Znowu się nie wyspałem…

Dla niektórych to “najlepszy moment dnia”, innym ciągle go brakuje, a pozostali zupełnie nie zwracają uwagi na ten temat. Chodzi o sen — czynność, której nie musimy kochać, nie może nam jej brakować i powinniśmy poświęcać jej choć trochę swojej uważności. No dobra, to jak spać, by się wyspać?

Co jest cool, a co jest zdrowe?

W ostatnich latach obserwuje się dziwny trend, który polega na tym, że ludzie lubią chwalić się jak bardzo są zmęczeni, ile wypili kaw i jak bardzo tęsknią za ciepłą kołdrą. Niestety, jest on jednocześnie bardzo szkodliwy. Nie wnikam w to, co kogoś kręci, lecz warto zwrócić uwagę na to, że organizm potrzebuje odpoczynku i napój zawierający kofeinę, niezależnie, czy to chamski energetyk z Biedronki, czy podwójne Espresso ze Starbucksa, nie ma z odpoczynkiem nic wspólnego.

Za to ma ogromny wpływ na nasze funkcjonowanie.

Spadek koncentracji, roztrzepanie, poczucie przemęczenia i słaby humor, to wielokrotnie omawiane konsekwencje nieodpowiedzialnego zarządzania snem, ale nie wolno ich bagatelizować. W momencie, gdy stajemy się mniej ogarnięci, nie tylko kleją nam się oczy. Oprócz tego trwonimy nasz czas na czynnościach takich jak doprowadzenie umysłu do porządku i przede wszystkim przestajemy nadążać za naszym planem dnia. Bo jeśli spada nasza produktywność, to bardzo możliwe, wręcz naturalne jest to, że nie dajemy z siebie 100% i obowiązki zaczynają nas przerastać.

Jak sobie z tym radzić?

Nie będę ukrywał, że sam sypiam 6–7 godzin na dobę, a dwa razy w tygodniu ze względu na plan dni kurczy się ten czas do 4–5. Jednak to nie jest tak, że urodziłem się terminatorem, którego mózg ma zaprogramowany tryb “nie śpisz, tylko robisz”. Nie, bardziej chodzi o przemyślenie tematu i jego regulację, na przykład ułożenie zasad.

Intensywność czynności oraz ich znaczenie maleje proporcjonalnie do ilości czasu, który pozostał do końca dnia.

Dzięki temu, rano, gdy mam najwięcej energii wykonuję najważniejsze rzeczy, a wieczorem, gdy lista zadań nie chce się skończyć i oprócz tego, ja czuję już te dwanaście godzin w nogach, mam zrobione wszystko co najważniejsze i mogę podjąć decyzję, czy te mniej istotne sprawy rzeczywiście wymagają uwagi, czy może powinienem przestać zajmować się pierdołami i grzecznie pomaszerować do łóżka.


I dbam o to, by nie zaspać.

To nie jest tak, że po 5 godzinach budzimy się, jakby właśnie dziś był najpiękniejszy poranek. Zazwyczaj to szok, jak pobudka w środku nocy. Co sprawia, że bardzo łatwo jest zaspać i nawet nie ma co mieć do siebie o to pretensji. W końcu tak jak wspomniałem nie jestem terminatorem. Jednak warto tutaj spojrzeć w kierunku technologii, a konkretniej naszych telefonów. Aplikacje takie jak Sleep Time, Sleep Cycle, czy SleepBot (w przypadku Androida), robią różnicę. Dlaczego? Bo wyczuwanie faz snu działa. Skończyły się wojny z drzemką, bitwy z wyłącznikiem budzika i odkładanie smartfona na drugim końcu pokoju, “by zmuszało do wstania”. Nie śpię tyle ile powinienem, nawet mnie to nie irytuje, bo rzadko kiedy ktoś może sobie na to pozwolić. Jednak nie marnuje snu i nawet jak śpię te 5 godzin, to potem nie jest problemem, by dzień rozpoczęty o 5 kończył się o 22. Dlatego, że nie marudzę, nie zalewam się kawą i wiem, kiedy należy przestać eksploatować swój organizm, bo nawet jakbyśmy się uparli, że będziemy spać tylko 2 godziny, to ciało prędzej, czy później da o sobie znać. W myśl zasady “Dream big and dare to fail” ;)