8 rzeczy, których dowiesz się o sobie odcinając się od Social Mediów

Odchodząc od dotychczasowej konwencji, tym razem o bardziej prywatnych doświadczeniach i eksperymencie, który właśnie na sobie samym przeprowadzam. Koniec starego i początek nowego roku to dobry czas na zmiany, postanowienia i wyciągania z nich wniosków.

Zaraz po świętach Bożego Narodzenia, po kolejnej burzliwej dyskusji za pomocą Facebooka czy Twittera (nieistotne w sumie gdzie i z kim dokładnie), postanowiłem zrobić coś, o czym myślałem od dawna, że czas najwyższy zrobić: odciąłem się od Twittera i Facebooka.

Kilkanaście dni trwa ta krótka lekcja o sobie, o innych i o tym jaki wpływ mają nowe media na mój świat.

Cisza.

Pierwsza rzecz jaką zauważyłem po skasowaniu profili i odinstalowaniu aplikacji to cisza. Brak powiadomień, przychodzących całą dobę na okrągło, wiadomości prywatne, grupowe, komentarze, opinie, bezwartościowe i ważne. Szum, piknięcia dystraktorów niemalże bez przerwy. Nagle mogłem się skupić na książce, położyć się na kanapie i zapomnieć o istnieniu smartfona. Brak bodźców, które stały się zbyt istotnym elementem mojego życia stał się mocno odczuwalny.

Czas.

Social Media pożerają ogromną ilość czasu, a przynajmniej tak jest w moim wypadku. Nie jestem pewien, czy warto się od nich zupełnie odcinać, ale czas detoksu uświadamia, ile czasu kradnie nam świat stworzony przez Dolinę Krzemową. Facebooka używam dłużej niż ma on polską wersję językową, czyli dłużej niż 7 lat. Nawet nie próbuję oszacować ile czasu mojego życia, przeciekło mi między klawiaturą. Jedno jest pewne, media społecznościowe od irca, przez naszą klasę aż po snapchata ukradły mi spory kawałek życia.

Przyjaciele.

Od chwili wyłączenia profili zaczęło się też trochę komplikacji. Kilka sms-ów dziennie z pytaniem co się stało? Nie jest to wiele, zważywszy na tysiące ludzi, z którymi zazwyczaj miałem kontakt codziennie przez SoMe. Niektórzy myśleli że ich zablokowałem, inni nie dowierzali, że akurat ja mogę zdecydować się na takie posunięcie.

Inna sprawa, że od dawna moje relacje osobiste cierpiały przez media społecznościowe. Po pierwsze z racji czasu, jaki zabierają, a po drugie z powodu ciągłych powiadomień przychodzących na telefon w trakcie spotkań. Nie jestem wyjątkiem. Ten problem dotyczy większości znanych mi osób. W dużym stopniu dotyczy mnie. Umiejętność wyłączenia, odłożenia smartfona na chwile spędzane z innymi to w moim przypadku coś, nad czym zdecydowanie muszę popracować.

Uzależnienie.

Ewidentnie jestem przypadkiem uzależnionym od sieci. FOMO (the Fear of Missing Out)jako dysfunkcja to na pewno coś co mnie dotyczy, mimo że nie jestem nastolatkiem. Wiem już z pewnością, że potrzebuję robić sobie przerwy od mediów społecznościowych i że brakuje mi dystansu. Moje zaangażowanie w dyskusje na Twitterze i Facebooku z pewnością warte jest lepszej sprawy. Uznanie, że to uzależnienie uczciwie przed samym sobą to dobry punkt wyjścia do uporządkowania wielu spraw.

Prywatność.

Cokolwiek byś nie robił, jakkolwiek byś ostrożnie nie postępował, to aktywne używanie mediów społecznościowych, żywy udział w dyskusjach zabiera ci coś bardzo cennego — prywatność. Prywatność przecieka jak przez sito, poprzez tysiące śladów, które zostawiasz w sieci. Trzeba być tego świadomym i zdawać sobie sprawę, że taka jest cena ich używania. Nie będę przytaczał przykładów. Każdy z nas wie, że obserwują nas znajomi, którzy nie komentują i nie dadzą like’a. Każdy wie, że nasze komentarze są czytane przez wielu ludzi, którzy dotychczas się nami nie interesowali, a teraz zaczynają. Każda nasza wypowiedź, choćby nie wiem jak prywatna może zostać zescreenowana i na zawsze zostać w sieci i żyć swoim życiem.

Share or die.

Trafiasz na ciekawy tekst, w twoim życiu dzieje się coś ważnego, jesteś w ciekawym miejscu? Robisz to samo co miliony ludzi na świecie — publikujesz. Wrzucasz zdjęcie, opinię, linka na któryś z wielu kanałów SoMe. Niektórzy, a do nich należę i ja, potrafią opublikować swoje wrażenia w kilku na raz, od tumbrla przez pinteresta, instagrama, po facebooka, twittera, Google plusa i wreszcie Snapchata. Zdecydowanie łapię się na tym, że chęć dzielenia się z innymi tym co myślę, czytam, widzę, jem, przeżywam, ma u mnie postać wynaturzoną. Niby sam z siebie żartuję, że „jedzenie opublikowane na Instagramie lepiej smakuje”, albo „co nie opublikowane to nie przeżyte”, ale w sumie gorzka to konstatacja. Odwyk dobrze uświadamia, że życie poza siecią jest równie autentyczne a nawet dużo lepsze.

Rezygnując z mediów społecznościowych rezygnujesz również z miejsca ekspresji i dystrybucji tego co piszesz. Jeśli jesteś kimś, kto uważa że ma coś do powiedzenia to może być to problem.

Kontent.

To co mnie zawsze zachwycało w mediach społecznościowych to możliwość poznania ludzi, których pewnie inaczej nigdy bym nie poznał. Poznałem również tysiące ciekawych miejsc w sieci, wiele lektur, filmów, miejsc gdzie toczy się dyskusja na tematy, który mnie kręcą, interesują. Prawdopodobnie do wielu z tych miejsc nie trafiłbym inaczej. Łatwość dzielenia się linkami, tworzenia grup tematycznych, wreszcie brak problemów z odległością, różnicami między strefami czasowymi, sprawia że znika dystans, znikają przeszkody w transferze wiedzy, doświadczeń. Jednak, nawet kiedy ostro selekcjonujesz grono tych, których czytasz, śledzisz, to 90 procent z tego na co trafiasz to po prostu bullshit. Wszyscy wiemy że nie ma sieci bez kotków, ale problem jest dużo szerszy. Media społecznościowe doskonale dystrybuują treści, które nie są nic warte, a nawet są zwykłym kłamstwem, plotką, oszczerstwem, insynuacją, propagandą, spamem itd. Pytanie czy korzyści przeważają straty jest naprawdę zasadne. W moim przypadku uważam, że bilans nie wypada pozytywnie. Mało kto ze znanych mi osób, nie wpadł w pułapkę udostępnienia jakiejś fejkowej informacji czy wrzucenia jakiegoś idiotyzmu pod wpływem alkoholu. Niewielu jest naprawdę odpowiedzialnych, dobrych i inteligentnych kuratorów treści. Bardzo niewielu jest tych, których ci brakuje kiedy jesteś offline.

Kilka książek, które udało mi się przeczytać w czasie zaoszczędzony w ten sposób, zdecydowanie ubogaciło mnie bardziej.

Emocje.

Tak naprawdę dopiero używanie facebooka jako miejsca dyskusji pokazało mi już wiele lat temu, że kompletnie nie potrafię wyluzować. I choć poglądy mam stabilne od lat, to tak na chłodno nie potrafię powiedzieć, czemu tak bardzo emocjonalnie się angażuję w dyskusje online, w przekonywanie innych do swoich racji? Czemu tracę czas na demaskowanie różnych przekłamań i manipulacji? Szczerze? Nie mam pojęcia. Wiem, za to że ładunek emocji jaki wnosimy w społecznościówki bywa bardzo ciężką i ostrą amunicją. To czym się obrzucamy raczej nie spływa swobodnie po nikim. Hejt bywa strasznie bolesny, a ludzie potrafią sobie zrobić ogromne krzywdy. Od wyrażania emocji do przemocy werbalnej jest bardzo niedaleko. Przypadków każdy zna wiele. Ogromny ładunek, niczym nieuzasadnionej przemocy jaką napotykasz w sieci to coś co mi dokucza najbardziej i coś, koło czego przejść obojętnie nie potrafię.

Dziś po prawie dwóch tygodniach odcięcia od Facebooka i Twittera jeszcze nie wiem czy tam wrócę. Nie potrafię dziś ocenić czy korzyści przeważają straty. Nie potrafię też ocenić czy jestem w stanie te relacje z wirtualną częścią życia ułożyć sobie lepiej z większą korzyścią dla mnie samego. Na pewno warto robić sobie przerwy. Warto również z dystansu sprawdzić, ocenić na ile internet zmienia nasze życie i relacje. Bez odcięcia nie widać tego tak dobrze.

Jestem natomiast pewien, że ten rok będzie rokiem, w którym moje używanie sieci się zmieni.

One clap, two clap, three clap, forty?

By clapping more or less, you can signal to us which stories really stand out.