W ciszy plusk bardziej cieszy

„(…) najgorzej w życiu to samotnym być”

Głosi słynna fraza, słynnej pieśni, jeszcze słynniejszej konfitury polskiego bluesa.

Czy aby na pewno wyobcowanie jest takim złem wcielonym?

Czy brak wianuszka ludzkiego wokół rysuje przed nami mroczne widmo postapokalipsy, gdzie los pokarał nas przetrwaniem i już nie tylko we własnym wyobrażeniu, ale całkiem serio jesteśmy człowieczym pępkiem świata?

Czy nie możność wsłuchiwania się w litanię narzekań bliźnich, otwiera wrota do najbardziej sztywnego parku linowego w historii?

Jesienny lunapark

Niekoniecznie, przynajmniej z mego marginesowego punktu widzenia.

Sprawa nie jest oczywista.

Z jednej strony żyjemy w czasie największego zgiełku wszech czasów, gdzie nadmiar bodźców, do spółki z hałasem, mówią dobranoc już nie tylko w ekstrawertycznych trzewiach miast, ale i w górskich chatkach.

Pewnie nawet zamknięty klasztor przypomina dzisiaj natężeniem dźwięków IXX wieczne targowisko, w którym zaopatrzysz się we wszystko — prócz ciszy.

Taki to już towar deficytowy, dla zdobycia którego odosobnienie jest okolicznością sprzyjającą. Odosobnienie jako dobra moneta, która w najbliższych latach będzie odporna na wszelkie skutki towarzyskich inflacji.

Z drugiej strony brak wartościowych relacji międzyludzkich prowadzi do poważnych komplikacji psychicznych, w wyniku ciągłego napięcia, stopniowego dziczenia, buzującego kortyzolu, przedawkowania absurdów w dyskusjach w wąskim gronie swych dwóch półkul mózgowych.

Depresja, psychotropy, w efekcie może i jednorazowy wypad do wspomnianego wyżej parku linowego.

Owszem. Wartościowe relacje i rozmowy to sól jestestwa, jednak są równie trudno dostępne jak cisza. Większość rozmów jakie przychodzi człekowi współtworzyć (a właściwie odbierać, bo sztuka rozmowy również zanika, przez co dialog polega na głuchym wypluwaniu z siebie komunikatów) to również harmider, tylko przyobleczony w słowa, składające się jakieś tam zdania, którym przydarza się tworzyć opowieść.

Przez co człek ucieka od towarzyskiej zawieruchy, na którą jest co dnia narażony.

Wszędzie.

W pracy. Na studiach. Na spacerze. Na zakupach. Nawet w trakcie robienia kupy.

Tak, proces tworzenia stolca idealnie oddaje sedno problemu.

Gdy przyciśnie nas w miejskiej przestrzeni domagający się popluskania kloc, jest kilka okoliczności, które zmażą nerwowy grymas z naszej facjaty i nawet zasieją na niej zarys uśmiechu.

Po pierwsze — bliskość jakiegoś punktu zrzutu kup.

Po drugie — bezpłatność owego punktu (więc niech jelito nie popisuje się w okolicach dworców).

Po trzecie — (przy bezpłatnym szalecie to nie lada biały kruk) dostęp do jakiejś kabiny z nieosraną deską.

Po czwarte — brak konkurencyjnych dup na sąsiednich tronach, brak tego złowrogiego napięcia i wyczekiwania, które cztery litery wydadzą z siebie pierwszy bączny pomruk, a potem który stolec okaże się stolcem alfa i pierwszy zapluska w klopowym strumyczku.

Nie, to nie są pożądane okoliczności, nikt nie chce, by wyścig szczurów dopadał go nawet w trakcie wypróżniania.

Prawdziwie przyjemne rzeźbienie figurki odbywa się tylko w całkowitej izolacji. Dlatego robię to zawsze dopiero rano po powrocie z roboty, gdzie przez 12 godzin porcelanowe dzieła sztuki, lśniące niezmąconym blaskiem i ujmującą zmysły świeżością robią apetyt na ową czynność, ja jednak uparcie, cyklicznie donoszę brązowego hultaja do domu. Przez duże prawdopodobieństwo tej niezręcznej obecności w kabinie obok.

Tak samo dążę w pracy do sytuacji, w których nie narażam się na wymiany słów, które kończą się z reguły powodzią narzekania na przymus uiszczania opłaty za potrzebę fizjologiczną, w której wulgaryzmy czują się jak ryba w wodzie (w powodzi narzekania, nie w danej potrzebie- zwyrole).

Dlatego cieszę się, że przychodzi jesień. Że wesołe, gadatliwe, letnie ludki już nie będą tak inwazyjni w epatowaniu swą energią, którą czerpią najczęściej ze stłamszonych introwertyków. Przychodzi jesień, plucha, brązowiejące liście, nosy tonące w smarkach — jest tolerancja dla braku ochoty do weekendowego wyjścia na miasto. Asertywność sobotnia nie musi skutkować w przyszłości ostracyzmem w kręgu znajomych. Bo rośnie zrozumienie dla chandry, dla zanurzenia się w nostalgicznych dźwiękach post rocka w ciemnym pokoiku. Albo i jazzowo -noiserockowych wariacjach jak poniżej:

Taka była pointa jednej z rozmów z moją nadobną koleżanką, zaszytą w górach, przyszłą panią doktor medycyny, co to nawet pod wpływem tortur nie podpisze klauzuli sumienia.

Padły słowa, że zwariowałoby się mieszkając w jakimś słonecznym państwie basenu Morza Śródziemnego, że obcowanie z temperamentami, nie znających mocy jaka może tkwić w ciszy, Włochów mogłoby się skończyć, co najmniej tak fatalnie, jak w rzymskim epizodzie filmu Jarmuscha „Noc na ziemi”, gdzie rewelacyjny swoją drogą aktorsko Roberto Bengini, jako taksówkarz zagadał księdza na śmierć:

I druga część śmiertelnego oblicza południowej gadatliwości:

Dlatego dobrze, że przychodzi w sukurs oziębienie klimatu, bo pociągnie za sobą skandynawski chłód interpersonalny.

I można będzie się skupić na pisaniu takich dziwnych tekstów, w przypływach soft szaleństwa na czytaniu ich, a w porywach prawdziwego pomieszania zmysłów na czytaniu ksiąg papierowych — można sięgnąć po dickensowską Samotnię i w uniesieniu artystycznym dziergać na sobie dziary żyletką.

Niechętnym temu archaicznemu przedmiotowi z papieru można zaproponować kino — fragment mojego ulubionego studium wyobcowania, typu idealnego wodzenia po marginesie społeczeństwa zamieszczam poniżej:

Niechaj przemówi wnętrze, a usta skoncentrują się na połykaniu cebulki w potrawach, a nie obrazowaniu jej słowami.

Taka refleksja uwiła się w czasie piątkowej nocki w szalecie, gdzie ilość cebulowania słowem znacznie zdominowała szlachetne odgłosy drugiego końca układu pokarmowego, który w tym miejscu winien mieć swój - niezmącony żadnym krtaniowym wtrętem - koncert.

Zwieńczeniem tego trzymającego się jedynie dosłownej kupy wywodu, niechaj będzie cytat z pana Ciorana:

“Mówiłem włoskiemu przyjacielowi, że narody łacińskie nie mają a u r y t a j e m n i c z o ś c i — są zbyt otwarte, zbyt gadatliwe, i że wolę od nich narody dewastowane przez nieśmiałość. I mówiłem, że pisarz, który nie zna jej z doświadczenia, nic nie jest wart w swoich utworach. “To prawda — odparł. — Kiedy w naszych książkach opowiadamy o własnych przeżyciach, nie mają one intensywności i głębi, bośmy już setki razy mówili o nich wcześniej”. Następnie rozmawialiśmy o literaturze kobiecej — o tym, że w krajach, które zaznały plagi salonów i konfesjonału, jest wyprana z tajemniczości.”
Emil Cioran “O niedogodności narodzin”.

To elo.