Pierwsza naprawdę ulubiona piosenka mojej córki

Od czasu kiedy słuchanie muzyki metalowej objawiło mi się jako znakomity sposób na unieruchomienie córki przed ekranem komputera, Jagoda słucha sobie od czasu do czasu czegoś mocniejszego.

Zaczęło się od tego, że polubiła oglądanie “pana na perkusji”, czyli Josha Steffena. Podzielając w tym względzie gusta ojcowskie, panienka J., ze szczególnym zainteresowaniem słuchała dłuższych setów złożonych z coverów Slayera, ze szczególnym uwzględnieniem utworu “Seasons in the Abyss”.

Po jakimś czasie jej gust zaczął ewoluować w kierunku zbliżonym do postpunka, aż w końcu stała się prawdziwą fanką System of a Down. Grupa amerykańskich Ormian uzyskała do jej aparatu słuchowego szerszy dostęp, gdy płyta “Tixicity” wylądowała w samochodowym odtwarzaczu CD. Od tego momentu muzyka SOAD stała się stałą ścieżką dźwiękową naszych podróży samochodowych. Panna J. domaga się tego “pana na perkusji” od momentu odpalenia silnika. Słucha. Macha głową. No właśnie. Nie wiem, czy podłapała headbanging od ojca, czy też machanie głową jest przy słuchaniu ostrzejszego brzmienia czymś naturalnym. Tak czy owak, mogę powiedzieć, że moja córka opanowała zasady rzucania wszarzem w wieku lat 2,5.

Wszystko to jest już dla nas standardem. Dzisiaj jednak stało się coś nowego. Przynajmniej ja to jako nowość odczułem. Jechaliśmy sobie jak gdyby nigdy nic do babci słuchając “Toxicity” od pierwszego numeru. Kiedy dojechaliśmy pod właściwą kamienicę, zabrzmiały właśnie pierwsze dźwięki gitar z Chop suey.

Zatrzymałem samochód i nagle Jagoda powiedziała: “Tata, jedziemy jeszcze, słuchamy pana na perkusji”. W ojcowskim moim oku zaświeciła łza. Moja córka ma pierwszy utwór, którego może słuchać w kółko. Nieodrodna córka ojca swego. Gdyby ktoś zbadał historię mojego aparatu słuchowego, odkryłby na pewno, że przez znaczną część życia słuchałem kilku zaledwie utworów. Na pewno Seasons in the Abyss byłby na jednym z pierwszych miejsc. Może na pierwszym? Welcome home wiadomego zespołu, od nazwy którego nie potrafię ułożyć dopełniacza, który by głupio nie wyglądał (Metalliki? Metallicy?), byłoby bardzo wysoko. Na pewno Inner self Sepultury, Dunkelheit Burzuma, Gaia Tiamatu.

Z rzeczy poza metalowych, aria barytonowa z kantaty Aus der tiefe Bacha.

Ostatnio tamte evergreeny w tym wirtualnym zestawieniu poczuły na sobie oddech szlagierów SOAD, ale na razie te ostatnie pewnie ciągną się i tak w trzeciej dziesiątce pod względem ilości przesłuchań.

Pozwólcie mi na jęk: Czy po 40-tce będę miał jeszcze jakieś ulubione utwory? Czy już zawsze będę wraca do tamtych zakotwiczonych w nastoletnich leciech?

Ech… Przed Jagodą jeszcze cała ta przygoda. Od jutra spróbuję ją przekonać do Lost Society. Może zagustuje w thrashu nowszej generacji.

A może to te delikatne gitarki z chop suey są przyciągnęły, a nie mocniejsze uderzenie, które po nich następuje? W takim razie trzeba by ją uraczyć czymś łagodniejszym. Na razie nie mam pomysłów, bo pochodzę z pokolenia, dla którego wszystkie utwory zawierające nawet najmniejsze wstawki gitar nieprzesterowanych były balladami, a więc czymś komercyjnym i nie godnym nawet jednego zarzucenia grzywą. Chyba, że po gitarach następowało tzw. wejście. No, to co innego.

Tak czy owak, jutro pierwszy dzień reszty naszego życia. Hej hop…

Like what you read? Give Marcin Pietrzak a round of applause.

From a quick cheer to a standing ovation, clap to show how much you enjoyed this story.