Bilet, bagaż i jazda. Singapur.
Singapur to miasto, w którym największą atrakcją nie są antyczne zabytki, czy piękno natury, ale kultura, kuchnia i nowoczesna architektura. Przez swoje położenie geograficzne i kolonialną historię na jednej małej wyspie żyją obecnie potomkowie przybyszów z buddyjskich Chin, sąsiedniej muzułmańskiej Malezji, hinduistycznych Indii oraz kolonizatorów z Anglii. Dzięki twardym rządom przez ostatnie dziesięciolecia miasto stało się ekonomiczną potęgą. Dlatego zamiast odhaczać kolejne zabytki z listy daj się ponieść nogom (i wszystkim zmysłom) przez wielokulturowe ulice Singapuru próbując specjałów lokalnej kuchni, poznając miejscowe zwyczaje i podziwiając dzieła nowoczesnej architektury.


Zatoka
Merlion
Nazwa państwa wywodzi się od sanskryckich słów singa (lew) i pura (miasto). Skoro leży całkowicie na wyspie, to jego symbolem nie mógł być nikt inny niż pół lew, pół ryba — Merlion. Spod jego pomnika rozciaga się świetny widok na zatokę — to dobry punkt na początek podróży.
Po drodze do promenady stoi luksusowy pięciogwiazdkowy Fullerton Hotel, przykład kolonialnej architektury kontrastującej z otaczającymi szklanymi wieżowcami, co dobrze widać od strony następnego celu podróży — Esplanade.


Esplanade
Budynek przypominający dwie połówki duriana — zakazanego owocu. Lokalni mieszkańcy kochają duriany, a nas europejczyków odrzuca ich zapach, który przypomina mi ulatniający się w kuchni gaz ziemny. Esplanade mieści w sobie centrum artystyczne — teatr i salę koncertową. U podnóża budynku znajduje się ścieżka idealna na wieczorny spacer z widokiem na CBD po drugiej stronie zatoki — Central Business District — najwyższe wieżowce Singapuru. Idąc promenadą do końca docieram do Helix Bridge — pieszego mostu w kształcie DNA, który największe wrażenie robi podświetlony po zmroku.


Marina Bay Sands
Po drugiej stronie Helix Bridge stoi najbardziej znany budynek Singapuru — hotel Marina Bay Sands. Jego trzy podstawy — 55-pietrowe wieżowce — przykrywa czwarta, płaska budowla, która przypomina swoim wyglądem statek wpływający do zatoki. Nie dość, że na samej górze znajduje się taras widokowy o powierzchni jednego hektara, to jest tam także basen — infinity pool — w którym niezapomnianą atrakcją jest podpłynięcie do krawędzi i spojrzenie prosto w dół na miasto tętniące życiem. O ile na taras można wejść bezpłatnie w ramach imprezy w klubie na dachu, to aby popływać w basenie trzeba być gościem hotelowym. Nawet jeżeli tak jak ja ulegasz magii spontanicznego szaleństwa, to w tym przypadku będzie ciężko — pokój trzeba rezerwować z dużym wyprzedzeniem. Takie wyrachowane szaleństwo już tak dobrze nie smakuje (za taką cenę!).


Gardens by the Bay
Hotel Marina Bay Sands ma w swoim zanadrzu także bezpłatne atrakcje. Zupełnie za darmo można w środku pooglądać wystawy sklepów najdroższych światowych marek. Mam jednak lepszy pomysł na wieczór. Nie rozstając się z bajkowym klimatem idę kładką prosto z hotelu do ogrodów, które tak jak cała okolica najlepiej oglądać po zmroku. W Gardens by the Bay moją uwagę przykuwa nie tylko równikowa roślinność, ale przede wszystkim superdrzewa — sięgające 50 metrów instalacje, które są zarówno domem dla porastających je egzotycznych roślin, ale także pełnią funkcję użytkową dla parku. Część superdrzew zawiera fotowoltaiczne komórki przekształcające promienie słoneczne na energię potrzebną do podświetlenia parku. Ostatnią ciekawostką dzisiejszego spaceru jest fakt, że stoję na sztucznym lądzie — Singapur zmagając się z problemem ograniczonej i niewystarczającej ilości miejsca sztucznie powiększa swoje terytorium.


Dzielnica chińska i rzeka Singapur
Chinatown
Wysiadając na stacji metra Chinatown wychodzę prosto na Pagoda Street pełną chińskich restauracji i sklepików, jak w każdym chinatown na świecie. Zamiast kupować kolejnego kotka machającego łapą idę spróbować lokalnych przysmaków. Obowiązkowym punktem na Chinatown są dwie świątynie: buddyjska Buddha Tooth Relic Temple oraz, jak na kulturowy tygiel przystało, największa w Singapurze hinduska świątynia Sri Mariamman Temple. Miałem okazję przyglądać się w niej Hindusom celebrującym święta światła — Diwali. Było kolorowo.
Po krótkiej wizycie w tłocznym Chinatown idę po więcej przestrzeni nad rzekę. Do wyboru New Bridge Road lub South Bridge Road, obie warte spaceru. Kierując się na północ mijam Parkroyal Hotel, kolejny pięciogwiazdkowiec wyróżniający się wielopiętrowymi ogrodami.




Quays
Docieram do Singapore River. Na prawo zatoka Marina Bay, którą już odwiedziłem, na lewo Quays — sieć ścieżek nad rzeką, a wśród nich najbardziej znana Clarke Quay. Całą uliczkę przykrywają wielkie parasole, które mają zadanie identyczne z pierwowzorem — chronić przed wszechobecnym słońcem i deszczem. Jak każda nowatorska singapurska atrakcja, najładniej prezentuje się podświetlona po zmroku. To nie wszystko, gdyż cała ulica jest… klimatyzowana. U podstaw parasoli wieje delikatne, chłodne powietrze.
Upał nie daje spokoju, dlatego ratuję się wstąpieniem do Asian Civilization Museum, gdzie można podziwiać dzieła wszystkich singapurskich kultur, jak choćby przykłady arabskiej kaligrafii, kolorowe rzeźby hinduskich bóstw, czy kolonialne banknoty.
Moją propozycją na wieczór jest lokalne piwo Tiger Beer, tak jak warszawiacy lubią najbardziej, w plenerze — na moście Read Bridge.




Dzielnica arabska i hinduska
Kampong Glam
Różnorodności kulturowej ciąg dalszy. Przekraczam rzekę i idę na północ wzdłuż Victoria Street, jedną z głównych arterii centrum miasta. To co urzekło zarówno mnie, jak i większość przybywających tu turystów to niespotykana w europejskich metropoliach ilość zieleni. Rosnące wszędzie przy drogach bujne drzewa sprawiają wrażenie jak gdyby szło się po jednym wielkim zurbanizowanym parku. Po krótkim namyśle odkrywam przyczynę tego faktu — o ile w centrum Warszawy kwiatki na rondzie trzeba posadzić, to w takim klimacie roślinność rośnie czy tego chcemy, czy nie.
Do tak różnorodnego zbioru istniejących na wyspie kultur na początku XIX wieku za sprawą Brytyjczyków dołączyła kultura europejska, a wraz z nią chrześcijaństwo. Na samym początku Victoria Street przy stacji metra City Hall stoi monumentalna anglikańska katedra Św. Andrzeja, do której wstępuję na chwilę.
Dochodzę do skrzyżowania z Arab Street, która jest granicą niewielkiej arabskiej dzielnicy Kampong Glam. Znajduję tu sklepy ze słodyczami, dywanami, a przede wszystkim sziszę. Obowiązkowym punktem spaceru jest krótka promenada usytuowana równolegle do Arab St, którą rozpoczyna imponujący Meczet Sułtana (Masjid Sultan). Polecam odwiedzić Kampong Glam w słoneczny dzień, wtedy ta mała okolica przypomni Agrabah z bajki o Aladynie.


Little India
Czas na najbardziej kolorową dzielnicę Singapuru. Spacer zaczynam na stacji Little India, gdzie nieopodal można zjeść dobry (i tani) obiad w Tekka Centre, oczywiście zgodnie z tradycją — wyłącznie palcami prawej dłoni. Idąc wzdłuż głównej ulicy Serangoon Road odbijam raz w lewo, raz w prawo, aby jeszcze lepiej poczuć klimat okolicy. Po obiedzie polecam złapać na wynos sok ze świeżo wyciskanej trzciny cukrowej lub limonki w jednej z ulicznych budek. Kontynuując zaspakajanie potrzeb, najpierw coś dla duszy w hinduskiej świątyni Sri Veeramakaliamman (nigdy nie nauczyłem się tego wymawiać), a potem coś dla ciała w Mustafa Centre. Ten popularny wśród tutejszych mieszkańców sklep wyróżnia się tym, że na jednym z 6 pięter można dostać wszystko o dowolnej porze dnia lub nocy. Ja też się obkupiłem.




Zakupy, ogrody i plażowanie
Orchard Road
Jeżeli planujemy bardziej wyrafinowane zakupy to powinniśmy się udać przede wszystkim na Orchard Road, długą ulicę będącą siedzibą sklepów światowych marek oraz kilku centrów handlowych, wśród których na największą uwagę zasługuje ION Orchard.
Po takiej dawce globalizacji myślę, że przyda mi się teraz kontakt z naturą i prawdziwymi orchideami. Nieopodal mieszczą się Ogrody Botaniczne, których w zielonym mieście nie można pominąć. Jest tu sporo miejsca do rozłożenia piknikowego koca, ale potrafi się także trafić waran na wolności! Na terenie ogrodów botanicznych znajduje się także wydzielona cześć z ogrodem orchidei.




Mount Faber Park
Przed zasłużonym odpoczynkiem, idę na ostatni trekking do Mount Faber Park. Po niedługim marszu pod górę w nagrodę dostaję widok Singapuru w pigułce. Z jednej strony trzeci co do wielkości na świecie port morski, z drugiej las kilkudziesięciopiętrowych bloków mieszkalnych (gdzieś te prawie 6 mln ludzi musi spać), a w tle odległe drapacze chmur nad zatoką.
Ostatnim przystankiem na fotografowanie w parku jest kładka Henderson Waves. Długa na 274 metry przypomina z daleka wijącego się węża. Ale to nie koniec wrażeń. Pode mną przejeżdżają malutkie samochody — kładka ma wysokość siedmiu pięter. Tak jak pisałem na początku, architektura Singapuru trzyma najwyższy światowy poziom.


Sentosa
Koniec chodzenia, czas odpocząć. Prosto z centrum handlowego VivoCity odjeżdżam kolejką linową na małą wyspę Sentosa. Można tam zwiedzić brata bliźniaka paryskiego Disneylandu — park Universal Studios, ale mnie ciągnie na plażę Palawan. Palmy, piasek i woda — nic więcej mi już nie trzeba.


Kulinarny dodatek
No dobra, jednak coś więcej niż odpoczynek jest mi w życiu potrzebne. Na przykład jedzenie, którego różnorodności nie sposób pominąć w Singapurze.
Zasada numer jeden: je się na ulicy. Na krzesełku, przy stoliku, nawet pod dachem, ale nadal w miejscu publicznym. Takie miejsca nazywają się hawker centre. Nie należy się bać obowiązku jedzenia pałeczkami lub rękoma. Wszystkie odwiedzane przeze mnie miejsca miały dostępne sztućce, a jedzenie pałeczkami lub rękoma uprawiałem wyłącznie dla zabawy.
Zasada numer dwa: zamawiane potrawy lądują na środku stołu, my prosimy o czysty talerz i próbujemy po kolei wszystkiego.
Kolejnym ciekawym sposobem na spróbowanie lokalnych przysmaków jest steam boat. Przy wejściu płacę z góry ustaloną kwotę np. 20 dolarów, wybieram rodzaj bulionu (ostry, średni, łagodny, wege) i siadam przy stole z palnikiem, a przede mną ląduje garnek z zupą. Bulion się gotuje, a ja idę wybrać składniki, które chcę w nim ugotować: muszle, glony, grzyby, same delicje.
Na koniec wspomnę o miejscach zwanych kopitiam, czyli po prostu kawiarniach, gdzie można dostać moją ulubioną kawę, taką do postawienia na nogi w gorący dzień: wysoka szklanka, dużo lodu, kawa i skondensowane mleko.
Poniżej lista przysmaków, które najbardziej utkwiły mi w pamięci. Nie wszystkie udało mi się sfotografować (jeszcze nie było Snapchata), więc odsyłam po więcej do Google.
- Kaya — to na śniadanie, dżem kokosowy, idealny na ciepłe tosty
- Satay — malajska przekąska, małe szaszłyki w słodkim sosie
- Chapati, roti prata — hinduskie pieczywo podawane z róznymi sosami (wszytkie palą przełyk)
- Chilli crab — narodowe danie Singapuru; osobiście spóbowałem kraba w wersji domowej, gdy byłem zaproszony na święto światła do rodziny mojej singapurskiej znajomej
- Char kway teow, mee goreng — malajska odmiana spaghetti bolognese, makaron i smażone mięso, nie wiedzieć czemu zawsze z zielonym ogórkiem polanym ketchupem
- Char siew bao — przekąska tak popularna, że w spożywczaku mają na nie osobną lodówkę, ryżowy pampuch (parowaniec) z mięsnym nadzieniem
- Claypot — pyszne danie podawane w gorącym naczyniu
- Laksa — zupa z czerwonej pasty curry i mleka kokosowego plus dodatki np. krewetki
- Biryani — mój ulubiony kurczak zapiekany pomiędzy warstwami mocno przyprawionego ryżu w szczelnie zamkniętym naczyniu
- Kueh tutu — mały deser z mąki ryżowej i cukru palmowego w charakterystycznym kształcie przypominającym muszlę, zawsze podany na kawałku liścia bananowego
- Mangosteen — po polsku mangostan. Trzeba wiedzieć gdzie złapać, żeby łupina łatwo zeszła. Owoc wyglądem przypomina czosnek, za to smakuje jak winogorono.
- Bubble tea — teraz już wszyscy to znają, herbata z kuleczkami tapioki na dnie
- Teh tarik — miejscowy przysmak, za którym ja nie przepadam, herbata ze skondensowanym mlekiem i mlekiem w proszku
- Lime juice — sok z limonki najlepszy na równikowe upały
- Sugarcane juice — sok z trzciny cukrowej, obowiązkowo świeżo wyciskany, trochę mdły i słodkawy, ale warto spróbować



