Codziennik Australijski (1)

Niedzielny obiad w Australii.

Niedzielny obiad u rodziców Lindy — Asyryjczyków, którzy wyemigrowali z Iranu 50 lat temu. Tato Lindy, Slewo Joseph, 86-letni pan z uśmiechniętymi oczami i spracowanymi dłońmi, oprowadził mnie po swojej farmie i opowiedział swoją historię.

“Iran to niebezpieczne miejsce, zwłaszcza dla nas, chrześcijan. Pracowałem tam w dużej firmie, która wysłała mnie pewnego dnia na 6-miesięczne szkolenie do Anglii. Po powrocie powiedziałem do Margaret, mojej żony: nauczyłem się tam wielu rzeczy, ale to, czego się przede wszystkim dowiedziałem, to tego, że musimy stąd wyjechać. Ciężko jest opuścić swój dom, ale wiedziałem, że jeśli tam zostaniemy, moi synowie zginą walcząc w kraju, który nawet nie jest dla nich.
Jeden z inżynierów, których spotkałem w UK powiedział mi o Australii. Poszedłem więc do swojego szefa i powiedziałem, że chce dostać urlop i tam pojechać.
- Dlaczego tam? — zapytał.
- Bo w Anglii już byłem, teraz chciałbym zwiedzić Australię. — odpowiedziałem z uśmiechem.
Przyjrzał mi się bardzo uważnie.
- Pomogę ci. — powiedział.
Kiedy wróciłem do niego ze stemplem w paszporcie, pozwalającym mi na 3-miesięczny pobyt w Australii, zapytał jeszcze raz:
- Chcesz tak po prostu stracić pracę i swoją przyszłość?
- Moja przyszłość to przyszłość moich dzieci. — odpowiedziałem.
Potem była długa podróż do Bejrutu, stamtąd do Bangkoku i ponad 6 tygodni statkiem do Sydney. Konsul, który sprawdzał mój paszport powiedział mi tylko, że jeśli nie będę mógł znaleźć pracy, mam go odszukać i on mi pomoże. Pracę znalazłem. Moja żona przyjechała niedługo po mnie, z piątką naszych dzieci. Taka podróż, statek, wszyscy mieli chorobę morską, a Margaret była w 7 miesiącu ciąży! Udało się. Wybudowałem dom, kupiłem farmę kurczaków. 1500 jajek tygodniowo, wyobrażasz to sobie?!
Tu były klatki dla kurcząt… o, a tu pakowaliśmy jajka do pudełek. Wybudowałem drugi dom, bo mieszkaliśmy dotąd z siedmiorgiem dzieci w dwóch izbach. Później, kiedy sprzedałem wszystkie kury, pracowałem w szpitalu konstruując i dopasowując instrumenty medyczne. Tu jest mój dyplom za tamte lata pracy… Teraz mam 6 owiec, pomagają mi „kosić trawę”.
Tak, pracowałem ciężko, ale moje dzieci zdobyły wykształcenie, mają pracę, rodziny, mam troje wnucząt. Żaden z moich synów nie nosi przy sobie karabinu. Australia była bardzo dobra dla mnie.”

Potem przybiegł Sinu (13-letni boxer) i zaślinił moje ciastko, koszulę Johna i gazetę pana Slewo.

Sinu to słowo pochodzące z tybetańskiego i oznacza „szczęście”.


Tekst oryginalnie opublikowany na blogu dn. 10/06/2013.