TBA

(2015/16)

Magister Żurek
Jan 27, 2014 · 7 min read

“Poranek jest dosyć mglisty, zza okien mieszkania T. wyłania się widok na jedną z pobocznych uliczek centralnej części miasta. Po jej obu stronach widać zaparkowane auta, jest ich coraz mniej, ponieważ obowiązek pracy wygania lokatorów z mieszkań. Wszystko to wygląda dosyć głupio i ja też głupio przyglądam się porannemu życiu okolicy, w której mieszka T. Sytuacja jest idiotyczna, bo nikt z tych na dole nie ma świadomości, że ja piszę książkę, T. jej nawet nie przeczyta, a cały dramat, który tu się rozgrywa jest obcy dziewięćdziesięciu dziewięciu koma dużo przypadkowych cyfr procent ludzkości. Co to kogo obchodzi? Mnie może obchodzić, Was może trochę interesować jak to się dalej potoczy, ale dla jakiegoś faceta z salonu Chryslera w południowej Dakocie jest to całkowicie poza zasięgiem świadomości. Powiem wam w ogóle, że Amerykanie lubują się w ogromnych brykach o potwornie wielkich silnikach. Nam Europejczykom jest to obce. My musimy być ekonomiczni i ciąć koszty. Jeździmy niedużymi kompaktowymi samochodami, które w rzeczywistości są dobrą alegorią naszego życia: kompaktowe życie z kompaktowymi problemami w kompaktowych krajach o zwichrowanych gospodarkach. Stawiam, że gdyby to wszystko zapisywał jakiś Amerykanin, już dawno padłyby w tej książce jakieś strzały, byłoby trochę wybuchów i większa afera opisana z jakimś romantycznym zacięciem. Niestety jest ludzko, bo piszę to ja, w kraju, w którym góry są na dole, nie u góry mapy. U góry, to my mamy morze. Jak widzicie wszystko musi być w trochę odwrotnej konwencji, wpływają na to nawet warunki geopolityczne w jakich przyszło mi zapisywać tę historię.

T. leży w swoim łóżku na brzuchu, nie zaścielił go nawet prześcieradłem. Sądzę, że mógł nie mieć do tego głowy: dzieje się tyle co i nic, ale nie dla niego – on nurza się w totalnym szaleństwie, dlatego prześcieradło jest ostatnią rzeczą, o której myśli. Znaczy myśli o prześcieradłach pośrednio dużo, ale w całkowicie innym kontekście. W każdym razie obecnie śpi i bardzo wierci się na swoim łóżku. Jego czoło błyszczy od potu. Obserwując ten widok można dojść do dwóch znacząco odbiegających od siebie wniosków: albo T. ma zły sen, przy którym się poci i grymasi, albo jest chory – gorączka podczas snu jest oznaką wielu chorób znanych Europejczykom. Amerykanom także. Wnioski te są jednak błędne, gdyż T. jak wspomniałem jest totalnie ogłupiony wydarzeniami, które napotkały go w ostatnich dniach, najnormalniej wariuje. Część z was mogłaby uznać, że szaleństwo czy jak się mówi specjalistycznie – choroba psychiczna jest właśnie podparciem wniosku, że T. nie jest w najlepszej kondycji z uwagi na dolegliwości zdrowotne. Byłby to wniosek głupi, zupełnie jak moje obserwacje ulicy przy której T. mieszka. Szaleństwo wydaje się bowiem naturalnym stanem każdego człowieka, dopóki nie narodzi się jakiś wariat, który opisze dokładnie co jest normą. Jeśli wasze wnioskowanie pozwala wam dostrzec pewne animozje w tym wywodzie, zrozumiecie, że to także będzie szaleństwem. Tak czy siak, T. śpi. Moim celem jest go obudzić i nadać rozpędu akcji w dalszej części tej książki. Wstaję i delikatnie przesuwam się po ciemnobrązowych panelach w kierunku sprzętu hi-fi. Sprzęt stoi na obszernej półce pod telewizorem, przypłynął tu statkiem z dalekiej Japonii. Musicie wiedzieć, że firma, która wyprodukowała wszystko, co stoi pod telewizorem T. stworzyła pierwsze w swoim kraju pianino. To nie jest istotne dla przedmiotu rozmowy, która zaraz się rozegra, ale warto to wiedzieć. Dla przykładu gaz, który produkowano w dawnych czasach, aby jedni mogli przenosić drugich, na stronę gdzie tych pierwszych już nie będzie, a pozostaną drudzy, wytwarzał w przeszłości koncern, który dziś serwuje tabletki na ból głowy. Ludzie lubią tabletki, bo tabletki załatwiają dużo spraw od ręki. Najchętniej dałbym wam tabletkę dzięki, której moglibyście przeczytać książkę, która nie jest jeszcze napisana. Takiego medykamentu jeszcze nie ma, ale z pewnością zostanie wynaleziony i pisarze zamienią swój fach na farmację. Kiedyś przepisano mi setki tabletek i spuściłem je w muszli. Nie wiem co będę robił jak już stanie przede mną gruba ściana farmacji. Zagram w pchełki różnokolorowymi tabletkami, oczywiście jeśli będę miał z kim grać. Strasznie dużo czasu zajmuje mi to co chciałbym teraz zrobić na łamach tej książki, więc nie będę dalej przynudzał. Zwolniłem po prostu trochę akcję, bo gdyby szła w tym tempie co podczas spotkania z Jezusem wylecielibyśmy w powietrze. A przecież zaznaczyłem, że to nie jest amerykańska powieść.

Skradam się do sprzętu hi-fi. Obok leżą różne płyty winylowe. Szperam w czarnym drewnianym pudle, w którym są ustawione na sztorc. Wyciągam jedną, która mnie szczególnie zaciekawiła i jest odpowiednim tłem dla zaistniałych sytuacji. Delikatnym ruchem ręki otwieram kopułę adaptera i układam na talerzu stare nagranie Glenna Millera „In The Mood”. Przed wciśnięciem „start” odkręcam do osiemdziesięciu procent gałkę oznaczoną angielskim napisem „volume”. Japoński sprzęt powinien mieć japońskie napisy na obudowie, ale ktoś je przetłumaczył z japońskiego na angielski, a ja przetłumaczę wam z angielskiego na polski: oznacza to tyle co „głośność”. Glen Miller był znanym amerykańskim puzonistą, zupełnie odwrotnie niż ja i T. Siadam w fotelu z mocnym postanowieniem, że zaraz wcisnę przycisk i w pokoju rozbrzmi muzyka. Za to co się stanie dalej, nie odpowiadam. Odpowiadam tylko za wciśnięcie tego przeklętego przycisku, co na waszych oczach robię. Wybrzmiewa muzyka! Kilkadziesiąt decybeli za głośno jak na tą porę dnia, Japończycy robią wspaniały sprzęt hi-fi.

T. wyskakuje z łóżka jak rażony piorunem. To dziwny widok, bo wygląda jakby robił pajacyka. Ekscentryk. Większość ludzi ociężale stawia jedną stopę na podłodze, potem równie ociężale drugą, po czym burzliwe spięcia elektryczne w mózgu wysyłają wiadomość: „ooo to jeszcze nie koniec”. Jest wyraźnie zszokowany sytuacją, która ma miejsce, ja zaś jestem pełen nieopisanego spokoju, dlatego swojego stanu nie opiszę. Siedzę wygodnie w fotelu i obserwuję T.: przykuca przy sprzęcie, po czym zamaszystym ruchem wyciąga wtyczkę i odłącza całą prywatkę od źródła zasilania. Ucichło. Przewidywałem to.

- Co ty tu kurwa robisz? – pyta T. Pyta głosem wzburzonym stojąc pochylony nade mną z ręką zgiętą w łokciu, jakby chciał wyłożyć mi w kilku słowach istotę fizyki kwantowej.
- Siedzę – odpowiadam ze stoickim spokojem.
- Widzę, przecież widzę – powtarza T. jakby chciał upewnić swój nierozbudzony jeszcze umysł co do zgodności czasu i miejsca – tylko nie rozumiem jak, jak tu wszedłeś pojebańcu? – dodaje T., obdarowując mnie soczystym tytułem pojebańca.
Jestem zły na siebie, że pozwalam, aby obrażano mnie w książce, której jestem autorem – nie chciałbym być jednak małostkową jednostką, więc udaję, że ostatniego słowa nie usłyszałem.
- Pojebie? – z tym, że nie słyszałem ostatniego słowa żartowałem oczywiście.
- Masz problemy ze słuchem? – dopytuje mnie T.
- Absolutnie żadnych! – zaprzeczam – Jeśli ktoś nie zamyka drzwi na klucz, a piszę o nim książkę, to z założenia wchodzę i goszczę się jak gdybym był u siebie, czy mam opuścić twoje legowisko? – dopytuję, choć znam doskonale odpowiedź.
- Nie, poczekaj, zostań, chciałbym Ci tylko… czy mógłbyś stanąć naprzeciwko mnie z rękoma opuszczonymi wzdłuż tułowia, chcę sprawdzić po prostu czy to nie jest dalszy ciąg mego snu – rzuca bezradnie T.
- W porządku! Odniesienie do rzeczywistości to podstawa mojej i twojej pracy, chociaż ty z rzeczywistością ostatnio wziąłeś jakby delikatny rozbrat. Musimy sobie w końcu pomagać, inaczej nie przetrwamy okresu burzy i naporu, prawda?
- Absolutnie masz rację, absolutnie! To co? Ustawisz się tak jak proszę? – upewnia się T.
- Wedle życzenia pana i władcy! – zakrzykuję do T. i posłusznie ustawiam się naprzeciwko niego.

Stoję jak na jakiejś paradzie wojskowej, na baczność, można odmierzać kąt prosty pomiędzy moim ciałem, a podłogą. Żadnych odchyleń. Byłbym wspaniałym facetem w kompanii reprezentacyjnej każdego wojska świata. Ręce przy tułowiu, palce opuszczone wzdłuż ciała. Czuję się jakbym przygotowywał się do tego, że na świecie będzie 20 miliardów ludzi, a wtedy taka pozycja stanie się naturalną posturą każdego istnienia z gatunku homo sapiens sapiens.

T. chodzi dookoła mnie, bacznie się przygląda, a ja coraz bardziej czuję się jak żołnierz. Co za musztra w samym środku półmilionowego miasta! T. staje przede mną w odległości siedemdziesięciu, może osiemdziesięciu centymetrów. Patrzy prosto w moją twarz, uśmiecha się dosyć głupkowato. Nagle kątem oka dostrzegam ruch prawego barku. W okolice mojej głowy nadlatuje zamaszysty prawy sierpowy, wszystko dzieje się w mgnieniu oka i ja także w mgnieniu oka robię unik, który powoduje, że moja głowa znajduje się na wysokości splotu słonecznego T. Nie mam czasu na zastanawianie się, przemyślenie tego co chciałbym teraz zrobić, więc z tej pozycji, „z barana” przechodzę do kontrataku głową w okolice splotu słonecznego oponenta. T. pada na plecy i wyraźnie nie może złapać powietrza. Zanim odzyska swobodny oddech minie kilkanaście jak nie kilkadziesiąt sekund, to nie było mocne uderzenie, ale każdy organizm reaguje inaczej.

T. dusi się oparty głową o kraniec własnego łóżka, a ja zasiadam w fotelu i kontempluję, bo każda taka sytuacja to dobry moment, żeby przemyśleć jak sprawy się mają w rzeczywistości. Patrząc na bezradnego T. uświadamiam sobie, że zjadł w młodości za dużo chipsów, by zgromadzić wszystkie żetony mocy. Dziś ma świadomość, że być może zabrakło kilku paczek, aby zwyciężyć w tej grze, że brakuje kilku elementów tajemnej mocy, które zapakowane w świecące paczki, mogłyby go wyprowadzić z tej przeklętej opresji. Zaniedbania młodości odbijają się na jego życiu, a w chipsach można znaleźć tylko połówki sztucznych banknotów. Najgorsze z możliwych następstw – banknoty, papierowe, nic nie znaczące banknoty. Banknoty, które leżą na jego nocnym stoliku pozwijane w kulki, zgniecione, jakby stare. Panteon starych monarchów tak silnie kontrastuje z T., który w tym momencie nie jest żadnym władcą, nie jestem nawet panem własnego życia.”