Odwaga. Trzeba mieć jaja, żeby pójść na protest.

Ostatnio marudziłam Maćkowi, że tak rzadko zabiera mnie na spacery. Ale gdy zaproponował mi spacer o 21.00 na Plac Konstytucji w Gdyni, byłam przerażona i poczułam metaliczny smak w ustach. Nie do końca o taki spacer mi chodziło. Przestraszyłam się, bo skoro Maciej ciągnął mnie na protest, to znaczyło, że jest już naprawdę źle.

Łańcuch Światła w Gdyni 23.07.2017 r. — demonstracja w obronie Konstytucji. Fot. Maciej Marczewski

Po co na protest?

W pamięci zaczęłam wyszukiwać informacje pod hasłem „protest”. Po co się na to chodzi, co się tam robi i do czego to przypiąć? Umysł wyświetlił mi tylko moje czarnobiałe zdjęcie na pochodzie pierwszomajowym gdy miałam trzy lata i zeszłoroczną Paradę Niepodległości w Gdyni. Czułam jednak, że to nie o taki protest chodzi. Pomyślałam sobie jednak — raz kozie śmierć. I to była najbardziej odważna myśl, która zaświtała mi w głowie ever.

Stoję pod tym sądem i myślę o tej swojej odwadze. Rety, ale to szok, że ja tu jestem. A że czasu na myślenie było dużo, to zaczęłam się zastanawiać, jakie to właściwie może mieć dla mnie skutki. Nie mogłam jednak uczepić się żadnej dramatycznej myśli.

Nie aresztują mnie, bo musieliby zamknąć wszystkich, a o ile mi wiadomo z praktyk w sądach, w naszych aresztach nawet nie ma tylu miejsc. Z pracy mnie nie zwolnią bo… bo wiem, że mnie nie zwolnią (przynajmniej nie za to). Nie jestem zbyt znaczącą postacią, więc raczej nikomu by specjalnie nie zależało, żeby mi zaszkodzić, a już na pewno nie z tego powodu, że kwitnę pod sądem zamiast iść z mężem do kina. Może się jakiś hejt posypać, ale z racji tego, że jesteśmy z Maćkiem blogerami, jest to ryzyko raczej niezależne od wykrzykiwania wolnościowych haseł.

No więc co? No w sumie nic. Nawet jeśli stracę kilku znajomych to… a nie, to nie ja stracę, tylko oni.

Pobite gary i jestem bezpieczna.

Gdynia ma głos

Z myśli wyrwały mnie osoby przemawiające do mikrofonu w części wiecowego programu pt. „Gdynia ma głos”. Nauczycielki, sędziowie, pielęgniarki. Ludzie zatrudnieni w instytucjach państwowych. Niektórzy na początku swojej zawodowej drogi. Inni — tuż przed emeryturą.

Szeroko otworzyłam oczy.

Kurczę — że oni się nie boją?

Przecież nowa władza może ich zmieść. Nie, to nie będzie spektakularny odwet, do jakiego się szykują knując jak pogrążyć swoich politycznych przeciwników. To będą proste rzeczy — pominięcie przy awansie, odmowa podwyżki, przypisanie gorszych zadań. Zemstą będzie zwolnienie. Dziś, żyjemy na szczęście w tych czasach, gdy nie trzeba umierać za miliony. Ale cierpienie jest jak najbardziej realne.

Podziwiam i jestem pełna szacunku dla odwagi tych obywateli. Nie wiem, na ile realna wydaje im się zemsta. Może wcale o tym nie myślą?

Dla mnie to są współcześni bohaterowie. Narażają swoją pracę, dobre imię, pozycję.

Mam tylko cichą nadzieję, że to, że ja tam stoję, że stoi razem z nimi tysiące ludzi, napawa ich otuchą. Że wiedzą, że ryzykują po coś. Że dają świadectwo, aby zachęcić innych do odwagi.

Bo w dzisiejszych czasach odwagą nie jest umierać.

W dzisiejszych czasach odwagą jest mieć jaja, aby pójść na protest.


One clap, two clap, three clap, forty?

By clapping more or less, you can signal to us which stories really stand out.