Produkcja zbyt wielu pożytecznych rzeczy prowadzi do wytworzenia zbyt wielu bezużytecznych ludzi… 

czyli Franzen na podstawie Krausa o tym jak Internet skurczył nas mentalnie.

Magister Żurek
Jan 18, 2014 · 27 min read

WSTĘPU SŁÓW STO TRZYDZIEŚCI OSIEM.

Zanim przystąpiłem do pisania, długo zastanawiałem się w jaki sposób zatytułować ten tekst. Kotłowały się w mojej głowie jakieś pseudo bełkotliwe alternatywne tytuły, seria krzykliwych bzdur znanych z większości wiodących serwisów internetowych. Z wielkim larum mogłem zacząć od tytułu “Zagłada 2.0", “Wirtualna Apokalipsa”, “Czy Facebook wyprasował nam korę mózgową?” albo ostatecznie “Homointernetus”. Szczególnie to ostatnie określenie, byłoby chwytliwe. Ostatecznie postawiłem na cytat jednego z autorów, których dotyczy poniższy artykuł.

Nie lubię blogerów, tego w jaki sposób piszą i o czym piszą. Nie odpowiem na pytanie dlaczego nie przepadam za całą tą branżą z przyklejoną łatką “dziennikarstwa obywatelskiego”. Każdy kto miał styczność z gremium nazwanym ”blogosferą” wie o czym mówię. Poza tym głupio byłoby pisać, o tych którzy w moim przekonaniu piszą miernie.

I taki wstęp idealnie wkomponowuje się w sedno tematu związanego z esejem Jonathana Franzena “Ostatnie dni człowieczeństwa”.


Stanowisko zajmują Franzen i Kraus.

Zdjęcie: Greg Martin.

Jonathan Franzen to amerykański pisarz i eseista, związany z “The New Yorker”, gdzie publikuje swoje teksty.

Urodził się w 1959 roku w Chicago jako syn inżyniera i gospodyni domowej. Jego rodzice mieli lekceważący stosunek do nauk humanistycznych. W pierwszym okresie swojego życia wykazywał żywe zainteresowanie naukami ścisłymi, pisywał science fiction. Następnie studiował literaturę na Freie Universität w Berlinie, pracował również w laboratorium sejsmologicznym. Nieudany mariaż z dziennikarstwem skwitował tym, iż był zbyt nieśmiały, aby zadawać pytania rozmówcom. Za swoją twórczość uhonorowany min. Stypendium Guggenheima w 1996 i American Academy's Berlin Prize w 2000 roku.

Nad powieścią “Korekty” pracował blisko siedem lat. Po jej wydaniu otrzymał szereg prestiżowych wyróżnień literackich łącznie z nagrodą National Book Award. Jest autorem doskonale przyjętej powieści “Wolność” z 2010 roku, dzięki której zagościł na okładce “Time”. Autor rzadko udziela wywiadów, dosyć sceptycznie wyraża się na temat blogowania. Swoje poglądy najczęściej przekazuje za pomocą esejów. Porusza w nich tematy upadku literatury, zdominowania świata przez banki i wielkie korporacje oraz polityki rządu Stanów Zjednoczonych. Jego teksty zostały wydane w dwóch zbiorach zatytułowanych “Farther Away” i “How to Be Alone”.

Karl Kraus był austriackim pisarzem i dziennikarzem żyjącym na przełomie XIX i XX wieku, znanym głównie ze swoich satyrycznych tekstów, esejów oraz olbrzymiej liczby aforyzmów, które po sobie pozostawił.

Urodził się w 1874 roku w zasymilowanej, zamożnej żydowskiej rodzinie, która opuściła czeski Jiczyn i przeniosła się w 1877 roku do Wiednia. W 1892 roku został studentem prawa Uniwersytetu Wiedeńskiego, studia zmienił dwa lata później na filozofię i literaturę niemiecką, ostatecznie przerwał je w 1896 roku. Można go określić jako jedną z wiodących postaci życia intelektualnego Wiednia u schyłku XIX wieku. Od 1899 roku redagował wpływowe pismo “Die Fackel”. Dzięki swojej finansowej niezależności, tworzył je zgodnie z własną, niezależną wizją — bez ustępstw na rzecz reklamodawców czy prenumeratorów. “Die Fackel” stało się jego prywatnym folwarkiem. Słynął z ciętych uwag krytyka pod adresem ówczesnej bohemy literackiej, swój atak na dramaturga Hermana Bahra poprzedził zdaniem: “Jeżeli zrozumie z tego eseju choć jedno zdanie, wszystko odszczekam.”


OSTATNIE DNI CZŁOWIECZEŃSTWA.

Karl Kraus w pierwszym akapicie swojego eseju “Heine und die Folgen” w charakterystyczny dla siebie sposób przedstawia problem formy i treści w sztuce:

Dwa rodzaje intelektualnego prostactwa: bezbronność wobec treści oraz bezbronność wobec formy. Jedna zna tylko materialną stronę sztuki. Jest pochodzenia germańskiego. Druga nawet najbardziej surowy materiał przeżywa w sposób artystyczny. Ta jest pochodzenia romańskiego. Dla jednej sztuka to narzędzie; dla drugiej życie to ozdoba. W którym z tych dwóch piekieł wolałby się smażyć artysta? Zapewne wolałby mimo wszystko żyć wśród Niemców. Wprawdzie rozciągnęli oni sztukę na składanym łożu prokrustowym handlu, ale życiu nadali powagę, a to jest błogosławieństwem — fantazja rozkwita i każdy człowiek może w pustych ramach okiennych postawić własne światło. Oszczędźcie mi pięknych wstążek! Oszczędźcie mi wyrafinowanego gustu, który i tam, i tam zachwyca oko i drażni wyobraźnię. Oszczędźcie mi melodii życia zakłócającej moją muzykę, która daje się słyszeć jedynie w zgiełku niemieckiego dnia roboczego. Oszczędźcie mi tego powszechnego wyższego poziomu wyrafinowania, z którego tak łatwo dostrzec, że paryski gazeciarz ma więcej wdzięku niż pruski wydawca”.

O co tu właściwie chodzi? Franzen w swoim eseju przenosi osąd Krausa na problemy świata współczesnego, uświadamia nam, że wspominana “melodia życia” ma nadal swoje odbicie w krajach, które można uznać za jej nosicieli. Wszyscy wiemy po co wyjeżdża się na wczasy do Hiszpanii, Francji czy Włoch: piękno, sam spacer ulicami Paryża, Rzymu czy Barcelony jest doświadczeniem estetycznym. Franzen stawia jednak zagwostkę: jak wytłumaczyć się z tego, że jedziesz do Niemiec? Jeśli nie masz konkretnego celu wyjazdu, wszyscy będą się dziwić, dlaczego jedziesz tam, a nie w miejsce “gdzie życie jest piękne”. Jadąc do Niemiec musisz mieć cel, wiedzieć co konkretnie na germańskiej ziemi chcesz zrobić. Jak pisze Franzen w Niemczech po dziś dzień prym wiedzie przede wszystkim treść, nie forma. Gdyby zastosować w tym przypadku pojęcie “bycia cool”, którego nie znał jeszcze Kraus, to mógłby on napisać dziś, że Niemcy nie są po prostu cool.

Franzen niesiony falą analogii, przenosi tezy Krausa, na przykład nam bardzo bliski, bo związany z nowoczesnymi technologiami: dychotomia Macintosh kontra PC. Autor stawia jedno, niemal fundamentalne pytanie, które jest od wielu lat przyczynkiem do sporu pomiędzy miłośnikami Apple, a użytkownikami Windowsa (nawet w tym zdaniu możemy dostrzec rozdźwięk między “miłośnikiem”, a “użytkownikiem”):

Czyż w produkcie firmy Apple najistotniejsze nie jest to, że jego właściciel staje się cool już tylko z powodu bycia jego właścicielem? Jeśli masz maca air, to nieważne, co na nim tworzysz. Obcowanie z eleganckim designem i oprogramowaniem to przyjemność sama w sobie — jak spacer po Paryżu. Jeśli z kolei pracujesz na topornym pececie, radość może ci sprawić jedynie jakość samej pracy.

Praca na Windowsie, to praca bez ozdobników, wyraziście widoczna jeszcze w czasach funkcjonowania DOS i pierwszych systemów Microsoftu opartych na “okienkach”.

W jaki sposób powiązać esej Krausa z wywodem na temat współczesnych komputerów? Franzen znajduje na to logiczną odpowiedź. Otóż, jedno ze zjawisk, które piętnuje Kraus w swoim eseju, to zaobserwowanie w Wiedniu przyozdabiania języka i kultury niemieckiej elementami napływowymi, importowanymi z języków i kultur romańskich. Zupełnie tak jak nowsze wersje Windowsów, które na potęgę starają się zapożyczać z systemów Apple. Konkluzja wynikająca z tej analogii jest dosyć przeraźliwa: otóż to kopiowanie mimo olbrzymich wysiłków, nie daje żadnej możliwości ukrycia swojej prawdziwej istoty (tzw. windowsowości), która nie jest cool. Pecety w pogoni za nowinkami spuścizny po Stevie Jobsie, dokonują zdrady dawnego piękna funkcjonalności. Nie dorównują Macom, a są nieatrakcyjne i z punktu widzenia użyteczności, i z punktu widzenia bycia cool. Tylko jak to się ma do ludzi? I czy w ogóle się ma?

Franzen aby odpowiedzieć na to pytanie przywołuje serię słynnych reklam Apple, gdzie występowało dwóch aktorów: personifikacje myśli Apple i Microsoftu. Mowa tutaj o spotach, które możemy obejrzeć pod tym adresem: Buy a Mac. Franzen pisze, że jeśli kiedykolwiek istniał cień szansy, że mógłby przerzucić się na Apple, to uporczywie emitowane reklamy giganta spod znaku jabłuszka, w których główną rolę zagrał Justin Long, dokumentnie tę szansę przekreśliły. Nieznośne zadowolenie z siebie Longa, w zestawieniu z żałosnością Windowsa, nagle wydaje się niesamowicie atrakcyjne dla Windowsa. Franzen opisuje to w ten sposób:

Kogo by zainteresowała powieść o Macu? I co można by było w niej napisać poza tym, że wszystko jest super hiper? Postać powieściowa musi mieć prawdziwe pragnienia. A w reklamach Apple pragnienia miał pecet grany przez Johna Hodgmana. Zabawne było to, jak próbował się bronić i udawać, że jest cool. A poza tym cierpiał niczym żywy człowiek. Dla porządku muszę dodać, że koncepcja bycia cool została tak bez reszty zawłaszczona przez nowe technologie, że trzeba jakiegoś dodatkowego wyrażenia, takiego jak “w porzo”, na określenie autorów tych internetowych wypowiedzi, którzy nadal uważają, że to Hodgman jest cool.

Konstrukcja “bycia cool” przewija się u Franzena kilkukrotnie. Autor sprowadza ją do czegoś co można by nazwać za marksistami “niespokojną naturą kapitalizmu”. Wydaje się, że jedną z najgorszych, zupełnie nie do okiełznania, cech Internetu jest wyzwalanie u każdego użytkownika pokusy ukazania się ludzkości jako elokwentnego światowca, który musi nieustannie zajmować stanowisko odnośnie tego co jest trendy. W przypadku kiedy nie zajmie tego stanowiska skazany jest na bycie passe, bycie niewspółczesnym, nierozumiejącym otaczającego go świata i jego praw.

Sam Kraus, jak się wydaje, wykazywał się obojętnością na popularność i bycie “na czasie”, natomiast pasjami uwielbiał zajmować stanowisko i miał niezwykle wyostrzoną uwagę na opinie innych. Swój czas poświęcał na wnikliwą analizę tekstów, które budziły w nim nienawiść, tylko po to, aby jakkolwiek kuriozalnie to brzmi — móc nienawidzić z pełną zasadnością . Nazywano go Wielkim Nienawistnikiem. Źródła potwierdzają jednak, że w życiu prywatnym był czuły i wspaniałomyślny, otoczony dużym gronem oddanych przyjaciół. Wrogowie pojawiali się, gdy wpadał w wir retoryki polemicznej, która była jego żywiołem. Chociaż sprawiał wrażenie elitarysty, nie uwłaczał masom czy kulturze niskich lotów. Kraus nie stawiał swoim skomplikowanym pisaniem barykady przed barbarzyńcami — zaporę intelektualną wznosił wobec świetnie wykształconym liderom świata kultury, silącym się na indywidualizm. Stał w opozycji wobec tych, którzy uchodzili za mądrych, a w mniemaniu Krausa, powinni mieć więcej rozumu.

Nie każcie mi delektować się malowniczym wzorem na skórce starej gorgonzoli miast spolegliwą monotonią białego sera! Życie jest ciężkostrawne i tu, i tam. Ale dieta romańska upiększa ruiny; połykamy haczyk i już po nas. Dieta niemiecka rujnuje piękno i stawia przed nami zadanie: jak też je odtworzymy? Kultur romańska z każdego robi poetę. Sztuka to w niej bułka z masłem. A Niebo — istne piekło.

Tak Kraus przymierza się do opisu ówczesnej mu Austrii. Wiedeń jako miasto niemieckojęzyczne, ale równocześnie jedna ze stolic imperium rzymskokatolickiego. Miasto, które propagowało i ubóstwiało ideę własnej wyjątkowości i uroku. Zdaniem Krausa była to tkanka hipokryzji oplatająca sprzeczności, które wkrótce miały okazać się katastrofalne w skutkach i które Kraus postanowił obnażać ostrzem swojej satyry. Chociaż cytowany fragment może stwarzać wrażenie napiętnowania kultury romańskiej, to prawdziwe zagrożenie Kraus widział właśnie w rodzimej Austrii, która szybko modernizowała się zachowując jednocześnie modele społeczno-polityczne z początku XIX wieku. Obsesyjnie śledził prasę, w której ruchach dostrzegał kamuflowanie rażących sprzeczności. Zarzucał jej skorumpowanie, powiązanie ze światem polityki, czerpanie zysków z I wojny światowej i podtrzymywanie czarujących wiedeńskich mitów. Kraus oskarżał ją jako współwinną wybuchu wojny, którą zresztą Austrii przepowiedział.

Jakie analogie związane z czasami współczesnymi odnajduje Franzen w krausowskiej Austrii? Pisarz stwierdza, że Stany Zjednoczone, a wraz z nimi świat początku XXI wieku to bardzo podobny, wyjątkowy przypadek. USA jawi się jako osłabione mocarstwo, snujące opowieści o własnej wyjątkowości, które niewidzialne siły spychają ku apokalipsie, czy to fiskalnej, czy epidemiologicznej, klimatyczno-środowiskowej, czy termojądrowej. Podziały lewicowo-prawicowe warunkują debaty o błahych problemach, zaś żaden z polityków nie wie jak w dobie globalizacji ma działać gospodarka. Franzen zaznacza, że pomimo tak ogromnych problemów, istotą naszego codziennego życia jest druzgocące rozproszenie uwagi. Nie jesteśmy w stanie zmierzyć się z prawdziwymi problemami: wydanie miliarda dolarów na wojnę (w tym udział w niej naszego państwa) nie rozwiązało problemu Iraku, który zresztą nie był prawdziwym problemem. W USA władze nie wiedzą jak poradzić sobie z systemem opieki zdrowotnej, w Polsce tak naprawdę nie mamy pojęcia jak zorganizować system emerytalny. Społeczeństwa się starzeją, napływają imigranci, odpływają emigranci, jesteśmy zdezorientowani w sprawie dalszego funkcjonowania Unii Europejskiej. Co robimy wobec realnych problemów? W idealnej zgodzie oddajemy się we władzę cool nowych mediów i technologii. Wspieramy finansowo ogromne technologiczne korporacje Jobsa, Zuckerberga i Bezosa. Dzisiejszy świat mocno przypomina Wiedeń z 1910 roku, z tą różnicą, że zamiast galopującego rynku gazet mamy technologię cyfrową, a zamiast wiedeńskiego czaru, żyjemy pod dyktat amerykańskiego wzorca bycia cool.

Kraus już na początku XX wieku zauważył rażącą rozbieżność pomiędzy postępem technologicznym, a moralno-duchowym. Po wieku najbardziej dynamicznego rozwoju w dziejach ludzkości, przełomowych odkryciach naukowych, które wydawały się kiedyś nie do pomyślenia, dziś stoimy tuż za progiem XXI wieku. Jaki jest ten świat? Franzen z charakterystyczną dla siebie ironią pisze:

(…) dzisiaj mamy nagrywane smartfonami filmy w HD pokazujące kolesi, którzy wrzucają mentosy do butelek z Pepsi Light i ryczą: “Wow!” Technowizjonerzy z lat 90. obiecywali, że Internet sprowadzi na świat pokój, miłość i wzajemne zrozumienie. Szefowie Twittera do dziś trąbią na utopijną nutę, przypisując sobie zasługę za wywołanie arabskiej wiosny. Kiedy się ich słucha, można odnieść wrażenie, że to niemożliwe, by Europa Wschodnia uwolniła się od Sowietów bez dobrodziejstwa komórek albo by garstka purytanów zbuntowała się przeciwko Anglikom i stworzyła konstytucję USA bez pamięci 4GB.

Franzen, zapomniał o kilku innych osiągnięciach Internetu, w walce o rozwój duchowo-moralno-intelektualny społeczeństwa. Nie wspomniał o szerokiej publice filmów z kotami, o memach, które wprowadzają do głów najczęściej szlam kserowany z urywków większych publikacji. Powoli zanika kultura słowa pisanego, wraca do łask starożytne pismo obrazkowe. Komunikat obwarowany wizją ma nieporównywalnie większą siłę przebicia niż sam tekst. Rozwijamy się, jednocześnie robiąc milowe kroki wstecz. Dostajemy setki tysięcy informacji na minutę, których nie jesteśmy w stanie w żaden sposób przeanalizować.

Jan Jakub Kolski

W tym momencie przypomina mi się szczera do bólu wypowiedź Jana Jakuba Kolskiego, który w rozmowie z dziennikarzem podczas, której padł zarzut, że treść jednej z jego książek może być szokująca, odpowiedział:

Pan… proszę powiedzieć, Pan chyba żartuje. Pan wie ile jest portali pornograficznych? Pan wie jak łatwo jest do nich dotrzeć? Pan wie, że psychologowie, psychoterapeuci na całym świecie, mają teraz problem z leczeniem uzależnienia od pornografii dzieci 8-, 10-letnich? Ja traktuję to jako żart. Czym ja się mogę mierzyć, czym pochodzącym z tej książki, ja się mogę mierzyć z dostępnością obrzydliwych, niemoralnych rzeczy? One są w zasięgu ręki: kliknie Pan i ma Pan śmierć — strzelają w głowę komuś, nie na niby — naprawdę. Kliknie Pan i ma Pan rozkładające się ciało. Kliknie Pan i lew pożera człowieka na oczach jego rodziny. To nie są metafory, to się dzieje naprawdę. Kliknie Pan i ma Pan faceta 50-letniego, który spółkuje z 16-latką. No wszystko to ma Pan na kliknięcie. A jak Pan jest szybki, tak jak teraz ta młodzież czy dzieci nawet, to ma Pan tych informacji od świata o jego czerni, o jego smolistości, ma Pan ileś na sekundę.

To bezlitosny opis tego jak szybko doszliśmy do momentu, w którym Internet stał się przepustką do wielkiej bazy tego co niszczące dla człowieka. Tak jak mówi Kolski, to już nie jest przestrzeń metaforyczna, znana z książek. Oto dzisiejsza rzeczywistość, która pozwala dotknąć najniższych instynktów nie wychodząc z domu, siedząc z kubkiem herbaty w ręku w piątkowy wieczór. Stopniowo przesuwa się granica tego co uznajemy za niepoprawne, niemoralne, ostatecznie złe.

Franzen dalej pisze tak:

Dziś do znudzenia powtarza się nam, że “rozwoju nowych technologii nie da się powstrzymać”. Oddolny opór wobec tych technologii wynika prawie wyłącznie z pobudek związanych ze zdrowiem i bezpieczeństwem. A tymczasem rozmaite logiki — wojny, technologii czy rynku — wciąż samoistnie się rozwijają. Żyjemy w świecie bomb wodorowych, ponieważ, jakby przyszło co do czego, bomby uranowe nie załatwiłyby sprawy. Większość czasu na jawie spędzamy na pisaniu i wysyłaniu SMS-ów, e-maili, tweetów i postów na gadżetach z kolorowymi ekranami. Tylko dlatego, że według prawa Moore’a — głoszącego, że moc obliczeniowa komputerów podwaja się co 24 miesiące — to jest możliwe. Wmawia się nam, że aby utrzymać konkurencyjność, musimy dać sobie spokój z naukami humanistycznymi, wpoić dzieciom pasję do technologii cyfrowej i przygotować je na to, że przez całe życie będą się nieustannie dokształcać, żeby nadążyć za jej rozwojem.

Co z tymi, którzy opierają się technologicznemu snowi o idylli nowego świata? Franzen szereg zarzutów pod swoim adresem odpiera w dosyć logiczny sposób:

Nie jestem protestującym wobec technologii luddystą. Co więcej, nie dałbym nawet głowy, że pierwsi luddyści byli luddystami. Zdemolowanie krosien parowych, przez które w początkach XIX wieku tracili pracę, uznali po prostu za praktyczne rozwiązanie problemu. Codziennie od rana do wieczora używam komputera i mnóstwa innych wynalazków. Ale gdy niedawno mnie poniosło i publicznie nazwałem serwis Twitter “głupim”, uzależnieni użytkownicy Twittera nazwali mnie luddystą. No proszę was. Przecież równie dobrze mogłem powiedzieć, że palenie papierosów jest “głupie”, z tym, że na poparcie nie miałem dowodów medycznych.

Kraus pisze, że kult nauki zapewnia nam gwarancję hermetycznej izolacji od czegokolwiek spoza świata widzialnego. To co, samo siebie nazywa światem, ponieważ jest w stanie zwiedzić się w ciągu 50 dni, kończy się tam gdzie arytmetyka. Mierząc się z pytaniem: “Co dalej?”, wciąż ma w sobie tyle pewności siebie, aby uwzględniać wszystko co jego zdaniem nie ma sensu. Kraus pisze:

Jeśli dwa razy dwa naprawdę daje cztery, jak mówią, to dzięki temu, że Goethe napisał wiersz “Meeresstille”. Dziś ludzie znają wynik działania dwa razy dwa tak dokładnie, że za sto lat nie będą umieli tego działania wykonać. Na świecie pojawiło się coś co, wcześniej nie istniało — piekielna machina ludzkości.

“Piekielna machina ludzkości” ma, także inny wymiar — wytworzenie się kolektywnego mózgu. Przykładem działania takiego kolektywnego mózgu był mecz szachowy Garri Kasparowa z “całym światem”z 1999 roku. W spotkaniu online, wzięło udział ponad 50 tysięcy ludzi z 75 krajów świata. Znaczącą rolę w ekipie “reszty świata” odegrała wschodząca gwiazda szachów, Amerykanka Irina Krush, ale jak sama przyznała jeden z ważniejszych ruchów podpowiedziała nie ona, ale gracz notowany znacznie niżej w rankingach światowych. Kasparow wygrał ostatecznie, ale dopiero po 62 ruchach. Mózg kolektywny zadziałał lepiej niż pojedynczy.

John Searle

Ludzki mózg nie jest jednak tylko nadzwyczaj sprawnym procesorem. Tłumaczy to John Searle, który przeprowadził swego czasu słynny eksperyment nazywany “chińskim pokojem”. Wyobraźmy sobie, że zamknięto nas w sterowni, w której na ekranie pojawiają się napisy po chińsku. Mamy przed sobą wielką chińską klawiaturę i instrukcję tłumaczącą, że każdej serii znaków pojawiających się na ekranie odpowiada seria, którą w odpowiedzi należy wstukać w klawiaturę. Jesteśmy więc procesorem maszyny obliczeniowej, która w zasadzie może wykonać dowolne działania. Tyle, że nic z nich nie wiemy, nie rozumiemy tak naprawdę tego co właśnie zrobiliśmy. Możemy oczywiście być trybikiem maszyny obliczającej, ale na co dzień lepiej bądź gorzej rozumiemy nasze działania. Wniosek jaki płynie z tego eksperymentu jest prosty: umysł nie jest tylko i wyłącznie sprawnym procesorem, a sztuczna inteligencja nie może równać się prawdziwej, nie działa tylko i wyłącznie na zasadzie jaką znamy z pracy komputera.

Franzen zauważa ponownie, że krytykę jakiej poddał prasę na początku XX wieku Kraus, z powodzeniem można przenieść na dzisiejszą technokonsumpcję. Według Krausa hipokryzja gazet polegała na łączeniu ideałów oświeceniowych z nieustanną pogonią za zyskiem i władzą. Nasza rzeczywistość wykorzystuje humanistyczną retorykę “inspiracji”, “kreatywności”, “wolności” oraz “komunikacji” i “demokracji” do wspierania monopolu technokratów. Nowa piekielna machina liczy się, jak zauważa Franzen, jedynie z własną logika rozwoju. Staje się również bardziej zniewalająca i uzależniająca, niż wszystko co było przed nią. Znacznie bardziej schlebia najgorszym ludzkim instynktom, niż kiedykolwiek wcześniej.

Gniew jest motorem napędowym działań, bo wyraża niezgodę na otaczający świat, proponuje nowe rozdanie. Kraus pomimo, że był dzieckiem z zamożnej rodziny swój gniew odnalazł w poczuciu jednostkowości oraz w uporczywym dekamuflażu otaczającego go fałszu. Franzen o historii swojego gniewu opowiada tak:

Byłem białym heteroseksualnym Amerykaninem, który miał sprawdzonych przyjaciół i cieszył się zdrowiem. Pomimo uprzywilejowania stałem się jednak osobą niezwykle gniewną. Gniew spadł na mnie tak blisko dnia, w którym zakochałem się w pisarstwie Krausa, że te dwa zdarzenia są w moim umyśle nierozłączne. Nie byłem z natury skory to tego gniewu. Wręcz przeciwnie. Może to zabrzmi jak przesada, ale raczej nie pomylę się, mówiąc, że do 22. roku życia nie miałem pojęcia o gniewie. Jako nastolatkowi zdarzały mi się chwile posępności i buntu, ale mój konflikt z ojcem, podobnie jak Krausa, ograniczył się do minimum. Prawdziwy gniew, gniew jako sposób życia, był mi obcy aż do pewnego popołudnia w kwietniu 1982 roku. Stałem wtedy na pustym peronie dworca w Hanowerze. Wyjąłem z kieszeni niemieckie monety i rzucałem je na peron. Był w tym element wrogości wobec Niemców, ponieważ niedużo wcześniej wydarzył mi się okropny epizod z udziałem pewnej skąpej starej Niemki. Sprawiało mi to satysfakcję wyobrażanie sobie, jak inne stare skąpe Niemki schylają się, by pozbierać monety — a wiedziałem, że się od tego nie powstrzymają — przez co nasilą im się bóle w kolanach i stawach biodrowych. Ale to ciskanie monet miało w sobie coś gniewnego w sensie bardziej ogólnym. Byłem zły na świat jak nigdy wcześniej. Bezpośrednim powodem złości było to, że w Monachium nie udało mi się przespać z niewiarygodnie śliczną dziewczyną, chociaż tak naprawdę trudno jest mówić, że się nie udało, gdyż była to świadoma decyzja. Kilka godzin później na peronie w Hanowerze rzucaniem monet zaznaczyłem wejście w zapoczątkowane tą decyzją nowe życie. Potem wsiadłem do pociągu i wróciłem do Berlina, gdzie przebywałem jako stypendysta Fullbrighta, i zapisałem się na zajęcia poświęcone Karlowi Krausowi.

Kraus odmienił życie Franzena. Rozpoczął się czas jego wolty przeciwko trywialności przekazywanych przez media informacji, przeciwko niechlujstwu w korekcie tekstów największych redakcji USA. Franzen gazetę “Globe” nazwał swego czasu “gównianą”. Dziś pisze, że nienawiść wobec mediów, ale także Bostonu, bostońskich kierowców, kolegów z laboratorium, tamtejszych komputerów, własnej rodziny, Ronalda Reagana, Georga Busha, specjalistów od teorii literatury, autorów modnej w pewnym okresie prozy minimalistycznej i mężów, którzy rozwodzili się z żonami, minęła. Zaznacza, że owej nienawiści nie wystarczyło również, na zrobienie z niego drugiego Krausa. Powodów tego upatruje w różnicy pomiędzy tym w jaki sposób tworzy i co jest tego efektem finalnym. Inaczej rozkładają się kontakty z publicznością w przypadku powieściopisarza i satyryka. Kiedy satyrycy zdobywają popularność, oznacza to mniej więcej, że odbiorcy ich nie rozumieją. Kraus nie posiadał publiki, którą mógłby szanować, więc nie musiał powściągać swojego gniewu — przy biurku mógł uprawiać nienawiść, a po odłożeniu pióra spokojnie wracać do miłego życia wśród przyjaciół. Kiedy powieściopisarz zdobywa choćby niewielką publiczność, nawiązuje się między nim, a czytelnikami innego rodzaju więź — oparta na zrozumieniu, nie zaś na niezrozumieniu. Podtrzymywanie w sobie gniewu wobec takiej relacji wydaje się dla Franzena po prostu nieuczciwe, z charakterystyczną sobie szczerością wyznaje:

(…) kiedy do władzy doszedł Internet i zaczęło się rozpowszechnianie informacji o wiarygodności dorównującej ich cenie, poczułem tak wielką wdzięczność wobec gazet pokroju “Globe’a”, że jeszcze istnieją i nadal płacą w miarę odpowiedzialnym reporterom za ich pracę, że zupełnie przeszła mi chęć ich niszczenia.

Franzen w latach 90. przeniósł swoje przekłady z Krausa do archiwum, uznając że “wyrósł z niego” — wydawał mu się pisarzem dla młodych gniewnych, a nie dla autorów powieści. Materiały związane z austriackim satyrykiem ponownie umiejscowił w pracowni, ze względu na poczucie, że problem apokalipsy znów wysuwa się na pierwszy plan.

O Jeffie Bezosie pisze tak:

(…) Jeff Bezos nie jest może antychrystem, ale zdecydowanie można go porównać do jednego z jeźdźców apokalipsy. Pragnieniem firmy Amazon.com jest świat, w którym książki są wydawane albo własnym sumptem przez autora, albo przez firmę Amazon. W którym czytelnicy dokonują wyboru książek na podstawie recenzji Amazona, a autorzy sami odpowiadają za promocję swoich utworów.

Dla Franzena taki sposób kreowania twórczości jest idealny dla ludzi, którzy lubią gadać, żeby gadać, ćwierkać o sobie na Twitterze i chwalić się ile wlezie oraz dla tych, których stać na płacenie komuś za produkowanie pięciogwiazdkowych recenzji. Z ust amerykańskiego pisarza padają kolejne niewygodne pytania:

A co stanie się z tymi, którzy zostali pisarzami właśnie dlatego, że gadaninę, tweetowanie i samochwalstwo uznali za nieznośnie płytkie formy interakcji społecznej? Co z tymi, którzy marzą o autentycznym, głębokim porozumieniu jednostki z jednostką, w ciszy i trwałości słowa drukowanego, których ukształtowała miłość do pisarzy tworzących w czasach, kiedy publikacja gwarantowała wciąż pewien poziom kontroli jakości, a reputacji literackich nie ustalało się na podstawie autopromocyjnych decybeli?

Według Franzena Amazon jest na dobrej drodze, żeby zrobić z pisarzy takich samych pracowników, jakich zatrudnia w swoich magazynach: ludzi, którzy pracują coraz ciężej za coraz mniej, bez pewności stałego zatrudnienia, ponieważ Amazon umieszcza swoje magazyny w rejonach o dużym bezrobociu, gdzie nie ma innych pracodawców. Dochodzi do wniosku, że gdy człowiek zarabia niedużo, chce rozrywki za darmo, zaś kiedy ciężko mu się żyje, pragnie natychmiastowej gratyfikacji. Spirala nakręca się samoistnie. Ginie papierowa książka, odchodzą odpowiedzialni recenzenci, znikają małe niezależne księgarnie. Franzen z cierpkim humorem pisze, że wygląda to jak apokalipsa tylko pod jednym warunkiem: że nasi przyjaciele i znajomi to pisarze, wydawcy i księgarze. Zaznacza przy tym, że cała gra z internetowym rynkiem wydawniczym nie kończy się tu i teraz, a sytuacja sama w sobie jest rozwojowa. Jakie mogą być jej potencjalne scenariusze? Franzen dostrzega realną możliwość wystąpienia korupcji na olbrzymią skalę, która spowoduje, że czytelnicy będą domagać się powrotu zawodowych recenzentów (już dziś podobno jedna trzecia wszystkich recenzji produktów w sieci, to ugadane i opłacone fałszywki). Być może konsumenci dostrzegą do jakiej ekonomicznej korozji przyczyniają się molochy takie jak Amazon, a moda na Twittera przejdzie niczym moda na palenie papierosów. Dla Franzena najnowsze modele zarabiania pieniędzy wykorzystywane przez Facebooka i Twittera wydają się być “połączeniem piramidy finansowej z myśleniem życzeniowym i odstręczającą inwigilacją”. Stanowisko Franzena, który sam jest pisarzem i obserwuje rynek literacki od środka, wydaje się być naturalną próbą obrony własnych interesów i niezależności. Pomimo działalności takich gigantów jak Amazon, w Stanach nieśmiało na popularności zyskują jednak niewielkie, rodzime księgarnie. Być może jest to jakiś zaczątek kontestacji porządku, w którym za kolportaż kultury odpowiedzialne są wielkie korporacje. Czas pokaże.

Esej Franzena skupia się w pewnej mierze na cesze charakterystycznej dla naszych czasów — podejściu, o którym autor pisze wprost: “konsekwencje mamy gdzieś, chcemy kupować dużo i tanio z dostawą w 24h”. Wydaje się, że taki osąd jest rzeczywiście uzasadniony, staje się “logiczną konsekwencją konsumeryzmu”. Syndrom natychmiastowej gratyfikacji wymyka się spod jakiejkolwiek kontroli. Pragniesz czegoś, więc dostajesz to z miejsca, maksymalnie w ciągu dwóch dni roboczych. Reklama filmu to krótki bodziec, natychmiast można go ściągnąć z sieci, zamówić na odpowiedniej platformie. Pyk! Siedzisz i oglądasz. Nie musisz wychodzić do kina, czekać w kolejce, przepychać się w przejściu z ludźmi, których nie znasz. Ta konstrukcja przestaje się jednak odnosić tylko do sfery zakupów. Nasz świat staje się powoli światem dzieci, nie dorosłych. Dziecko nie może czekać, musi dostać to czego oczekuje w danym momencie. Franzen zauważa, że “niedługo zmuszeni do czekania na cokolwiek zaczniemy płakać jak noworodki”. Portale społecznościowe stają się swoistym tłumem, w którym możemy skomunikować się z każdym człowiekiem bez konieczności fizycznego spotkania — daje to poczucie przynależności i pewien komfort bezpieczeństwa. Nie musimy obawiać się tego, że sytuacja nas zaskoczy, wymknie się spod kontroli — zdystansowany kontakt pozwala uniknąć błędów, ośmieszenia, niezrozumienia. Wszystko jest dokładnie zaplanowane. Franzen formułuje jedną z najtwardszych charakterystyk social media jakie czytałem. Mówi:

Twitter i Facebook przypominają mi ósmą klasę szkoły podstawowej, gdzie nikt nie chce być sam. Twoje poczucie wartości jest związane z tym, że musisz być nieustannie otoczony innymi ósmoklasistami. Poza tłumem jesteś nikim. Ale nie można całego życia spędzić w podstawówce. Do wytworzenia oryginalnego stylu, świeżej refleksji potrzebna jest samotność. Jeżeli nie możesz wytrzymać jednego dnia bez sprawdzenia, ile osób zajrzało na twoją stronę, jakie masz szanse na stanie się oryginalnym? Czeka cię miejsce w masie ludzi skrojonych według tego samego szablony, powtarzalnych i przewidywalnych.

Gorzka refleksja, bardzo dobitnie oddająca sedno sprawy. Już dawno ukuło się powiedzenie, że “jeśli nie masz Facebooka to nie żyjesz”. Patrząc na sprawę trzeźwym okiem, nie żyjesz już w tym momencie, gdy Facebook zaczyna dyktować twój plan dnia, twoją rekcję na trudności życiowe.

To czy próbujemy przeanalizować w spokoju przeszkody jakie napotykają nas w życiu, czy po raz kolejny bezceremonialnie wrzucamy na Facebooka opis frustrującej sytuacji z całą gamą cytatów ściętych z książek o dużo głębszej wymowie, mówi wystarczająco dużo o naszej kondycji psychointelektualnej i czymś dużo ważniejszym od IQ — o inteligencji emocjonalnej. Czy naprawdę potrzebne nam są współczujące lajki, i czy osławiony znicz [*] przekazuje cokolwiek istotnego? Zaczynamy żyć w świecie szczątkowych informacji na każdy temat, z których suma sumarum nie pamiętamy absolutnie nic. To trochę paranoja jak na sieć, która jest wspaniałym zbiorem wiedzy.

Franzen pisze o apokalipsie, niekoniecznie jako o fizycznym końcu świata. W dramacie Krausa zatytułowanym “Die letzten Tage der Menschheit” autor odnotowuje zbrodnie przeciwko prawdzie i językowi. Franzen podobnie jak Kraus mówi nie tylko o zniszczeniu fizycznym. Przymiotniki takie jak “odczłowieczony” czy “zdehumanizowany” nie oznaczają wszakże “niezamieszkały przez ludzi”. W Austrii opisywanej przez Krausa, I wojna światowa wyznaczyła kres człowieczeństwa nie dlatego, że nie przeżył jej żaden Austriak. Kraus był przerażony rzezią wojenną, ale postrzegał ją jako skutek, nie przyczynę utraty człowieczeństwa przez tych, którzy ją przeżyli.

Franzen musi się jednak ostatecznie zgodzić z tym, że pojęcie człowieczeństwa jest uzależnione moralnie. Autor dokonując podsumowania zauważa:

Czy mi się to podoba, czy nie, świat tworzony przez piekielną machinę technokonsumpcji to wciąż świat tworzony przez człowieka. Mam wrażenie, że teraz, kiedy pisze ten tekst, mniej więcej połowa reklam w telewizji pokazuje ludzi pochylonych nad smartfonami. W jednej, wyjątkowo obrzydliwej (a może wyjątkowo udanej), wszyscy dwudziestokilkuletni goście na weselu zajmują się tym samym — robieniem zdjęć smartfonami i przesyłaniem ich sobie nawzajem. Opisanie tego ponurego widowiska językiem apokalipsy, jako odczłowieczenia przyjęcia weselnego, oznaczałoby propagowanie pewnej konkretnej moralnej koncepcji człowieczeństwa.

Jak dokonać syntezy myśl Krausa przedkładanej dziś przez Franzena? Dla autora “Ostatnich dni człowieczeństwa” Kraus był pierwszym wspaniałym pisarzem doświadczającym w całej okazałości, tego jak współczesność, która opiera się na stale rosnącym tempie zmian, sama w sobie stwarza warunki indywidualnej apokalipsy. Franzen zauważa, że Kraus zwrócił jako jeden z pierwszych uwagę na pewną stałą cechę współczesności: doświadczenie każdego kolejnego pokolenia jest tak wyraziście odmienne od doświadczeń poprzedniego, że zawsze będą istnieć jednostki, którym będzie wydawało się, że więź z najważniejszymi wartościami przeszłości została bezpowrotnie utracona. Naturalną koleją rzeczy jest to, że dopóki trwa współczesność, zawsze ktoś będzie postrzegał wszystkie dni jako ostatnie dni człowieczeństwa. Znajdujemy się, więc w pewnego rodzaju błędnym kole, z którego nie będziemy już w stanie się najprawdopodobniej wydostać, a “zaleczenie” tego stanu rzeczy, będzie coraz trudniejsze wobec tak dynamicznych zmian, jakie odczuwamy obecnie.

Franzen dokonuje też dosyć ostrego rozliczenia z dominacją, czegoś co nazwałbym “love you — silnia ze stu”. Temat okazywania uczuć w świecie technokratycznego rozwoju porusza w swoim znakomitym eseju “I Just Called to Say I Love You”.

Franzen jest zniesmaczony tym jak w dzisiejszych czasach oddajemy prywatność, jak obnosimy się uczuciami i jak ostatecznie się do nich odnosimy. I czy uczucia wykrzykiwane setkom znajomych na Facebooku, to jeszcze coś co zawiera w sobie głębszy pierwiastek więzi z człowiekiem, którego rzekomo kochamy?

Jest jeden dzień w roku, kiedy eksplozja miłości przyprawia o silne odruchy wymiotne, niezależnie tego czy jest się szczęśliwie zakochanym czy wiedzie się samotne życie. To Walentynki. Komercyjne, sztuczne święto,w którym zalewa nas fala produktów z serduszkami, słodszych niż zwykle czekoladek, pluszowych misiów, setek róż, ozdobnych wystaw sklepowych oraz dziwnych, często głupich imprez nie mających żadnego związku z jakąkolwiek miłością. Tu już od dawna nie chodzi o ubóstwianie wspaniałego uczucia jakim jest miłość do drugiego człowieka: chodzi o pieniądz, chodzi o durną kolację w restauracji, gdzie siedzisz w towarzystwie siedmiu innych par, które wpadły na ten sam durny plan, który z kolei wylansował jakiś idiota. Groteska. Groteska utworzona na kanwie jednej z najważniejszej cnót większości religii świata.

Franzen pisze, że kiedy w autobusie słyszy wyznania typu “I Love You!” wykrzykiwane z dwóch stron, ma te wyjątkowe momenty, gdy chciałby się przenieść z całym padołem do Chin, by nie rozumieć języka. Autobusy, kawiarnie, podrzędne knajpy, biura w wysokich wieżowcach, siłownie, a wszędzie piskliwy ton publicznych wyznań “I Love You!” Nie ma nic gorszego jak wyznać po raz enty swoją miłość w miejscu publicznym: Franzen otwarcie przyznaje, że ma wtedy ochotę krzyczeć. Mniej opresyjne, a z pewnością mniej kompromitujące i budzące mniejsze zażenowanie wydaje się mu wypowiedzenie słów “Pierdol się kutasie!” w przestrzeni publicznej, niż ujawnianie tak delikatnej i prywatnej sprawy jaką jest wyznanie miłości. To jest wszędzie: w sklepie GAP, kiedy pisarz kupuje skarpetki, słyszy zza pleców gromkie “Kocham Cię!” wykrzykiwane do telefonu grubości żyletki. Franzen uważa, że takie zmanierowane, automatyczne rozmowy, przy użyciu dostępnej technologii nie mają z miłością nic wspólnego i prowadzą jedynie do dewaluacji tego pojęcia. Źródeł tego stanu rzeczy, doszukuje się nawet w przeszłości: Amerykanie wychowano, w obliczu wojen i poczucia przewodnictwa nad światem, na ludzi chłodnych, którzy dziś próbują udowodnić sobie, że nie jest tak. Miłosne zaklęcia są powtarzane na każdym kroku, bo ludzie chcą w nie uwierzyć, a znana maksyma jednego z największych dyktatorów w historii świata mówi, że “kłamstwo powtarzane wielokrotnie staje się prawdą”. Franzen sam przyznaje, że miłość to bardzo intymny temat, a jej wyznanie należy do odpowiedzialnych w pełni świadomych rozmów— tylko w ten sposób możemy uniknąć w swoim życiu zdewaluowania się uczuć, ich kastracji prowadzącej w prostej linii do zobojętnienia. Autor przywołuje w swoim eseju stosunki jakie łączyły jego matkę i ojca: matka narzekała, że jej mąż, nigdy nie wyznawał jej miłości, że stanowił typ zdystansowanego i powściągliwego mężczyzny, w niczym nieprzypominającego dzisiejszych nazbyt czułych i opiekuńczych partnerów. Na związek rodziców syn zaczął spoglądać inaczej w momencie kiedy odkrył list ojca adresowany do matki w 1944 roku, po tym jak napisała mu kartkę w dniu walentynek. Pisze o tym w następujący sposób:

Moi rodzice poznali się 2 lata po Pearl Harbor, jesienią 1943, w ciągu kilku miesięcy wymieniali pocztówki i listy. Mój ojciec pracował dla Great Northern Railway, a co za tym idzie często był w podróży, w małych miasteczkach, przeprowadzając inspekcje bądź naprawiając mosty, podczas gdy moja matka pozostawała w Minneapolis, gdzie pracowała jako recepcjonistka. Spośród listów od niego do niej, najstarszy jest z Walentynek w 1944 roku. Ojciec znajdował się wtedy w Fairview w Montanie, matka wysłała mu walentynkową kartkę, w stylu wszystkich z roku poprzedzającego zawarcie przez nich małżeństwa: słodko narysowane dzieci bądź niemowlaki, zwierzęta wyrażające ogromne uczucia. Przód jej kartki (którą mój ojciec również zachował) przedstawia dziewczynkę w warkoczykach oraz rumieniącego się chłopca, znajdujących się obok siebie z wstydliwie odwróconym wzrokiem oraz rękoma wstydliwie schowanymi za plecami.

Chciałabym być małą skałą
Bo gdy podrosnę
Być może odnajdę dzień
W którym byłam małym głazem

Wewnątrz kartki znajduje się ten sam obrazek dwójki dzieci, ale trzymających się teraz za ręce, z podpisem mojej mamy „Irene” na stopie dziewczynki. Kolejne wersy brzmiały:

A wtedy mogłabym naprawdę bardzo pomóc
To na pewno by mi pasowało
Byłabym wystarczająco głazem by móc powiedzieć
„Proszę zostań moją walentynką”

Listowna odpowiedź mojego ojca była nadana z Fairview, Montana, 14 lutego,
wtorek wieczór.
Droga Irene,
Przepraszam, że rozczarowałem Cię w Walentynki. Pamiętałem, ale nie byłem zdolny , by dostać coś na tę okazję w aptece, czułem się trochę głupio pytając w sklepie spożywczym albo w sklepie z narzędziami. Jestem pewien, że słyszeli tutaj o Walentynkach. Twoja kartka idealnie wpasowuje się w sytuację tutaj, ale nie jestem pewien, czy zrobiłaś to specjalnie, czy to tylko przypadek, ale zgaduję, że wspominałem Ci o problemach ze skałami. Dziś zabrakło nam kamieni, więc naprawdę proszę o małe skały, duże skały bądź jakiekolwiek skały, ponieważ nie możemy zrobić tutaj nic, póki ich nie dostaniemy. Dzisiaj zrobiłem sobie wędrówkę, do mostu który jest przedmiotem naszej pracy, ot tak by zabić czas i choć trochę się poruszać. Było to około 4 mil, wystarczająco daleko przy tak intensywnym wietrze. Prawdopodobnie w godzinach porannych dotrze do nas transport nowych skał, więc jak na razie jestem zmuszony siedzieć tutaj i rozmyślać/filozofować. Nie wydaje się to słuszne, że zarabiam na spędzaniu dnia w ten sposób. Jedyną możliwością spędzenia dnia tutaj jest siedzenie w lobby hotelu i branie udziału w małomiasteczkowych plotkach, pośród umieszczonych tu starych zegarów które czynią to miejsce nawiedzonym. Powinnaś mieć z tego uciechę, gdyż można zaobserwować szeroki przekrój poziomu życia reprezentowanego tutaj – dla przykładu pijalny lokalny lekarz. A na koniec prawdopodobnie najbardziej interesujące: słyszałem, że on uczył na Uniwersytecie N.D., wydaje się być naprawdę inteligentnym człowiekiem, nawet gdy jest pijany. Zwykle rozmowa jest dość szorstka, jak Steinbeck musi trzymać się pewnego wzoru, ale tego wieczoru przyszła tu kobieta, która zabrała go prosto do domu. To wszystko uświadamia mi, w jaki sposób my miastowi żyjemy. Dorastałem w małym miasteczku i czuję się tu trochę jak w domu, ale teraz widzę wszystko w zupełnie inny sposób. Pewnie usłyszysz o tym więcej.
Mam nadzieję wrócić do St. Paul w sobotę w nocy, ale jak na razie nie mogę być tego pewien. Zadzwonię, gdy dowiem się więcej.
Z całą moją miłością
Earl

Franzen uznał, że ten prosty list posiada większą wartość niż setki “I Love You” wykrzykiwanych do różnych technologicznych gadżetów. Rzeczywiście jest w tej prozaicznej na pierwszy rzut oka korespondencji coś, co przykuwa uwagę: pewna wzajemna troska odarta z wielkich słów, stwarza to wrażenie czegoś nad wyraz ludzkiego, przyziemnego, zupełnie nieadekwatnego do tego co obserwujemy obecnie na różnej maści portalach społecznościowych. Może to intymność wyznania, świadomość że to list adresowany do konkretnej osoby, jedynego człowieka, który ma prawo go przeczytać, a potem zachować bądź spalić. Nikt, przy tej formie, nie skomentuje treści w odrażający sposób, nikt temu słodko nie przyklaśnie, nikt tego ostatecznie nie polubi zwracając w ten sposób swoją atencję na czyjeś uczucia. To czysta niescedowana prywatność, której dziś coraz częściej się chyba boimy. Bo jakkolwiek idiotycznie to nie zabrzmi: prywatność nie jest za grosz medialna. Świat “trendy” ujawnia liczbę kochanek, pokazuje zdjęcia ze spraw rozwodowych, wchodzi bezceremonialnie do sypialni, przy czym nikt z zainteresowanych nie wyraża już zdumienia ani pogardy wobec tego typu praktyk.

Dziś okazywanie uczuć na platformach społecznościowych polega na przeklejaniu różnorakich piosenek, zrywków ich tekstu na tablice Facebooka. Tylko co mówi o nas świat, w którym sami nie potrafimy wyrazić tego co czujemy, posiłkując się w 90% wytworami kultury? Przyjmujemy za pewnik opisy uczuć z utworów muzycznych, masowo kopiowanych fragmentów wierszy i książek. W sieci roi się od profili udostępniających setki takich nic nie znaczących wycinków, pod którymi gremialnie komentujemy. Paradoksalnie sztuka oddziałuje na nas jeszcze mocniej, bo sami nie potrafimy określić własnych uczuć — zgodnie z dewizą “dostawa w 24h” czytamy, kopiujemy i mamy to z głowy. Nie zastanawia nas do końca czy to co przeklejamy ma realne odbicie w nas samych.

Długo można by się zastanawiać nad tym czy takie wyznania mają głębszy sens i czy to w ogóle nie jest jedna wielka zgrywa, którą koniec końców można zbyć zdaniem: “Daj spokój to tylko Facebook”. Niestety jest w tym pułapka: jeśli nie utożsamiasz się z tym co propagujesz, piszesz, mówisz, to kim jesteś? I czym jest Facebook? Facebook to nie jest jakaś mityczna przestrzeń, która jest oderwana od praw rządzących człowiekiem, od jego pragnień i wewnętrznego stanu postrzegania rzeczywistości. Treść Facebooka tworzą ludzie i czy to się nam podoba czy nie, przy takiej ilości czasu spędzanego w mediach społecznościowych, staje się on w pewnym sensie portretem współczesności. Nie bądźmy tacy poważni! A może to jest mityczna przestrzeń? Miejsce, gdzie już od dawna nie wiadomo co jest kreowanym wizerunkiem, a co iskrą tego co w nas głęboko siedzi. Na te pytania nie sposób dziś znaleźć odpowiedzi.

„And let me warn all of you: It would be more than a mistake to play games with me”

Kadr z filmu: “They Live”, 1988.

Podsumowanie rozpocząłem od długiego cytatu z ostatniej płyty Sokoła i Marysi Starosty “Czarna biała magia”. Słowa te są dosyć przerażającym ostrzeżeniem podmiotu lirycznego i możemy je usłyszeć w utworze “Nie padnę”. Pytanie brzmi: czy jesteśmy jeszcze w stanie przeciwstawić się wszechogarniającemu kultowi bycia wszędzie, bycia na topie, na czasie, ostatecznie bycia “cool” jak pisze Franzen? Nie, nie odrzucić, ale przeciwstawić się. Nie możemy się oszukiwać, tego nie zatrzymamy: “piekielna machina ludzkości” rozpędza się z każdym dniem. Wybór zapewne zależy od człowieka, bo człowiek korzysta z nieskrępowanej wolności wyboru. Nie chodzi o ruchy ograniczone wymogami społeczeństwa, systemu państwowego, idzie o wybory mentalne. To czy damy się wyplewić ze wszystkiego co ludzkie, zamieniając realne życie na życie cyfrowe zależy tylko i wyłącznie od nas. Nie potrafię podać rozwiązań, muszę przyznać, że jestem na takie recepty zbyt głupi. Podoba mi się jednak sam fakt gniewu przeciwko temu, że ludzkość staje się bezmyślna i pragnie mentalnego unicestwienia jedynego źródła naturalnej inteligencji i wrażliwości czyli człowieka. Co będzie dalej czas pokaże, dziś czuję się trochę jak Kraus, trochę jak Franzen i trochę jak narrator ze wspomnianego utworu:

Chciałbyś tresować mnie, założyć kraty
mam mieć standardowy sens, być bogatym
przez ekran na ścianie dajesz mi mentalny zastrzyk
codziennie od kiedy pamiętam zwiększasz dawki.
Na ulicy też nie da się nic przyswajać,
na każdym kroku mnie namawiasz do posiadania,
konsumpcja, praca, spirala wydawania,
gospodarka głupcze, sztuczne potrzeby brania.
Wszystko jednorazowe mam nowe chcieć.
Jestem chory na głowę bo więcej chcę niż mieć
Diagnozę masz gotową dla mnie więc
wysyłaj pierdoloną armię i mnie kurwa lecz.
Nie padnę
Naćpany twoją propagandą będę szedł
i żadne oddziały nie ogarną mnie
Mam wirus niesubordynacji ale mam też gen
jesteś za słaby nie zabijesz tego we mnie.

“Piekielna machina ludzkości” powinna mieć się na baczności.


Tekst powstał podczas dziesięciogodzinnej podróży pociągiem, pod wpływem lektury grudniowego wydania “Książek”, a także na podstawie wcześniejszych szkiców z szuflady.

    Magister Żurek

    Written by