Ścieżką i fiordem #1 // Pokój niechcąco gościnny, czyli Allemannsretten

Było to piękne miejsce, w sam raz na instagrama, pasujące do hasztagu „#nofilter”.

Nasze pojawienie się wypłoszyło z krzaków kota, który w panice rzucił się na absolutnie pionową skałę. Łamiąc zasady grawitacji kilkoma susami dotarł do połowy, obrócił się, spojrzał na nas i jeszcze raz ocenił zagrożenie. Po kolejnych skokach znalazł się na szczycie, napiszę to znów, absolutnie pionowej skały. Wtedy jeszcze mnie to dziwiło, ale później co chwilę znajdowałam kolejne dowody na to, że Wikingów, i wszystko co wikińskie, obowiązują inne zasady fizyki, a już na pewno BHP.

Przez całą drogę z lotniska do Bergen ciągną się domy z impregnowanego drewna. Klasyczna czerwień — owszem, ale i biel, błękit, nierzadko żółcienie. Każda powierzchnia w miarę płaska jest tutaj zagospodarowana. Jeśli braknie powierzchni płaskiej — na przykład do parkowania auta, można ją sobie sklecić z drewna i osadzić na równie drewnianych wspornikach gdzieś w powietrzu. Ewentualnie wykuć w skale, bo i takie garaże dało się zauważyć.

Ściany domów są właściwie przedłużeniem urwiska. W większości przypadków nie ma tu żadnych barierek, płotów czy siatek przez co trudno jest zboczyć z głównej ulicy tak, żeby nie wleźć komuś na posesję. Dlatego z wdzięcznością przyjęłyśmy kawał niezabudowanej trawy nad zatoczką, który odnalazłyśmy w okolicach dziesiątego kilometra wędrówki.

Jak już wspomniałam — było to piękne miejsce, bez filtra.

Fiord wgryzał się w ląd, na którym w oddali stała szopka z drewna i przewrócona do góry dnem łódka. Woda była czysta i cudownie zimna, co natychmiast zostało docenione przez moje stopy. Ponad powierzchnię wychodziła, oczywiście w pionie absolutnym, skała, w którą — nie wiadomo jak — wkomponowały się drzewa. Przy większym podmuchu wiatru sypały żółtymi liśćmi. Ulica główna, znajdująca się przecież niedaleko, szumiała lekko, ale ruch był mały. W końcu w tym państwie jest tylko 5 milionów ludzi. Jest pusto. Nikt nie krzyczy, nikt nic nie chce, nikt nie rozmawia przez telefon, nikt nie oglądał głośno telewizji. Pachnie roślinami wszelkiego rodzaju. Przy drodze głównej do drugiego co do wielkości miasta w tym kraju.

Zostałyśmy tam chyba dwie godziny. Była drzemka w słońcu, był obiad z puszki i zachwycanie się bezludziem przy drodze głównej. Myśli same powędrowały to czasów zaprzeszłych. Bo kiedyś, dawno, dawno temu, było tak, że w podróży można było się położyć gdziekolwiek i odpocząć za darmo, prawda? Było tak, że żyło za mało ludzi, żeby wszystko zagrodzić, sprywatyzować i nałożyć opłaty za kawałek zielonej trawy. Kiedy usiadłeś, nikt do ciebie nie podbiegał po 2 minutach i nie pytał sugestywnie „co podać?”, ani nie sprzedawał wrzątku za złotówkę. A kiedy człowiek kładł się z głowa na mchu, nikt komentował w głowie poziomu jego ucywilizowania. Kiedyś tak było, prawda?

Dopiero na odchodnym, kiedy rzuciłyśmy po raz ostatni okiem na piękne miejsce #nofilter naszą uwagę przykuł komunikat na bardzo skromnej w rozmiarach plakietce:„PRIVAT”.

[Nie pozostaje mi nic innego, jak podziękować właścicielom za miejsce do spania i jedzenia, za widok i możliwość moczenia schodzonych stóp we fiordzie, za skandynawskie Allemannsretten — prawo każdego człowieka do kontaktu z naturą. Odwdzięczę się przy pierwszej okazji.]