13 amerykańskich lekcji

Lekcje odrobione w amerykańskich miastach.

Mój pobyt w USA dobiegł końca już ponad miesiąc temu. Nadal nie zebrałem wszystkich myśli i notatek i nadganianie zaległości wcale w tym nie pomaga. Z tego wyjazdu będę jeszcze czerpał inspiracje i przemyślenia bardzo długo więc proces tworzenia spisanych impresji nieco się rozciągnął.

Chciałbym jednak krótko zebrać, to co nazwałbym esencją tej podróży, czyli doświadczenia, nazwijmy je lekcjami, które przywiozłem stamtąd ze sobą. Poniżej 13 rzeczy, które uznałbym za najważniejsze, wyniesione z tej wyprawy do amerykańskich miast.

Urząd Miasta w Filadelfii

I. Od wielu lat otwieranie danych, startupowe podejście do projektów, agilowa (zwinna) metoda pracy, stosowanie design thinking w budowaniu usług i interfejsów jest z powodzeniem implementowane na grunt urzędów i rzeczywiście działa, przynosząc lepsze efekty, za mniejsze pieniądze, osiągane w krótszym czasie. To zmiany społeczne, technologiczne stawiają przed administracją takie wyzwanie. W naszym kraju to obiekt dyskusji dla niezbyt wielkiego grona specjalistów, raczej ciekawostka niż stały, silny trend, a szkoda. W miastach, które odwiedziłem, to już stałe, zaszczepione podejście w sposobach działania i pracy. Nowe sposoby rozwiązywania problemów i podejścia projektowego, rzutuje również na nowych sposobach współpracy z mieszkańcami. Każdy przypadek, którego dotykałem, o którym rozmawiałem to dla mnie osobna lekcja.

II. Różnorodność — to rzucająca się w oczy cecha amerykańskiego społeczeństwa. Im większe miasto tym bardziej znacząca. Różni ludzie, pochodzący z każdego zakątka ziemi, różne pasje, różne doświadczenia zawodowe, mieszanka różnych zdolności i jednocześnie otwartość na te różnice, sprawiają, że zupełnie inaczej wyglądają interakcje społeczne wewnątrz urzędu miejskiego oraz na zewnątrz. Różnorodność jest ogromną siłą tego społeczeństwa.

III. Otwieranie danych to oczywistość. Nie spotkałem nikogo, kto by się zastanawiał czy Open Data Policy, Open Data Program ma sens. Dziś to już normalny element pracy urzędu i ważne narzędzie współpracy ze światem zewnętrznym. Spotykałem oczywiście specyficzną część populacji, ale zdecydowanie myślenie i praktyka idzie w kierunku tego jak jeszcze lepiej je wykorzystać, jak szerzej udostępniać, otwierać, współpracować, niż stawianie pytania czy ma to sens? Wyzwaniem, które stawiają sobie w amerykańskich miastach jest to, jak sprawiać, żeby dane były używane, rozumiane przez jak najszerszą część populacji miasta. Jak sprawić, żeby były użyteczne dla większej części mieszkańców — to są pytania stawiane. Taki sposób myślenia, nie ukrywam, bardzo mi bliski, to dopiero przyszłość w polskiej administracji samorządowej i rządowej. Chociaż zrobiliśmy już pierwsze, przyjdzie jeszcze nam długo pracować i cierpliwie czekać na efekty.

IV. Chcesz efektów? Wydziel zasoby, wyznacz cele i rozliczaj — tak w skrócie można nazwać to co mnie bardzo uderzyło w amerykańskich organizacjach. Kiedy burmistrz miasta nakreśla nową wizję, nowy projekt, to przeznacza na to określony budżet, miejsce i ludzi. Różne są te zasoby i różny nacisk kładziony na kwestie innowacji, technologii, jednak wszędzie powtarza się ten sam wzorzec. Projekt ma wyznaczony zasięg, priorytet, odpowiedzialnych ludzi i po jakimś czasie jest rozliczany z efektów i wpływu. W polskich urzędach tego typu projekty realizowane są głównie przez pasjonatów, jako dodatkowe zadania do stałych obowiązków. Z reguły nie ma osobnej przestrzeni na tzw. proinnowacyjne projekty, nie ma wydzielonego budżetu i stanowisk.

Z jednej strony to dobrze, że pojawia się entuzjazm, pojawiają się ludzie, którym się chce. Z drugiej strony trwałość projektów i wdrażanych rozwiązań będzie niepewna, o ile nie znajdą na stałe miejsca w strukturze i budżecie urzędu. Mówiąc krótko nie mamy jeszcze infrastruktury inkubowania i wdrażania innowacji w administracji. Przy czym jestem przekonany, że i tak miasta są w tym procesie najbardziej zaawansowane w polskiej sferze publicznej.

World Trade Center Nowy Jork

V. Z drugiej strony, jako przedstawiciel Gdańska nie miałem kompleksów. Projekty, które rozwijamy w naszym mieście robią wrażenie nawet za oceanem. Jeśli jesteśmy z tyłu to na pewno nie dalej niż o kilka lat opóźnienia. Amerykańskie miasta w dziedzinie wdrażania innowacji, otwierania danych, zaprzęgania technologii do rozwiązywania miejskich problemów są pionierami, ale i u nich niektóre nasze projekty brzmią świeżo i ciekawie. Wiele z rozwijanych u nas koncepcji jest bardzo „progresywna” i to dawało powód do dumy, kiedy miałem okazję prezentować nasze doświadczenia.

VI. Możliwości realizacji najróżniejszych pomysłów jest niewiarygodnie dużo. Najróżniejsze źródła finansowania: publiczne, prywatne, organizacje pozarządowe, różne postaci filantropii. Wiele instytucji dysponuje całkiem dużym majątkiem, którym może wspierać projekty, które są spójne z ich strategią. Tej palety możliwości brakuje nam tutaj. Trzeci sektor jeszcze nie ma takiego potencjału, wolontariat, crowdfounding wciąż jeszcze w fazie raczkowania i do dorosłości tych sektorów jeszcze daleko. Ważne, żeby to rosło, mężniało, zdobywało doświadczenia i środki na działalność, także poza finansami publicznymi.

VII. Spotykanie setek ludzi, którzy codziennie pracują nad rzeczami, które u nas wydają się zbyt rewolucyjne, niemożliwe do zrealizowania zawsze inspiruje i dodaje skrzydeł. To wszystko co w Polsce najczęściej odbija się o „nie da się”, tam można zobaczyć w różnych fazach realizacji. Zresztą załapanie tego powietrza do płuc było głównym celem mojego wyjazdu.

VIII. Współpraca biznesu, administracji, środowiska uczelnianego, aktywistów to kolejna mocna strona amerykańskich miast. To żywe, współpracujące środowisko, w którym każdy z ważnych graczy wierzy że współpraca ma sens i każdy potrafi wyciągnąć z tego korzyści. Poziom zaufania, który umożliwia taką współpracę, daje duże poczucie bezpieczeństwa. Zaufanie to coś, co musimy próbować budować, codziennie, pomimo porażek. Mam wrażenie, że to jeden z zasobów o trudnej do przecenienia wartości, którego nam chyba najbardziej brakuje.

IX. Miejsca sprzyjające kreatywności i współpracy. Odpowiednio zaprojektowane, otwarte, dające możliwość rozmowy i współpracy najróżniejszym interesariuszom w mieście, to kolejny ważny element systemu. Bezpieczna przestrzeń, poza miejscem pracy, inna, sprzyjająca interakcjom to według wielu moich rozmówców jeden z warunków koniecznych inkubowania innowacji i ich wdrażania. Takie przestrzenie pojawiają się i w Polsce, ale wciąż ich za mało i dobrych pomysłów na wykorzystanie ich potencjału, również nie tak dużo.

X. Wydawałoby się, że społeczeństwo amerykańskich miast jest tak silnie podłączone do smartfonów, że wszystko załatwia online. Nic bardziej mylnego. Oczywiście spotykałem ludzi, którzy chętnie próbują wszelkie nowości i pełnymi garściami korzystają z technologicznych udogodnień. W tym wszystkim jednak widzą wartość spotykania się ze sobą, komunikacji twarzą w twarz, networkingu, wymiany osobistych doświadczeń. Przebywanie ze sobą staje się tym cenniejsze, im więcej czasu przebywamy online. Możliwość wzajemnego ubogacania się, uczenia się jest naprawdę doceniana. Powiedziałbym nawet, że w bardziej zaangażowanej części społeczeństwa istnieje przekonanie, że im bardziej jest coś dla ciebie ważne, tym więcej czasu realnego powinieneś na to poświęcać. Zaangażowanie społeczne bez budowania osobistych relacji nie ma sensu. Realna zmiana potrzebuje „marnowania” na nią czasu i spotkałem wielu ludzi, którzy są tego bardzo świadomi i uczą tego swoje środowiska.

XI. Fellowship Code for America — świetne podejście, pomysł jak skutecznie za pomocą technologii rozwiązywać realne problemy. Temu muszę poświęcić osobny artykuł, ale warto podkreślić, że również w USA prawo zamówień publicznych nie bardzo przystaje do rzeczywistości budowania rozwiązań technologicznych. Efektywne sposoby budowania innowacyjnych rozwiązań wymagają elastyczności, którą formuła administracji publicznej raczej utrudnia. Projekt realizowany przez Code for America od 6 lat daje konkretną odpowiedź i efektywne rozwiązanie.

Chicago

XII. To czego z pewnością możemy się uczyć to budowanie społeczności Civic Tech, marketing, eventy, networking, budowanie struktur i dbanie o efekty na koniec. Powiedziałbym, że to przeciwieństwo naszego polskiego „jakoś to będzie”. Sam staram się tego uczyć codziennie i wiem jak to trudno przychodzi. Zorganizowana społeczność ma jasno postawione cele i zasady, do których zawsze może się odwołać w chwilach wątpliwości. Odwoływanie się do pryncypiów daje napęd wysiłkowi, wielu, bardzo zróżnicowanych jednostek.

XIII. Lekcja, w której było dużo ważnych małych podpunktów — dziesiątki drobnych spostrzeżeń, takich że Slack króluje w środowisku civic techowym, że open source w programowaniu dla administracji publicznej jest naprawdę drogą, którą warto wdrożyć i w Polsce. To, że urzędy chcą i starają się być atrakcyjnym miejscem pracy dla młodych ludzi, dla których najważniejsza jest samorealizacja i w związku z tym muszą podejmować działania, które na to pozwolą, inaczej najlepsi do nich nigdy nie przyjdą. Przed nami i wokół nas mnóstwo ciekawych i mądrych ludzi oraz morze możliwości. Trzeba tylko brać i korzystać, budując coś nowego, dobrego.

Tak się jakoś w moim życiu składa, że w odpowiednim momencie w życiu, pojawia się coś co wcześniej wydawało się niemożliwe. Wiele razy szanse pojawiały się wtedy, kiedy miały się pojawić. Tak było i z tym wyjazdem. Wyprawa do USA i możliwość zobaczenia, dotknięcia, doświadczenia tego na żywo była możliwa dzięki stypendium Fundacji ePaństwo i Omidyar Foundation.

One clap, two clap, three clap, forty?

By clapping more or less, you can signal to us which stories really stand out.