Małe rzeczy, bez których sobie nie radzę

Każdy z nas ma swoją strefę komfortu i choć mnóstwo ludzi próbuje nas namówić do wychodzenia z niej (i zasadniczo się z tym zgadzam), to jednak ważne jest żeby po całym dniu spędzonym na przekraczaniu własnych granic, mieć do czego wrócić. I wiedzieć, do czego się wraca.

Kiedy wymyśliłam temat tego tekstu, myślałam, że będę naprawdę długo się zastanawiała nad rzeczami, które chcę tu wypisać i które będą trochę mniej banalne niż kawa, seriale i kocyk. Ku własnemu zaskoczeniu wypunktowanie kolejnych rzeczy, bez których przeżyłabym, ale co to byłoby za życie, okazało się łatwiejsze niż wypicie kawy.

Po uświadomieniu sobie tego ucieszyłam się. Lubię mieć świadomość swojego otoczenia i poczucie, że wszystko wokół jest wybrane przeze mnie, a nie są to np. przypadkowe rzeczy, których używam, ale równie dobrze mogłabym o nich nie myśleć przez tydzień i byłoby okay.

Jednak nie przedłużając już bardziej — oto moja lista. Jak już wspomniałam, starałam się wyrzucić największe oczywistości, ale bez niektórych jednak ta lista nie byłaby kompletna.

Słuchawki

Chyba każdy z nas posiada parę. Ja nie należę do sprzętomaniaków, więc mój 
sprzęt kosztował 3 dychy i jest to bodajże czwarty model tych samych Panasoniców. Po co zmieniać coś, co tak dobrze służy? Poza tym, że używam ich zawsze będąc na mieście, to bardzo często mam je w uszach we wnętrzach. Wiem, że to może bucowate (nikt, nigdy nie przekona mnie, że taki przymiotnik nie istnieje!), ale gdy siedzę sama w kawiarni i coś czytam/uczę się, to nie wyobrażam sobie słuchania tych wszystkich szumów i muzyki puszczanej przez dany lokal. Dlatego naprawdę nie rozumiem fenomenu wszystkich playlist z nagranym szumem z restauracji, który mnie zwyczajnie irytuje.

Ale ja gdybym mogła, to żyłabym w sterylnej ciszy, a że szansa na znalezienie takich warunków jest bliska zeru, jeśli nie mieszka się na pustkowiu (choć założę się, że tam pewnie irytowałby mnie szum wiatru), to pozostaje mi spędzać w słuchawkach na uszach zdecydowaną większość czasu spędzonego w domu przy biurku, czy właśnie w knajpach przy książce/notatkach. Szkoda, że nie mogę w nich pisać matur.

Nie lubię żadnych szumów i szmerów, tak — kolejne popularne playlisty z odgłosami natury również mnie rozpraszają, więc gdyby nie świadomość, że kiedy jestem gdzieś sama, to zawsze mam możliwość odciąć się od dźwięków świata barierą mojej ulubionej muzyki, to prawdopodobnie niekiedy nie byłabym w stanie wyjść z domu.

Momentum

Jest to chyba jedna z największych pierdółek w tym zestawieniu, ale daje mi dużo radości. Otóż jest to wtyczka do Chrome’a (nie mam pojęcia, czy da się ją zainstalować w innych przeglądarkach), która zastępuje domyślny wygląd nowej pustej karty. Zamiast właśnie podstawowego widoku dostajemy możliwość podziwiania wspaniałych zdjęć z całego świata oraz prawdziwe i życiowe cytaty (ale nie pseudo motywacyjne). Dane zestawienie możemy oglądać przez 24 godziny, po czym zmienia się i krajobraz, i aforyzm. Dodatkowo można dodawać do ulubionych zarówno fotografie, jak i cytaty, dzięki czemu w każdym momencie można do nich wrócić i zobaczyć/przeczytać je jeszcze raz.

Doceniam tę wtyczkę, bo po prostu lubię obcować z ładnymi rzeczami i zwyczajnie przywykłam już do tego, że kiedy pierwszy raz danego dnia zasiadam do mojego laptopa, to sprawdzam, czym uraczyło mnie dziś Medium. Bardzo fajna sprawa.

Spotify

Spotify mam już od bardzo dawna. Jak tylko dowiedziałam się, że to usługa wchodzi do polski, to zaczęłam jej wyczekiwać i od razu po premierze stała się moim głównym źródłem muzyki. W tej aplikacji i programie doceniam przede wszystkim łatwość układania i znajdowania nowych playlist. Praktycznie nigdy nie słucham muzyki albumami lub wykonawcami, więc dostęp do tylu gotowych list i automatyczne propozycje Spotify, co mogę dodać do swoich playlisty, są dla mnie niezastąpione.

I choć Spotify ma swoje mniejsze grzeszki, to nie będę zamieniała jej prawdopodobnie nigdy na żaden inny serwis streamingowy z jednego prostego względu. Otóż niezbyt widzi mi się przenoszenia parudziesięciu własnych playlist na inne konto i szukania substytutów tych, które obserwuję i regularnie słucham. Przez wiele lat udało mi się tam zgromadzić naprawdę spory zapas muzyki i po prostu wygodna jest dla mnie świadomość, że zawsze i wszędzie mam do nich dostęp.

Perfumy

Jestem jedną z tych osób, które potrafią używać jednych perfum przez lata. Nie wiem, czy podpada to pod wytłumaczenie, ale bardzo długo przyzwyczajam się do jakichkolwiek nowych zapachów w moim otoczeniu. Mam chyba całkiem dobry węch, więc kiedy ktoś przypadkowo psiknie mnie swoimi perfumami, to potem mam wrażenie, jakby owa osoba chodziła za moimi plecami przez cały dzień.

Chyba właśnie dlatego lubię swój jeden stały zapach, który już prawdopodobnie zawsze będzie po prostu mój. Pewnie kiedyś w końcu się przełamię i zacznę szukać czegoś nowego, ale uważam, że dobrze mieć właśnie takie swoje podstawowe perfumy. Najprawdopodobniej to siła sugestii, ale po prostu dobrze czuję się mając je na sobie, bo przez ostatnie 2 lata stały się w jakiś sposób częścią mnie.

Szminka na ustach

Chyba nie ma niczego, co dodaje mi większej pewności siebie i bardziej poprawia humor niż pomalowanie ust ulubioną szminką. Nawet kiedy jestem po nieprzespanej nocy i nie potrafię znaleźć sił nawet na zasznurowanie butów, to nie wyobrażam sobie wyjścia bez pomalowanych warg. Mogę olać cały makijaż, ale bez tego jednego elementu czuję się po prostu źle i paradoksalnie nienaturalnie. I choć to głupie, to mam do tego pełne prawo.

1 “pusta” godzina rano

Problem, z którym walczę od wielu lat jest taki, że mój organizm uwielbia wstawać wcześnie rano przed wszystkimi, a ja kocham siedzieć po nocach. Tym sposobem czas na sen skraca się do niezbędnego minimum, ale nie o tym chciałam pisać. Pewnie kiedyś zrobię o tym dłuższy post, bo jest to dla mnie dość ważny temat, ale teraz chcę po prostu zaznaczyć, że uwielbiam wstawać o piątej i mieć pustą godzinę z rana. Nazywam tak czas, w którym jestem już przygotowana do wyjścia o siódmej rano z domu. Wszystko mam spakowane, przygotowane itd. i mogę sobie po prostu posiedzieć. Wziąć ulubiony kubek z ulubioną kawą, puścić muzykę i… w sumie tyle. Ma to dla mnie o tyle ważne znaczenie, że pozwala mi się wyciszyć z rana i przemyśleć po nocy, na trzeźwo, wiele spraw.

Spacer z punktu A do punktu B dłuższą drogą

Uwielbiam spacerować. Jest to chyba największa zaleta posiadania psa. Nieważne czy na zewnątrz jest minus 20 stopni, czy właśnie trwa oberwanie chmury — mojego psiaka to nie obchodzi, a ja w spokoju mogę sobie kroczyć przed siebie niezależnie od pogody. Ale poza tradycyjnymi spacerami lubię też po prostu wybierać dłuższe drogi w dane miejsce. Nie znoszę się spóźniać, więc zazwyczaj wychodzę wcześniej niż powinnam. Poza tym nie lubię czekać, więc kiedy mam np. godzinę do busa do domu, to zamiast siedzieć na przystanku, wolę przez tę godzinę przejść najdłuższą możliwą trasę i dopiero wtedy skręcić w kierunku dworca autobusowego.

Każdego dnia potrzebuję chwili, kiedy mogę zebrać myśli. Najwygodniej mi się to robi, idąc przed siebie dobrze znanymi ścieżkami. Dlatego nieważne czy jest naprawdę zimno, czy przerażająco gorąco — potrzebuję mojej dziennej dawki tuptania bez żadnego celu, żeby nie zwariować do końca.

**

Tak wygląda i tak skrócona lista tych małych, ale ważnych dla mnie rzeczy i czynności. Było ich trochę więcej, ale stwierdziłam, że o niektórych z tych spraw wolę napisać oddzielny tekst.

Tak jak już wspominałam, nie spodziewałam się, że wyjdzie tego tak dużo,, ale nie uważam, że to coś złego. Głównie, że większość z tych rzeczy, to po prostu dodatki do życia, które sprawiają, że ono jest moje i że to ja je kontroluję. Albo przynajmniej mam takie wrażenie.