Brązowe love

Tamta noc była dosyć chłodna. Z gatunku tych, w czasie których człek przylepia się do grzejnika po przekroczeniu dworcowych progów. Październik zwykło się nazywać w taką noc piździernikiem. Żule z całego miasta lgną do dworcowych pieleszy, by dokonać fantastycznej wymiany dóbr z perłą kolejowej architektury — biorą jego ciepło jak swoje, a jemu wręczają nieskończone pokłady smrodu swego. Mają swe przepocone koszulki — w których skumulowany pot pamięta jeszcze lipcowe temperaturowe prosperity — wciśnięte głęboko w spodnie, by nie przewiało nerek, by pęcherz nie płatał moczowych figlów. W końcu odcedzanie kartofelków na mroźnym lufcie to nic fajnego, a miejscowy kibel w cenie Basztowego Mocnego wieje grozą na samą myśl…

W efektownym, designerskim szalecie ruch tego wieczoru był raczej ślamazarny. Gramolił się niemożebnie. Zwieracze podróżnych drzemały w zimowym, niedźwiedzim śnie, ku uciesze strapionego melancholią młodego ciałem, lecz nie duchem dziada klozetowego. Szyba nad jego głową była pokryta szadzią, przez co nie było wielu amatorów skakania po niej — rozrywka znienawidzona przez wszelkich szaletmajstrów.

Zapowiadała się szychta bez historii, bez emocjonalnych wzlotów i upadków.

W poczcie jednostkowych klientów prym wiodła płeć piękna. Szczególnie piękna nawet na standardy wyjątkowo zasobnego pod tym względem naszego kraju. Tradycyjnie początkowy uśmiech na powitanie urzędującego w sraczu jegomościa zostawał ścierany wygłoszeniem przez niego ceny za przyjemność wypróżnienia się. Niektóre świadome swych wdzięków panie kokietowały człeka w czasie przyrządzania domestosowego koktajlu, jakim odświeży urodne porcelany za godzin parę, mizdrzyły się doń uroczo, by zbić cenę, by zawrócić w głowie człekowi, który patrząc na jej zgrabne cztery litery myśli raczej nie o grzesznych przyjemnostkach, a o tym czy nie zostawią one na lśniącej desce śladów po odkupieniu się.

Standard.

Jednak pogromca brązów dobrze znał te numery i uodpornił się na wyżej opisane zabiegi, będąc świadom, że u ich podstaw nie leżał autentyczny pociąg seksualny, tylko zwykła cebula.

Z racji młodego wieku dał się czasem porwać testosteronowemu praniu mózgu i roił sobie wdzięczne fantazje, podług których białogłowy autentycznie miały ochotę na szaleństwa na klozecie nie inspirowane zbędnymi produktami przemiany materii. Czasem wręcz fantazja tyczyła się uczuciowości wyższej, że o to błysk łazienkowy będzie impulsem do serc złączenia po wieczność.

Jednak romantyczne wizje roztrzaskiwały się o prozę realnego życia — a konkretnie o pozostałości z rzyci, których właścicielki w popłochu i bez słowa wybiegały z klopa.

Tamta blondynka również miała wpisać się w schemat. Jej uśmiech, choć uderzał szczerością, musiał być wystudiowany — albo szczery jako reakcja na sadystyczną myśl: „jak mu zaraz obrązowię porcelanę”. Nie dawał się zwieść prześwitującej turkusowej sukience, spod której wyzierały jej idealne kształty, talia i cokolwiek kusa bielizna. Oczywiście z dobrego wychowania, ale też kierując się instynktem samca, podtrzymał wesołe zagajenie, powtarzający się żart o automacie wrzutowym oczywiście go nie rozbawił, po prostu uśmiechał się do niej, maślanił oczy, gdy prezentowała swe uzębienie dzięki rozchylonym w uśmiechu wargom. Gdy siedziała w toalecie, robiąc swoje, on nie mógł wyrzucić z głowy widoku białogłowy, kupa kosmatych myśli przelatywała przez głowę. Nagle usłyszał wołanie, to białogłowa, krzyczy że ma problem z pobudzeniem suszarki do zawieruchy. Pobiegł dziad czym prędzej niczym jurny buhaj z pomocą damie, przyłożył rękę do urządzenia i wicher porwał ich, rzucił sobie w ramiona. Ona mówi, że zazdrości mu gorąca członków, że musi krążenie podreperować i chyba wie jaki jest najlepszy na to sposób. On trochę nie dowierza, począł opowiadać zabawną anegdotę o suszeniu rąk, by rozładować napięcie, ale napięcie tego wieczora już tylko rosło. Przyłożyła swe wyzywająco wymalowane usta do jego ciut wysuszonych paplaniem w kółko tego samego o płatności za zrzucanie balastu w głąb muszli i nie było odwrotu. Młodość wstąpiła również w jego ducha, przytknął klozetową afrodytę do ściany, a ich języki rozpoczęły walkę w formule MMA. Owinęła go udami jak modliszka, ale nie dbał o to,mogła go po wszystkim zjeść, skonać spełniony w tak pięknym aparacie gębowym to wizja tylko wzmagająca siły witalne, których będzie za chwilę potrzebował w sporych ilościach. Gdy już zerwała z niego fartucha, a z jej ramion powoli zsuwała się sukienka rozległ się dziwny dźwięk. Próbowali go ignorować, jeśli to alarm przeciwpożarowy na skutek ognia namiętności jaki się między nimi rozpalił, to niech będzie pięknym soundtrackiem do tego aktu miłosnego. Ale dźwięk był coraz mocniejszy. Co raz bardziej inwazyjny. Piękność w jego ramionach zaczęła mu się rozmywać przed oczami. Pewnie to hormonalny wir odbiera ostrość zmysłom — tak sobie tłumaczył. Fala dźwięku nabierała na sile, by w końcu niewidzialną ręką wyrwać mu ją z objęć. Sunęła wbrew swej woli na tej fali kakofonicznego hałasu, krzycząc niemo w jego stronę. Próbował ją gonić, ale spadł. Spadł na ziemię…

Kołdra leżała obok niego na ziemi. Był nie w pracy, a w swoim pokoju. A dźwięk miał budzikowy charakter. Już 16 wybiła na zegarze. Ludzie wracają z pracy, więc pora przestać śnić. Pora się zbierać, obdarte z rozkoszy zapierdalanie na jawie czeka. Czekają na dworcu już białogłowy, by ofiarować cebulę wychowania swego, zamiast słodkiego miąższu miłości. Bo dziewczyny lubią brąz tylko w rynkowskich piosenkach…

Mokry sen dworcowych ciem w istocie okazał się snem. Marzenie senne rozbudziły ducha, lecz sedesy same się nie odkałują. Bo w istocie z uczuciem najlepiej podchodzić do nadawania błysku porcelanie. Czyszczeniu sedesów przychodzi w sukurs czyszczenie mózgu z brudnych myśli. Pal licho, że to jeno odległy margines miłości.

To jest prawdziwe brązowe love.

Profesjonalne, czyste i zdrowe.