Rok

Rok. Trzysta sześćdziesiąt pięć dni. Osiem tysięcy siedemset sześćdziesiąt godzin. Łezka się w oku kręci. Bo właśnie tyle czasu minęło od napisania przeze mnie do Was pierwszych słów.

Ależ ten czas leci. Dopiero co zaczynałem. Kiedy ten rok uciekł?
Nieważne. Mogłoby się wydawać, że nic się nie działo w tym czasie. Ot, kolejny rok za nami. Starsi o dwanaście miesięcy, w gruncie rzeczy tacy sami. Ale dla mnie wręcz przeciwnie — działo się wszystko. To niesamowicie ważny dla mnie rok. Być może najważniejszy w dotychczasowym życiu.

Po pierwsze i dziś najważniejsze — 29 stycznia 2015. 20:30. Rok temu, równiutko. To dla mnie taki kamień milowy w spełnianiu marzeń. Zawsze chciałem pisać jakoś publicznie, mieć swoje miejsce w sieci. Wtedy je znalazłem. I choć od dwóch dni po wpisaniu w pasek przeglądarki adresu „badzmykulturalni.pl” nic się nie pojawia, był to bardzo ważny dla mnie moment — założenie tego bloga. Ponad dziewięć miesięcy tam pisałem i bardzo dobrze wspominam ten okres. To, że porzuciłem tę domenę i ogółem bloga jako takiego, było naturalnym rozwojem. Zresztą, o tym już kiedyś było, nie ma co się powtarzać. Tak czy siak — rok temu moje życie się mocno zmieniło, choć o tym jeszcze do końca nie wiedziałem. Nie zdawałem sobie sprawy z tego jak bardzo potrzebowałem miejsca, w którym mógłbym pisać. 29 stycznia 2015 roku zrobiłem sobie najlepszy prezent, jaki tylko mogłem. Od tamtej pory było tylko lepiej.

Dzień później — tekst o Whiplash, jednym z najlepszych filmów, jakie widziałem kiedykolwiek. Niesamowity, trzymający w napięciu od początku do końca — zresztą, co ja tu będę się produkował. Do jasnej ciasnej, napisałem o tym całkiem niezły tekst! ;)

Przeglądu całkowitego nie zrobię — na moim Medium umieściłem te teksty z BądźmyKulturalni.pl, które uważałem za ważne, tam też możecie przez nie sobie raz jeszcze przelecieć. Tu tylko absolutnie najważniejsze. :)

Na przykład ten — napisany równo dwa miesiące po założeniu bloga, „Bunt” był zdecydowanie jednym z lepszych moich tekstów w ogóle. Pierwszy mocno odbiegający od kultury, pisany w emocjach, lecz przez to całkowicie szczerze. Wczoraj go przypominałem na Twitterze i Facebooku, bo idealnie oddawał mój stan psychiczny. Fajnie jest mieć bazę swoich tekstów, którą można przybliżać swoje nastroje i nastawienie. Dobre uczucie. Jeśli myślicie o tym, żeby się pobuntować — przeczytajcie! Jeśli nie… to zresztą też.

Potem, a konkretniej 28 kwietnia, pojawił się taki epizod, w którym tłumaczyłem, czemu używam Maca. Zapamiętam go dlatego, że zamiast przejrzeć sieć, a potem publikować, zrobiłem odwrotnie, czego rezultatem było wrzucenie tekstu o komputerach Apple tego samego dnia, którego Włodek Markowicz wrzucił filmik o tym samym. Fail, ale bywa. A może i nie fail, ponoć oba materiały się fajnie uzupełniają (choć mi do poziomu Włodka baaaardzoooo daleko). Wniosek? Najpierw ogarnijcie, co w sieci piszczy, potem publikujcie. Jakby ktoś chciał się dowiedzieć, „Dlaczego Mac?”, to tu.

No i przyszedł w końcu 2 maja. Dzień, w którym napisałem tekst przez siebie przez bardzo długi czas uznawany za najlepszy mojego autorstwa. Nigdy nie chciało mi się używać pełnego tytułu, więc zwykle nazywam go „Marzeniami”, bo i o tym jest. Wciąż uważam, że jeśli ktoś chce już poświęcać troszkę swego życia na czytanie mnie, to absolutny „must read”. Jeden tekst, który zawiera w sobie większość mojego nastawienia do życia. Idź, przeczytaj, proszę. Bez tego tekstu ja nie jestem mną, a cała reszta idzie w cholerę. Twitter, Daft Punk i Warszawa, czyli trochę o marzeniach.

Następnym kamieniem milowym był tekst z 24 lipca, choć jeszcze wtedy o tym nie wiedziałem. „5 refleksji 5 lat po przeprowadzce”to wpis, który w kilka miesięcy po publikacji na blogu pozwolił mi trafić tu, gdzie jestem — na Medium po polsku. Po zaimportowaniu najważniejszych tekstów z bloga na Medium dostałem prośbę, o możliwość dodania wpisu do publikacji „Medium po polsku”. Nietrudno się chyba domyślić, iż skakałem ze szczęścia. To był jeden z lepszych dni mojego życia, przy okazji pokazujący mi, jak daleko już zaszedłem.

28 września w sumie zawsze powinien dla mnie być ważny. Nie co dzień ma się urodziny, w końcu. W 2015 roku miałem jednak jeszcze jeden powód. „Jesień”. Tekst, który w moim rankingu wszystkiego, co napisałem kiedykolwiek jako pierwszy zachwiał pewną dotąd pozycją „Marzeń” na szczycie. Do dziś nie wiem, czy któryś z tych dwóch tekstów jest lepszy, chyba nie. Oba są dla mnie cholernie ważne i oba nazwałbym niezbędnymi do głębszego zrozumienia mnie, gdyby komuś się chciało. Zresztą, z tym tekstem przyszło do mnie też pewne zrozumienie. Wcześniej nie pisałem ponad miesiąc i choć z pomysłem nosiłem się długo, siadłem do laptopa dopiero wtedy, gdy myśli zaczęły mi się układać w głowie w słowa. Zrozumiałem wtedy, że nie ma sensu pisać w takich tematach inaczej. Z przerwami, z dokładnym ułożeniem myśli, spokojnie, dosadnie. Mam wrażenie, że w ten sposób wychodzi to o wiele lepiej i szczerzej. Między innymi to przemyślenie było powodem przeniesienia się na Medium. „Jesień”, nie licząc wpisu pożegnalnego, to ostatni tekst na BądźmyKulturalni.pl.

Do 8 listopada teoretycznie nie działo się nic — choć to pozory, bo pewne prace trwały już kilka dni wcześniej. Tak czy siak, 8 listopada 2015 roku zamknąłem oficjalnie BądźmyKulturalni.pl. Minęły niemal trzy miesiące, a ja wiem, że była to dobra decyzja. Wiele mi ten blog dał, ale w tamtej formie musiał odejść. Dobrze się stało, że go założyłem, dobrze też się stało, że go zamknąłem.

Niewiele później, bo 11 listopada, korzystając z dnia wolnego, poszedłem z przyjaciółmi do kina na najnowszego Bonda i poczułem wewnętrzny przymus opisania wrażeń. Tekst o filmie ważny dlatego, że wraz z nim chciałem zaznaczyć, iż oprócz tekstów „przemyśleniowych”, oddalonych od siebie dużymi przerwami czasowymi, chcę pisać czasem wrażenia „na świeżo” — ot, choćby po filmie właśnie. Według kompletnie innych reguł. Na Medium miałem pisać co chcę, bez żadnych ograniczeń — i właśnie to demonstrował, po części, tekst o SPECTRE.

Już prawie koniec. ;) O ile na BądźmyKulturalni.pl pisywałem mocno różnie i czasem miałem wrażenie, że napisałem coś dobrego (vide „Marzenia”, choćby), a czasem wręcz przeciwnie, o tyle mam wrażenie, że od „Jesieni” trzymałem mniej więcej równy poziom w tych „głębszych” tekstach. W grudzień wszedłem z prostym apelem: „Powiedzmy sobie szczerze”. Znów tekst, z którego jestem zadowolony po czasie — fajnie takie mieć w swoim dorobku.

No, dotarliśmy do końca. Jedenaście dni temu, „Krótka historia o śmierci”. Półtora miesiąca od poprzedniego tekstu pojawił się ten, do którego zdecydowanie najtrudniej mi było zebrać myśli. Nie wiedziałem też, czy aby na pewno chcę to wszystko tam napisać. Napisałem. Gdybym miał wybrać trzy teksty, którymi miałbym podsumować miniony rok pisania, obok „Marzeń” i „Jesieni” znalazłaby się właśnie „Krótka historia o śmierci”.


Te wszystkie „rankingi”, „porównania”… Może to brzmi nieco egocentrycznie, ale chodzi mi o to, że przez miniony rok pokazałem samemu sobie, iż mogę stworzyć coś, z czego po kilku miesiącach dalej mogę być w pełni dumny. Coś, co będzie dla mnie ważne, w czym nie będę widział tylko zbioru wad. Pisząc to wszystko zmieniłem się, czuję to, jestem inny, niż byłem rok temu. Czy to źle? Bynajmniej. Czy żałuję? Nigdy. Rok pisania to najlepsze, co mogło mi się przytrafić. Po tych trzystu sześćdziesięciu pięciu dniach wiem, że kocham to nad życie.

Tutaj jeszcze jest to miejsce, w którym muszę trochę posłodzić. Choć swoją twórczość tworzę i nią zarządzam sam, zawsze mogłem i wciąż mogę liczyć na rady i wsparcie moich przyjaciół — dzięki, jesteście najlepsi na świecie. Ale wiecie o tym. ❤

Podziękować muszę też Wam. Fajnie, że jesteście. Fajnie, że ktoś to czyta. Fajnie, że ktoś czasem powie jakieś miłe słowo. Dzięki. Kochani jesteście. ❤

Coś czuję, że następny rok minie jeszcze szybciej niż ten. No nic, pozwolę sobie sam złożyć życzenie — chciałbym pisać jak najdłużej i jak najlepiej. Może się spełni, oby.

Kocham Was, dzięki za ten rok.

Widzimy się w kolejnym. I roku, i tekście. :)