Miedzianka: Historia powracania

Było sobie miasteczko, całkiem przyjemne i prosperujące, które potem w kilka lat zniknęło. Niby podobne historie działy wszędzie na świecie, ale ta z Miedzianki ma w sobie kilka dodatkowych kontekstów i poziomów głębi (Polacy / Niemcy. Człowiek / Natura). To one sprawiają, że energia tutaj wciąż pulsuje, a zarośnięte zielenią uliczki znów zapełniają się ludźmi. Póki co na jeden weekend w roku, podczas festiwalu reporterskiego. Przyjechałem tu o tej porze właśnie i ani się obejrzałem, a na moim Instagramie powstała kompletna relacja w odcinkach z tego wydarzenia. Zamieszczam ją poniżej, sklejoną, żeby nie przepadła w krótkiej pamięci social mediów jak jakieś opuszczone poniemieckie miasteczko.

PRZED

1.

Wybieram się w najbliższy weekend w Rudawy Janowickie do legendarnej Miedzianki, zobaczyć, jak to wymarłe miasto raz w roku ożywa (podczas @miedziankafest). Z tej okazji przypomniałem sobie, że byłem już raz w tych mało obleganych turystycznie górach. 12 lat temu. Na studenckim rajdzie terenowym.

Niewiele pamiętam już z tego wyjazdu poza tym, że zrobił się wyjątkowo ciepły listopad i chociaż drzewa były już łyse a dni króciutkie, to czuliśmy się jakby trwało babie lato. Bardziej w pamięci utrwalił mi się drugi dzień wycieczki, kiedy dotarliśmy w Karkonosze — Śnieżka, Samotnia, kościół Wang w Karpaczu… Rudawy są niższe i nie tak widokowe, ale ciekawy nastrój nadają im formacje skalne, na przykład te tutaj Starościńskie Skały. Podobne ostańce można zresztą zobaczyć w innych pasmach Sudetów. Dla mnie ich wysokie kamienne ściany ze przejściami poukrywanymi w zakamarkach są kluczowe w krajobrazie wszystkich “poniemieckich” gór. Tak jak do rdzennie polskich Beskidów pasuje wiosna, błoto, polana i owce, tak zachodnie góry, to jesień, skalne labirynty, pruskie zamki i klimat jak z baśni braci Grimm. W sam raz na festiwal opowieści.

2.

Jako ilustrację tegorocznego hasła festiwalu w Miedziance — Krajobraz Opowieści — proponuję kadr wklejony poniżej. Pochodzi z okolic słynnej znikniętej miejscowości. Co prawda chyba już nie z samych Rudaw, tylko z sąsiednich Karkonoszy, a wykonany został nie dzisiaj, a 12 lat temu, ale zbieżność miejsca i czasu nie jest tu taka ważna.

Rzecz w tym, że zdjecie pokazuje tragedię, jaka wydarzyła się z lasami w Sudetach. Niepokoi. Porusza. Jest materiałem na ciekawą opowieść.

Od dawna intryguje mnie, dlaczego w reportażu tak dużo jest tragedii. Dobre non fiction opowiada często o wojnie, traumie, przemocy, prześladowanych, wykluczonych. Tak niewiele w tym gatunku książek o jasnych stronach życia. Chociaż wszyscy szukamy bezpieczeństwa, bliskości, spokoju to opowieści o tym zaraz wpadają w banał ciekawe do posłuchania są wielkie dramaty. Pewnie większość wolałaby poleżeć latem na mchu w zdrowym, zielonym lesie, ale to właśnie ten zmieciony przez kwaśne deszcze i szkodniki od razu budzi zainteresowanie. Jeśli spotkam w Miedziance reportera z prawdziwego zdarzenia, chętnie zapytam go, czemu tak się dzieje.

PO

1.

Zanim będzie o festiwalu w Miedziance, trzy akapity o samej miejscowości, z której historia robiła naprzemian miasto i wieś. Niniejszy widok roztacza się z Miedzianej Góry, od której wzięła się pierwotna nazwa miejsca — Kupferberg. Pochodzi naturalnie od zalegających pod nią złóż miedzi. Miasteczko powstało wieki temu jako osada górnicza, aby z czasem zmienić się w miejscowość letniskową. Ruda uległa wyczerpaniu i z początkiem XX wieku miedziowe kopalnie zamknięto. I byłaby z tego tylko ciekawostka, jakich w Sudetach nie brakuje, gdyby nie to, że minerały lubią towarzystwo. Wkrótce zapanowała “moda” na energię atomową, a akurat w tej okolicy odkryto niezbędny do jej wyzwolenia uran.

Rzucili się na niego Sowieci, od 1945 r. nad-gospodarze Dolnego Śląska i całej Europy Środkowej. Zrobili to z właściwą sobie subtelnością — wysadzali korytarze dawnych kopalni. W kilka lat narobili takich szkód górniczych, że domy w Miedziance zaczęły się sypać. Mieszkańcy wyprowadzali się gdzie indziej. Zagrożone zawaleniem budynki wyburzano i rozbierano — tym łatwiej, że były poniemieckie, czyli cegła dobra, ale miejsce “nienasze”. Na opuszczony teren wkroczyła przyroda. Dziś po dawnym rynku Miedzianki spaceruje się jak po łące. Z małego miasteczka przetrwało ledwie kilka budynków. Stoją samotne, otoczone zielenią i górami.

I byłaby z tego ciekawostka znana w gronie krajoznawców, gdyby za odgruzowanie historii Kupferbergu / Miedzianki nie zabrał się @filip_springer. Miejsce to wraz z bagażem związanych z nim opowieści stało się tematem jego reporterskiego debiutu. Bagaż dzielnie udźwignął, choć zakończenie siłą rzeczy wyszło gorzkie. Po kilku latach od wyjścia książki okazało się, że to jednak nie koniec. Reportaż poruszył tyle osób, a w Miedziance drzemał taki potencjał, że jej historia zaczęła dziać się od nowa…

2.

Olga Tokarczuk opowiedziała przedwczoraj na spotkaniu o pewnej mapie Dolnego Śląska sporządzonej tuż po wojnie, że była czyściutka jak pupa niemowlaka. W porównaniu z dokładną mapą przedwojenną uchowały się tylko nazwy większych miejscowości. Mnóstwo wzgórz, strumieni, przełęczy, lasów i przysiółków stało się bezimiennych, kiedy w kilka miesięcy zniknęli mieszkańcy tych stron. Ten stan utrzymywał się niekiedy całymi dekadami, do czasów gdy pisarka sama zamieszkała w Sudetach. Zauważyła przy tym, że to wymazanie pamięci z mapy może być też okazją, by przestrzeń ponazywać na nowo. Wystarczy odkurzenie zapomnianej wiedzy i zmysł kreatywności.

Nigdzie nie zabrzmiałoby to bardziej wymownie niż na spotkaniu w kościele w Miedziance. Wypełnionym po brzegi, co nie zdarza się często. Cała miejscowość to raptem parę domów — relikt dawnego miasteczka, które zniknęło przez szkody górnicze. Ale przez jego wymazanie z mapy, pojawiła się przestrzeń, by stworzyć tu coś innego. Parę lat temu entuzjaści tej historii w sąsiedztwie ruin legendarnego browaru postawili nowy. Z wielkich kadzi w Miedziance znowu płynie piwo. Czasy mamy już nieco inne, więc browar posiada też restaurację z widokiem na góry i pokoje do wynajęcia. Inni ludzie wzięli się za remont starej szkoły. Uczniowie nie przyjdą już do niej lekcje, ale w weekend w dwóch ogarniętych już salach byly wystawy — @wycinkiwtermosie w wersji analogowej i miedziankowe komiksy — a docelowo ma być tu hostel.

Na zdjęciu @filip_springer właśnie odpowiada uczestnikom @miedziankafest na zadawane od tygodni pytanie: Gdzie jest punkt zbiórki? Tego punktu tydzień temu jeszcze nie było. Mógł trafić pod browar albo bliżej kościoła. Wyznaczony tutaj stał się centrum festiwalu. Pojawiły się ławki i stoisko z kawą, a obok @szczygiel_mariusz zmienił wiatę autobusową w swój Przystanek Prawda. Na trzy dni Miedzianka dostała nowy rynek.

3.

W rysowaniu nie chodzi o rezultat, tylko o proces — tak brzmiała pierwsza lekcja jakiej Jakob Fälling (@jakob.falling) udzielił nam podczas warsztatów z rysunku dziennikarskiego. Do zapisania się przekonał mnie fragment ich opisu zapewniający, że graficznych talentów posiadać nie trzeba. Prowadzący ogłosił zresztą, że on także rysować (w sensie: wiernie przedstawiać na kartce widziane kształty) nie potrafi. Dlatego mamy przestać się przejmować techniczna stroną swoich dzieł, bo to nas tylko niepotrzebnie krępuje.

Rysowaliśmy więc sobie nawzajem na plecach, formując jednocześnie pociąg i idąc w nim przed siebie. Rysowaliśmy bez odrywania ręki. Rysowaliśmy bez patrzenia na kartkę. Cieniowaliśmy długopisem i malowaliśmy patykiem.
Wszystko po to, by jak mowił Jakob, spowolnić czas. Jeśli na kartce ma pojawić się coś przypominajacego rzeczywistość, trzeba poświęcić jej parę sekund. Z tego, co widzimy, wybrać kluczowy obiekt. Pomyśleć, jak przedstawić jego najważniejsze cechy. A przez to zatrzymać na nim wzrok choć odrobinę dłużej niż każdy inny gość w tym miejscu. Dzięki rysowaniu dziennikarz może spojrzeć głębiej.

Prawie nigdy w podróży nie robię na bieżąco notatek. Zawsze gdy próbuję, zaczynam od razu pisać cały tekst, bo mnie to wciąga. Może teraz spróbuję rysować, skoro tego nie potrafię. W końcu chodzi tu tylko o proces.

4.

Nie każdy reporter jest podróżnikiem i mało który podróżnik bywa reporterem, ale jeden z drugim zwykle łatwo się dogadają. Łączy ich przede wszystkim ciekawość, ale też smykałka do rozpracowywania trudnych i złożonych projektów własnym sumptem. Bez wielkich pieniędzy i wypasionego sprzętu. W oparciu o to, co mają. Kombinując i improwizując.

Takiego ducha czuje się na @miedziankafest, gdzie po nagłym wycofaniu się sponsora organizatorzy ogarnęli brakujące fundusze zbiórką crowdfundingową. Gdzie z dawnego miasta prawie nic nie zostało, więc na spotkania z literaturą faktu wykorzystuje się to, co jest — łąkę, przystanek, remontowaną szkołę, przyczepę kempingową, czy nawet pociąg dowożący gości z Wrocławia do Janowic (skąd do Miedzianki jest już rzut beretem). No i oczywiście kościół. Zachował się jako jeden z niewielu budynków z dawnego Kupferbergu i jako jedna z dwóch świątyń. Stojący po sąsiedzku kościół ewangelicki miał mniej szczęścia. Opuszczony i zaniedbany powoli niszczał więc go wysadzono. Teraz w jego miejscu rosną pokrzywy.

Kościół katolicki już raczej nie podzieli jego losu. Choć parafian wokół niewielu, a niedaleko pod nim przebiega korytarz dawnej kopalni (co grozi tąpnięciem) zdobył setki nowych sympatyków. Rok temu festiwalowicze uzbierali fundusze na renowację drzwi. Teraz w zamian za ciasto od miejscowych gospodyń chętnie wrzucali “co łaska” na nowe okiennice. Nic dziwnego. Bez dobrej woli księdza, który wpuścił fanów reportażu do świętego przybytku, festiwalu pewnie by nie było. Spotkania z pisarzami w kościele zalatują prowizorką i działa to na plus. Dzięki niej mają klimat podglądania warsztatu reportera, który kombinuje, improwizuje, ale w końcu dopina swego.

5.

Dziwne rzeczy wychodzą, kiedy twórczość z jednego medium wrzucimy w inne. Na przykład na profilu instagramowym nie pokażemy ani jednego selfie, za to będziemy tam zamieszczać przydługie teksty. No totalnie bez sensu… Ciekawiej już robi to Jola (na zdęcie od prawej — @nalewoodcentrum), która zamieszcza tam cyfrowe skany swoich analogowych zdjęć. Tymczasem w pokoju przedstawionym na niniejszej fotce stało się akurat na odwrót i ktoś wydrukował internet. Wycinki w Termosie (na drugim zdjęciu — @wycinkiwtermosie) znane ludziom głównie z Facebooka pojawiły się w Miedziance jako eksponaty — oprawione w ramkę i przybite do ściany.

Na dobrą sprawę to cały festiwal literacki polega na podobnym myku ze zmianą medium. No bo pisarza to się powinno tak po bożemu czytać. Tymczasem tłumy ściągają na spotkanie, żeby go obejrzeć i w dodatku jeszcze posłuchać. Niejeden zresztą wokalnie brzmi na spotkaniu inaczej niż zapodany tekstem Co innego kilka godzin dopieszczać ważny dialog, a co innego odpowiedzieć cięta ripostą na podchwytliwe pytanie prowadzącego.

W tym sensie największym zaskoczeniem Miedzianka Fest była dla mnie Ilona Wiśniewska. Nie wiem czemu z lektury książek wydawała mi się zdystansowaną Panią Pisarką. A tu na nocne czytanie wpadła dziewczyna pełna energii i bardzo ciepła, choć pisze o lodowatych krainach. Do tego uroczo spontaniczna. Nie planowała czytać najnowszej książki “Lud”, ale gdy zobaczyła ją w Miedziance już wydrukowaną, tak się ucieszyła, że postanowiła przeczytać nam chociaż początek. Jak tylko namierzę go gdzieś w sieci zamieszczę tu kawałek razem z jej zdjęciem w opisie. Na tyle przydługim, na ile Instagram pozwoli.

6.

“Brakuje nam — a szkoda — określenia na miejsce, gdzie człowiek doświadcza przejścia między znanym krajobrazem a “niewidoczną stroną Księżyca” Johna, “nową krainą” Hudsona, “innym światem” Berry’ego: miejscem, gdzie odczuwamy i myślimy w sposób znacząco odmienny. Od jakiegoś czasu wyobrażałem sobie takie przejścia jako “punkty graniczne”. Leżą one na granicach, które nie pokrywają się z granicami państw, a do ich nie są potrzebne żadne dokumenty ani pozwolenia. Ich pokonywanie jest zazwyczaj aktem nieposłuszeństwa, nie istnieją też godne zaufania mapy tych obszarów ani przebiegających przez nie szlaków. Spotkacie je nawet w dobrze sobie znanych przestrzeniach: przekraczając wododział, linię drzew albo śniegu, wkraczając w deszcz, burzę albo mgłę, przechodząc z gliny morenowej na piasek albo z kredy na zieleńce. Takie chwile są rytuałami przejścia rekonfigurującymi geografię danego terenu, za którymi znane miejsca zaczynają się wydawać obce albo przesunięte. Ujawniają kontynenty w obrębie kontynentów.”

ROBERT MACFARLANE “SZLAKI”

***

To fragment książki wybrany do czytania podczas literackiego spaceru po górach wokół Miedzianki. A na zdjęciu ten właśnie spacer.

7.

“ — My się z psami wyczuwamy. Wiem, kiedy mogę się zbliżyć, a kiedy mam się trzymać z daleka. Podbiegają, opowiadają, ale nawet nie wiem, jak to opisać, bo nie używamy słów. Tutejsze wychowali ludzie, więc są bardziej zamknięte, nie ma z nimi aż tak dobrego kontaktu. Łatwiej porozumiewać się ze zwierzętami żyjącymi dziko. Z krukami na przykład. Mają świetne poczucie humoru.

Karina uczy w Uummannaq tańczyć i śpiewać, ale tak, żeby to wychodziło z serca. Przyjeżdża na kilka miesięcy albo na kilka dni, później wpada do szkoły muzycznej, zamyka się w jednym z pokoi, zakłada słuchawki i ćwiczy. Teraz właśnie przetrząsa magazyn w poszukiwaniu kabla, więc siadam obok na podłodze, wsłuchując się w jej lekki oddech, uciążliwe bzyczenie i psie chórki za ścianą.

— Ludzi też wyczuwasz?

— Tak, ale nie chcę o tym rozmawiać. Mogę ci tylko powiedzieć, że codziennie w myślach odwiedzam moje dwie córki, które mieszkają na Alasce, i sprawdzam, czy wszystko u nich w porządku.”

ILONA WIŚNIEWSKA “LUD”

***

W Miedziance podczas magicznego nocnego czytania na “wzgórzu pisarzy” @ilo.wisniewska wyrecytowała nam inny fragment ze swojej nowiutkiej książki. Niestety nie nabyłem jej (jeszcze) i nie mogłem go tu przepisać, a w sieci był dostępny ten powyższy. Zresztą też bardzo ładny.

8.

Opublikowałem już tyle wpisów z Miedzianki, co z ostatnich wakacji na Bałkanach, chociaż spędziłem w niej niecałe dwie doby. Wychodzi na to, że inspiracja jest niezbędna do życia nawet bardziej niż pizza, rower i kawa. A tu w Rudawach Janowickich można dostać jej solidny zastrzyk, a nawet końską dawkę.

Wszystko dzięki fenomenalnej synergii miejsca i wydarzenia. Osobno zarówno “zniknięte miasto” jak i spotkania z reporterami też mają swoją moc, ale dla żadnego z nich z osobna raczej nie spędziłbym w pociągu 7 godzin. Kiedy połączyć je w @miedziankafest, dzieje się magia i powstaje doświadczenie warte zachodu. Zresztą ten zachód, czyli kryterium “czasowo-drogowe”, to główny czynnik dodający festiwalom klimatu. Tworzą je przecież nie same wydarzenia, ale także ich uczestnicy. A im trudniej dostać się na miejsce, tym mniej trafi na nie osób przypadkowych zwabionych informacją, że coś fajnego się dzieje na mieście. Szczególnie, gdy to festiwal literacki w kraju, gdzie 2/3 mieszkańcow nie przeczytało w ubiegłym roku żadnej książki. Tym sposobem co krok poznaje się w Miedziance osoby nadające na podobnych falach. I dlatego z tego miejsca pozdrawiam wszystkich, z którymi stworzyłem na festiwalu jakieś więzi — zarówno te poważne jak i te krótkotrwałe.

Nie wiem jeszcze, co z tej dawki inspiracji wyniknie. Nie obudziłem się w namiocie z zimna nad ranem z gotowym pomysłem na projekt życia. Wciąż nie wyobrażam sobie pójścia w reportaż jako główne zajęcie przy aktualnych warunkach finansowych dla tej zabawy. Ale wiem już, że nie porzucę też pisania niekomercyjnego, około-dziennikarskiego, a spróbuję wejść głębiej w ten świat, poszukać w nim czegoś dla siebie. Dzięki ci Kupferbergu i do zobaczenia!

Zachęconym miejscem i wydarzeniem polecam w przyszłym roku śledzenie doniesień o kolejnym Miedzianka Fest, a zachęconym opisami śledzenie mnie na www.instagram.com/tamnicniema/.

Grzegorz Dzięgielewski

Written by

Podróże i Pisanie 》Place Branding i Storytelling ##### Mniej literek i więcej obrazków tu 》www.instagram.com/tamnicniema

Welcome to a place where words matter. On Medium, smart voices and original ideas take center stage - with no ads in sight. Watch
Follow all the topics you care about, and we’ll deliver the best stories for you to your homepage and inbox. Explore
Get unlimited access to the best stories on Medium — and support writers while you’re at it. Just $5/month. Upgrade