Moja dola — odc. 1 pt.: “1/8 Niemca”

Przedwojenny dziadek do orzechów po przedwojennym pradziadku
Nazwisko w Polsce Toll. Na czerwono moje ziemie ojczyste. W Gdyni ciotka. W Opolu Pani profesor edukacji z II LO :)

Chodźmy na skróty: jestem w 7/8 polskim chłopem i w 1/8 potomkiem spolszczonych na początku XX wieku Niemców. W Reymontowskich lipcach byłbym zasadniczo po stronie Antka Boryny i reszty towarzystwa w ich sporze z niemieckimi osadnikami, wśród których byłby być może mój pra-pradziadek i pra-prababcia. Ich syn — mój pradziadek był wychowany, jak się zdaje, po polsku. Nazywał się Jan Toll i był dzieckiem niemieckich osadników, przy czym jego ojciec pochodził zdaje się z Niemiec właściwych, a jego matka był Niemką z Warmii.

Soluchowie ziemi czarnej

Tradycji niemieckości nie podtrzymywali. Być może ta sama fala popularności polskości, która kazała Janowi Minclowi z Lalki uważać się za pełnoplemnikowego Polaka, i im kazała przejść na stronę tymczasowo ujarzmionej ludności miejscowej. Dziadek był kupcem, właścicielem sklepu. Wydaje się, że dziadek przyniósł ze sobą do mojej rodzinnej wsi elementy nowej kultury biznesowej. Krew niemiecka połączyła się z polską. Jan Toll skrzyżował narządy płciowe z babcią Soluszką.

No nie pamiętam teraz imienia. Urodziła im się moja babcia Leokadia, moja ciocia-babcia Eugenia, Teodor i jeszcze kilku braci, których imion również nie pamiętam. Teodora (Teosia) zapamiętałem, bo zginął razem ze swoim ojcem w początkach września 1939 roku. Mieszkańcy wsi podczęstochowskich spodziewali się wówczas, że główne natarcie Niemców pójdzie właśnie w tę stronę i postanowili uciekać. Pradziadek Jan chciał uciekać w kierunku Janowa z moją ciocio-babcią, jedyną z rodzeństwa, którą dane mi było poznać. Ona jednak bardzo się bała i nie chciała wsiąść na ojcowy rower. Opierała się tak bardzo, że dziadek zamiast niej zabrał ze sobą jej młodszego brata Teosia. Obaj zginęli w okolicach Janowa. Leżą do dzisiaj na tamtejszym cmentarzu. Gienia, wówczas chyba 10 albo 12 letnia dziewczynka bardzo to przeżyła. Obwiniała się chyba o śmierć braciszka. Mówiła mi o tym jeszcze na rok przed śmiercią. Bardzo mocno to przeżyła.

Z babią Gienią, o której będę miał jeszcze wiele do powiedzenia, sprawa była ciekawa. Otóż była ona świadoma, że jej ojciec był synem dwojga Niemieckich rodziców, ale w jej głowie nie postała myśl, że ona sama, jest w połowie Niemką. Takie blind spot się zdarzają. Babcia Gienia (będę ją nazywał babcią, bo nią była — po przedwczesnej śmierci siostry przejęła wobec mnie funkcję babciną) opowiadała mi, że podczas wojny służyła za tłumaczkę w trudnych relacjach pomiędzy ujarzmioną ludnością miejscową a żołnierzami niemieckimi. Być może dziadek chciał przekazać swoim dzieciom przynajmniej tę odrobinę niemieckości, jaką stanowi mówienie po niemiecku. Sam dziadek na pewno mówił po niemiecku. Wśród Gieniowych opowieści o jej ojcu utkwiła mi szczególnie w pamięci następująca scena. Jest rok 1939-ty. Wokół dziadka Jana i jego radia (zdaje się jednego z kilku, albo może i jedynego tego typu urządzenia we wsi) zbierają się Wręczycanie i słuchają radiowego przemówienia Adolfa Hitlera, które mój dziadek tłumaczy z niemowy na polski. Przemówienie kończy się słowami: “Skoro ma być wojna, niech będzie wojna”. To zdanie babcia Gienia zawsze przytaczała również po niemiecku. Czuję się jakbym sam był świadkiem tej sceny. Nastrój ponury i poważny. Dziadek powoli tłumaczy kolejne słowa. Jest letni wieczór — zanosi się na burzę. Jak bym ich widział.

Na dzisiaj tyle. W kolejnym odcinku “Mojej doli” przeniesiemy się w wyobraźni do przedwojennej częstochowskiej rzeźni, w której pracuje mój właśnie mój nieletni dziadek-poeta.

One clap, two clap, three clap, forty?

By clapping more or less, you can signal to us which stories really stand out.