momencie lektura „Pieśni duchowej” św. Jana od Krzyża oraz doskonałej monografii Marzeny Krupy o filologicznych aspektach tego poematu mistycznego, „Duch i litera”. A to dlatego, że w rezultacie na „trójpostaciowość cudu” nałożył się schemat utworu poetyckiego (jak wspomniałam, Tolkien zawsze pisze poezję, choćby prozą…) jako tłumaczenia, PRZEKŁADU DOŚWIADCZENIA NA SŁOWO.

Tzw. układ translatoryczny składa się z: autora tekstu, odbiorcy i… tłumacza. Znowu mamy trójkąt. Kiedy przychodzi do opisu cudu, a więc przeżycia w swej istocie mistycznego, nadawca pierwotny, czyli zwyczajnie autor, PODWAJA SIĘ. Dokonuje przekładu z „języka przedpojęciowego” na język odbiorcy. Nazywa się to czasem ECHEM. Takie zdarzenie spotkało Elfów nad Cúivienen (w górach jest niezwykłe echo!), i zapewne też Ludzi w miejscu, z którego pochodzili, a które również leżało gdzieś na wschodzie. W tym początkowym momencie wszystko było dla Dzieci Eru „przedpojęciowe”. Żeby się skomunikować, czyli połączyć w dialogu, który można by nazwać wzajemnym sensem, musieli… zacząć tworzyć POEZJĘ! Stali się ARTYSTAMI! Albo lepiej, odkryli, że SĄ ARTYSTAMI!

Doświadczanie cudu w zachwycie daje perspektywę, w której umieszczasz to, co Ci się przydarza. Zaczyna się, jak pisze wielu mitografów, od lęku. Ale zdecydowanie lepiej mówić o BOJAŹNI. Bojaźń to jest przerażenie, które otwiera na świat. Znawcy przedmiotu nazywają to zjawisko: NUMINOSUM. Jest to chyba najważniejsze pojęcie wprowadzone do filozofii religii przez Rudolfa Otto. Oznacza BYT, który oddziaływa na człowieka, napawa przerażeniem i lękiem, a równocześnie pociąga i zniewala.

Pożądanie i strach to dwa główne motory ludzkich działań. Człowiek jest wyjątkowy dlatego, że ma ZDOLNOŚĆ percypowania numinosum. Człowiek jest zdolny znieść lęk wobec tajemnicy, która go przekracza… Bojaźń to nie strach! Grecy używali na nią określenia SEBASTOS, a jest to lęk, który nie paraliżuje, lecz jest swoistym przebudzeniem. Każdy ma swoje Wody Przebudzenia. Przebudzenie zaś samo jest rodzajem dojrzałości.

Człowiek jest istotą mistyczną. Przeżycie numinosum uruchamia do działania, do czynów heroicznych i postępowania, w którym gniew czy podniecenie przejawia się na zewnątrz. Demonstruje się tak prawdziwy erotyzm bytu. Życie samo…

Doświadczenie numinosum prowadzi do przeżyć religijnych, może przerodzić się w religię, sprawowanie kultu, sakramenty i modlitwę, jak pisze Marzena Krupa. Doświadczenie mistyczne jest <doznaniem Boga>, bezpośrednim i świadomym. Jest intuicyjne i przedrefleksyjne, jest także naoczne. Potężne pragnienie zatrzymania, posiadania takiego doświadczenia kończy się próbą ujęcia go w słowa. I pojawia się doświadczenie ESTETYCZNE. Chcemy podać to przeżycie innym, zatem musimy „uzbroić” je w słowa. Niestety, zapewne ginie przy tym jakaś część pierwotnej tajemnicy.

Jeszcze nie wiecie, czym jest numinosum? Otóż, Tolkien może wyjaśnić…

Nie zdradzę, kiedy dzieje się akcja, sami się zorientujecie.

„- Czy zechcesz powiedzieć nam swoje imię, a potem resztę tego, co masz do powiedzenia? — spytał Aragorn — Ranek mija, a my mamy przed sobą zadanie, które nie może czekać.
- To, co mam do powiedzenia, jużem powiedział — rzekł starzec. — Spytałem, co tutaj robicie i jaka jest wasza historia. Jeśli zaś chodzi o moje imię… — urwał i zaśmiał się cicho, przeciągle. Na dźwięk tego śmiechu ciarki przeszły Aragorna i wstrząsnął nim dziwny, lodowaty dreszcz. A JEDNAK NIE BYŁ TO STRACH ANI ZGROZA, LECZ TAKIE UCZUCIE, JAKBY NAGŁY ŚWIEŻY PODMUCH ALBO STRUMIEŃ ZIMNEGO DESZCZU OBUDZIŁ GO Z NIESPOKOJNEGO SNU.”

Wiele już razy czytałam ten fragment, ale teraz nabrał on nowego znaczenia. Ukazanie się Białego Czarodzieja jest momentem prawdziwej EPIFANII. W jednym ujęciu do Aragorna dociera PRAWDA. A wszystko przez tajemniczy śmiech… Z kolei to, czego dokonuje Tolkien w tym fragmencie, to <wyrażenie> językiem, czyli nie tyle nawet opis, co UZMYSŁOWIENIE, podanie do ODCZUCIA komuś innemu. Wizja wcale nie musi być kompletna, wystarczy jakiś jej zaczątek. Tu mamy podmuch wiatru i zimny deszcz. Charakterystyczne, że Aragorn doświadcza przebudzenia ze snu, jak Elfowie nad Cuiviénen…

Przebudzenie prowadzi do adoracji i kontemplacji, do bezinteresowności, daje poczucie radości i szczęścia. Obserwator sam staje się zwierciadłem dla rzeczy i nagle potrafi wypełnić się całkowicie tym, co ogląda.

Tutaj Tolkien, stosując mechanizm <invoking wonder>, może nam pokazać z jednej strony Cerin Amroth w Lothlórien, z drugiej pieczary Helmowego Jaru czyli Jaskinie Aglarond.

„Frodo, gdy jemu z kolei odsłonięto oczy, rozejrzał się i wrażenie dech mu zaparło. Stali na otwartej polanie. Na lewo wznosiło się wysokie wzgórze, porosłe murawą tak zieloną, jaka bywała tylko wiosną za Dawnych Dni. Szczyt wieńczyły, niby podwójna korona, dwa pierścienie drzew: zewnętrzny miał pnie śnieżnobiałe, a gałęzie bezlistne, lecz pięknie zarysowane w swej nagości; wewnętrzny składał się z mallornów niezwykle strzelistych i jeszcze strojnych w jasnożółte liście. Wysoko między gałęziami olbrzymiego drzewa, stojącego pośrodku pierścienia, lśnił bielą olbrzymi talan. Pod drzewami, na trawie na stokach wzgórza rozsiane były drobne kwiaty, z kształtu podobne do gwiazd. Wśród nich kołysały się na smukłych łodygach inne kwiaty, białe i bladozielone: błyszczały jak krople rosy w bujnej zieleni murawy. Niebo było błękitne, a popołudniowe słońce jarzyło się nad wzgórzem, kładąc długie zielone cienie do stóp drzew.
- Patrzcie, oto Cerin Amroth — rzekł Haldir — Serce dawnego królestwa, które tu istniało przed wiekami: widzicie wzgórze Amrotha i jego podniebny dom zbudowany w szczęśliwych czasach. Tu, pośród niewiędnącej nigdy trawy, wiecznie kwitną kwiaty zimowe: żółte elanor i blade niphredil.”

Cerin Amroth jest zachwycające, ale całość obrazu uzupełnia ta dodatkowa informacja Haldira, na co w rzeczy samej patrzymy. Otwiera się jakby okno na niezgłębioną przeszłość. Wiecie, jak zielona była wiosna w Dawnych Dniach…? Kiedy Wam ostatnio “dech zaparło”?!

W przypadku jaskiń Aglarond, czyli Migotliwych, otrzymujemy już zupełny majstersztyk! Schemat profesor Flieger rozrasta się do niebywałych rozmiarów. Oto bowiem to, co widział Gimli, dzięki jego opowieści „widzi” Legolas, następnie dopiero my… Warto zwrócić uwagę, jak Legolas na końcu wyznaje przyjacielowi, że opis jaskiń go wzruszył, ale to nie jaskinie były tak poruszające, tylko GIMLI, który o nich opowiadał. Legolas nigdy z własnej woli nie zainteresowałby się jaskiniami, podobnie zresztą Gimlego nie obchodził właściwie las. Gimli z kolei przyznaje, że płakał, gdy musiał opuścić to wspaniałe miejsce. Jak bardzo wspaniałe? Tak bardzo, że czyni z krasnoluda artystę…

„Czy nie widziałeś, mój poczciwy Legolasie, jak ogromne i wspaniałe są pieczary w Helmowym Jarze? Gdyby o tym na świecie wiedziano, krasnoludy pielgrzymowałyby tutaj tłumnie, żeby je chociaż zobaczyć. Tak! Płacilibyśmy szczerym złotem za jedno krótkie spojrzenie! (…)
Są tu olbrzymie sale, rozbrzmiewające wieczną muzyką wody, która kropliście ścieka do jezior tak pięknych jak Kheled-zarâm w blasku gwiazd.
W dodatku, Legolasie, gdy zapalono łuczywa i ludzie szli po piaszczystym dnie pod dzwoniącymi od ech stropami, drogie kamienie, kryształy i żyły bezcennego złota zalśniły na gładkich ścianach. Światło prześwieca przez bryły marmuru mieniące się perłowo, przezroczyste jak żywe ręce królowej Galadrieli. Legolasie, tam są kolumny białe i szafranowe, i różowe jak jutrzenka, żłobione i wygięte w kształty z marzeń sennych. Wyrastają z różnokolorowej posadzki na spotkanie błyszczących sopli, które zwisają od stropu niby skrzydła, sznury, zasłony delikatne jak zamarznięty obłok, włócznie, sztandary, wieżyczki napowietrznych zamków. Ich obraz odbija się w cichych jeziorach; z ciemnych wód, pokrytych szkłem lodu, wyziera migocąca blaskami kraina, jakiej nawet Durin w najpiękniejszym śnie pewnie by nie wymarzył, sięgająca alejami i krużgankami w głąb, do ciemnych czeluści, gdzie nigdy nie dociera światło. Nagle — plum! — spada srebrna kropla, w kręgach zmarszczek na zwierciadle wieże gną się i chwieją jak wodorosty i korale w morskiej grocie. Nadchodzi wieczór, obraz blednie i gaśnie, łuczywa przechodzą do następnej komnaty, ukazuje się inny sen. (…)
Nie ma krasnoluda, którego by nie wzruszyło to piękno. (…)
A światło, Legolasie! Wprowadzilibyśmy tam światło, zrobilibyśmy takie lampy, jakie ongi świeciły w Khazad-dûm. Moglibyśmy, gdybyśmy zechcieli, wypędzić noc, która tam zalega od dnia narodzin gór. ”

Lampy, żeby wygnać ciemność i ukazać wielu oczom cuda podziemnego świata gór… Krasnolud już planuje, jak uczynić jaskinie WIDOCZNYMI! Czy ktoś podejrzewał Gimlego syna Glóina o taką tkliwość wobec stworzonego świata, i o taki liryzm? Gimli pójdzie za Legolasem zwiedzać jego ukochany Fangorn, byle Elf poszedł potem z nim PODZIWIAĆ pieczary. Po tym, co widział w jaskiniach Aglarond, Gimli nazywa podziemne pałace Thranduila, które przecież krasnoludowie pomagali budować, nędzną budą! A Legolas się nie obraża…

Tolkien bardzo kochał drzewa. Ale dla jego duszy i serca filologa absolutnym rajem była jaskinia. Tolkien, w przeciwieństwie do innych współczesnych mu filologów, nie uważał, aby rozwój języka był przypadkowy. Każde słowo jawiło mu się jako stożek stalaktytu — niosło znaczenie od korzenia góry wraz z wodą czasu i ludzkiego doświadczania świata. Co zresztą wyjaśniają doskonale… Entowie! Mówią nam, że język służy do wyrażenia mitu i powstaje, rodzi się, dzięki POTRZEBIE OPOWIEDZENIA MITU.

Samo wpatrywanie się w Entowe oczy jest jak obserwowanie mitu:

“Wyczułem poza nimi jak gdyby bezdenną studnię pełną odwiecznych wspomnień i długich, powolnych, spokojnych rozmyślań; na powierzchni ich wszakże iskrzyło się odbicie teraźniejszości jak odblask słońca na liściach ogromnego drzewa albo na zmarszczkach tafli bardzo głębokiego jeziora. Nie umiem tego wyrazić, ale wydawało mi się, że coś, co wyrasta z ziemi, by tak rzec, uśpione czy też tylko siebie czujące od korzeni po brzeżek liścia, między głębią ziemi a niebem, nagle ocknęło się i patrzyło na mnie z takim samym powolnym skupieniem, z jakim od niepamiętnych lat rozważało swoje wewnętrzne sprawy.”

Mit jest BYTEM, który istniał przed narodzinami mowy — jak pisze Wiesław Juszczak w “Archeologii mitu”. Mitologia, opowieść mityczna, jest zatem, można powiedzieć, mową mitu, co uzmysławia nam znowu Drzewiec:

“(…) mojego prawdziwego imienia wam nie wyjawię, przynajmniej jeszcze nie teraz. Przede wszystkim jest to bardzo długie imię, bo rosło z czasem, a że bardzo, bardzo długo żyję, więc urosło do całej historii. W moim języku, w starej mowie entów [dosłownie: w staroentyjskim], jak wy byście go nazwali, imię zawsze zawiera historię tego, kto je nosi. To bardzo piękny język, ale trzeba mieć dużo czasu, żeby nim coś powiedzieć, bo my mówimy naszym językiem tylko o tym, co warto bardzo długo opowiadać i czego warto bardzo długo słuchać.”

Jaki jest skutek oddziaływania na nas tych wszystkich cudów? Taki, jak przypadku niezwykłego królestwa Galadrieli i Celeborna, którzy pamiętali Dawne Dni…:

Wygnaniec z Shire’u odejdzie stąd i znowu znajdzie się na zwykłym świecie, a jednak zawsze odtąd będzie stąpał po tej trawie, wśród kwiatów elanor i niphredil, w pięknej krainie Lothlórien.

Jak pisze wspomniany już mój ulubiony autor i komentator Tolkiena przy okazji, profesor Wiesław Juszczak, „pierwotny ogląd świata jest emocjonalny, nie racjonalny, co umożliwia taką formę pojawiania się mitu, że jest on czystym PRZEŻYCIEM, które otwiera przed nami rzeczywistość w takiej formie, jaka racjonalne myślenie zamyka”.


Jednak to, co do tej pory powiedzieliśmy o WPRAWIANIU W ZACHWYT jako arcymistrzowskim mechanizmie „cudotwórczym” u Tolkiena, sugerowałoby, że zjawisko to dokonuje się wyłącznie pod wpływem niezwykłej przyrody czy czarownych miejsc. A to nie do końca prawda…

Ballada o Leithian opowiada, że Beren wszedł do Doriathu na chwiejących się nogach, siwy i zgarbiony, jakby pod ciężarem wielu lat nieszczęść, tak straszne męczarnie musiał znosić w drodze. Lecz błąkając się latem po lasach Neldoreth, zobaczył Lúthien, córkę Thingola i Meliany, jak wieczorem przed wzejściem księżyca tańczyła na niewiędnącej trawie polany nad Esgalduiną. W tym okamgnieniu Beren zapomniał o wszystkim, co przecierpiał, i wpadł w ZACHWYCENIE; Lúthien bowiem była najpiękniejsza z dzieci Ilúvatara. Suknię miała błękitną jak pogodne niebo, lecz oczy szare jak gwiaździsty wieczór, płaszcz naszyty złotymi kwiatami, lecz włosy ciemne jak cienie o zmierzchu, jak światło na liściach drzew, jak głos czystego strumyka, jak gwiazdy nad mgłami świata — takie było jej dostojeństwo i uroda, a twarz jej jaśniała światłem.
Zniknęła mu jednak z oczu, a Beren oniemiał jak urzeczony i długo błąkał się po lasach, dziki i czujny niby zwierz, szukając jej.”

Silmarillion” podaje nam nieco inny rodzaj cudów. Narracja w tym utworze znacznie różni się od tej we „Władcy Pierścieni”. Już z powyższego fragmentu widać, że „Silmarillion” odwołuje się do innych pieśni, długich i dawnych. Jest streszczeniem, opowieścią o opowieści, jest RELACJĄ.

Ale nie jest to bynajmniej streszczenie, które redukuje. Wręcz przeciwnie, relacja ta dokonuje swoistej syntezy, która scala i jednoczy, a nawet, można by powiedzieć, „LECZY”, prowadząc nas do ZACHWYTU NAD ISTNIENIEM. „Silmarillion” pełen jest grozy, ale też opiewa ŻYCIE I MIŁOŚĆ…

Nawiązując do trójelementowego schematu Verlyn Flieger, można to ująć tak, że w „Silmarillionie” w układzie byt — obserwator — świadek czytelnik występuje, i to wraz z narratorem, jako ogniwa w długim łańcuchu świadków. Dlatego dominująca dla „Silmarillionu” wartość to milczenie, jego podstawowa konstrukcja zasadza się na TAJEMNICY!

Silmarillion” jest niezwykle DYSKRETNY. O niektórych świętych sprawach między bohaterami nigdy się nie dowiemy. O tym, jak żyli Beren i Lúthien w Krainie Żyjących Umarłych, nie mamy żadnych wiadomości. Nie poznamy przebiegu rozmowy Finroda Felagunda, władcy Nargothrondu, z Berenem przynoszącym pierścień swego ojca Barahira, na który ongi król przysięgał… Możemy tylko mniemać, że działy się tam między nimi rzeczy doniosłe, pełne napięcia, dramatyczne i niezwykłe. Były tajemnicą i tajemnicą powinny pozostać.

W “Archeologii mitu” Wiesława Juszczaka czytamy, że “Silmarillion” jest niczym kotwica rzucona poza zasięg pamięci — jeśli próbujemy przyglądać się mu z bliska, zaczyna tracić kształty i nieuchronnie musimy zgadywać na temat wydarzeń, a wtedy nie stosujemy już adekwatnej miary, bo sądzimy według miary własnej. Pamięć musimy tracić w piękny sposób w imię nadziei, inaczej nie możemy iść dalej. Opowieść mityczna jest sposobem na taką utratę pamięci, która pozwala zachować nadzieję.

To, co nam przekazano, jest taką samą tajemnicą, jak to, co nie opowiedziane.

„Wódz Telerich, Elwë, często zapuszczał się w lasy, chcąc w siedzibach Noldorów odszukać swego przyjaciela Finwëgo; pewnego razu, idąc samotnie przez rozświetlony blaskiem gwiazd las Nan Elmoth, usłyszał śpiew słowików. Elwë przystanął i nagle czar padł na niego; z daleka, ponad śpiewem lómelindich, odbiegł do jego uszu głos Meliany i wypełnił mu serce ZACHWYTEM I TĘSKNOTĄ. Elwë zapomniał o swoim plemieniu i o wszystkich swoich pragnieniach; za śpiewem ptaków szedł w cieni drzew w głąb Nan Elmoth i zabłądził w tym lesie. W końcu jednak trafił na otwartą przestrzeń pod gwiazdami, a gdy wyjrzał z ciemnego gąszczu, zobaczył stojącą na niej Melianę i światło Amanu promieniujące z jej twarzy.
Nie odezwała się ani słowem, lecz Elwë w porywie miłości podbiegł do niej i ujął ją za rękę i w tym samym okamgnieniu taki czar ich ogarnął, że STALI NA TYM MIEJSCU PRZEZ DŁUGIE LATA ODMIERZANE OBROTAMI GWIAZD NAD GŁOWAMI DWOJGA ZAKOCHANYCH; ciemne drzewa w Nan Elmoth wybujały wysoko, zanim oni przemówili wreszcie.”

Pozwólmy sobie przez chwilę porozmyślać: Elwë, wódz Telerich, jeden z tych, którzy jako pierwsi z Pierworodnych Dzieci Ilúvatara widzieli Valinor i Dwa Drzewa w porze ich rozkwitu, już nigdy do tego Valinoru nie powrócił, pozostając w Śródziemiu z Melianą, z Maiarów, tą, która z kolei przebywała z Ilúvatarem, zanim powołał on do bytu Świat; a z nich narodziła się Lúthien, której krew płynęła w Eärendilu, gwieździe Eldarów i Edainów, a wreszcie w Aragornie, królu Elessarze, Estelu, nadziei Elfów i Ludzi…! A wszystko to, cała ta historia o nadziei, zaczęła się od… śpiewu słowików w lesie pod gwiazdami.

I teraz trzeba nam jeszcze wrócić do nieszczęśników Grupy Laokoona.

Jest taki obraz w „Silmarillionie”, który zawsze wywołuje ciarki na plecach i ten zimny dreszcz, o którym już tu była mowa. Żywotność w obliczu śmierci i nadzieja ponad wszelką nadzieję, i to u kogoś, kto potem ze szczytu świata, przez okrucieństwo Morgotha, oglądać będzie upadek swojego rodu, „klęskę straszną bez nadziei uleczenia”, jak mogłoby się wydawać… Będzie patrzeć na tragiczne losy swego syna Túrina, córki Nienor i żony Morweny. Będzie patrzeć na straszliwą śmierć Belega z ręki przyjaciela. Będzie patrzeć, jak jego syn zabija smoka Glaurunga, i jak żeni się z własną siostrą…

Spędzi w niewoli dwadzieścia osiem lat.

Pogrzebie Morwenę Eledhwen w miejscu, gdzie spalono cielsko Glaurunga. Pójdzie do króla Thingola, by Naszyjnikiem Krasnoludów z Nargothrondu zapłacić władcy Doriathu za opiekę nad swoją rodziną i pokonany dobrocią Meliany zostawi klejnot jako pamiątkę po człowieku, który nic nie ma, oświadczając: „Morgoth osiągnął swój cel, lecz nie jestem już jego niewolnikiem”.

Nikt nie wie, dokąd odszedł. Ale nie sądzę, by odebrał sobie życie, rzucając się w głębiny morza, jak powiadano. Myślę raczej, że dotarł do zachodniego morza i ODDAŁ swe życie, PODDAJĄC je sile, która go przekraczała i którą na tej ostatniej drodze odkrył, czyli ŻYCIU samemu; gdy siedział na najwyższej górze pod strażą Morgotha sądził, że widzi cały świat, lecz dopiero teraz „zobaczył go na własne oczy”. Jeśli bowiem było inaczej, ten fragment, który za chwilę przeczytamy, nie miałby sensu…

„W końcu Húrin został sam; odrzucił wówczas tarczę i oburącz chwycił topór. Pieśń mówi, że ostrze topora dymiło później od czarnej krwi trollów, gwardzistów Gothmoga, póki nie skruszało, a za każdym razem, zadając cios, Húrin wołał:
- Aurë entuluva! Przyjdzie znów dzień! — Siedemdziesiąt razy powtórzył ten okrzyk; lecz w końcu wzięli go żywcem z rozkazu Morgotha: orkowie obejmowali go i czepiali się rękami jego odzieży, nie puszczając nawet wtedy, gdy odrąbywał im ramiona, a było ich wielu i przybywały coraz to nowe chmary, aż wreszcie Húrin upadł nakryty mrowiem napastników. Wtedy Gothmog związał go i zawlókł do Angbandu, szydząc z pokonanego.”

Okrzykiem „Przyjdzie znów dzień!” Húrin wykazał się najbystrzejszym wzrokiem i najbardziej słuchającym sercem wśród wszystkich bohaterów Dawnych Dni, spośród Eldarów i Edainów.


W słynnym eseju “O baśniach” Tolkien stwierdza:

“(…) baśniowe opowieści pozwalają nam wyzdrowieć. Wyzdrowienie (to jest trwały powrót do zdrowia) jest odzyskaniem: odzyskaniem jasnego spojrzenia. Nie chcę tu zagłębiać się w filozofię i mówić o <widzeniu rzeczy takimi, jakimi są> , ale mógłbym zaryzykować mówienie o <rzeczach takich, jakimi przeznaczone jest (czy było) nam je widzieć> — jako rzeczy poza nami. Musimy umyć okna, aby uwolnić świat zewnętrzny od brudnych zacieków trywialności lub powszedniości — od poczucia posiadania.”

Wyzdrowienie, o którym tu mowa, kojarzy mi się z tą nocą, w którą przebudzili się Elfowie. Rozgwieżdżona noc byłaby tu symbolem oczyszczenia wzroku, tego umycia okien, jeśli by przez okna rozumieć nasze zmysły i władze rozumu, który poznaje to, co nas otacza. Zobaczylibyśmy świat takim, jakim jest — realnym, a nie takim, jakim czynimy go wewnątrz nas. O podobnym mistycznym doświadczeniu pisali święci Karmelu… Po takich drogach prowadzi Tolkien!


Wracając do pytań z początku tego tekstu: szukam na nie odpowiedzi. Nie muszą pojawić się od razu. Będą powracać jak fale przypływu, bo zamierzam jeszcze co najmniej kilka tekstów tu zostawić. Plany są całkiem rozległe.

W Warszawie od kilku miesięcy spotykamy się w księgarni Bagatela na Pięterku przy Placu Unii Lubelskiej na Zebraniach “Tolkien dla Dorosłych”, których celem jest przypomnienie sobie, czym naprawdę jest mit i dlaczego jest właśnie dla dorosłych. Wielu bowiem dorosłych: autorów, krytyków literackich, dziennikarzy, pisarzy czy akademików wydaje się nie rozumieć albo nie przyjmować do wiadomości podstawowych prawd o micie.

W najnowszym numerze Tygodnika Powszechnego (43/2017) można przeczytać na przykład (w dodatku specjalnym o Festiwalu Conrada), że Joseph Conrad myślał o Afryce na sposób mityczny, co znaczy: uproszczony i pełen uprzedzeń. Przyznaję, że moja dość spokojna natura doznaje w takich momentach niemal wstrząsu anafilaktycznego, a krew się gotuje. Na Zebrania stanowczo powinno przychodzić jeszcze więcej dorosłych! Co ciekawe, tenże tegoroczny Festiwal Conrada w Krakowie zajmuje się tematem NIEPOKOJU (ang. UNREST). Każdy dzień festiwalu poświęcony jest jednej z siedmiu emocji, które opisują wspólnoty niepokoju i niespokojnego człowieka. Są to: lęk, gniew, nadzieja, wrogość, upokorzenie, duma, godność. Brzmi to jak opowieść o Noldorach w Beleriandzie, ale kto to powie organizatorom?!

Chciałabym pisać o Tolkienie i o tym, co dzięki niemu odnalazłam (zobaczyłam!) w życiu. I dziękuję z serca Wszystkim Przyjaciołom, którzy mnie do tego namówili. Od jednej z tych osób (będzie wiedzieć!) zapożyczyłam myśl, że takie pisanie jak to nie jest w istocie pisaniem — jest jak camino. I tego będę się trzymać…

One clap, two clap, three clap, forty?

By clapping more or less, you can signal to us which stories really stand out.