Czego brakuje w dyskusjach o innowacyjności polskiej gospodarki

Dzieci na tym muralu miały różny kolor skóry, ale przemalowano je wszystkie na białe. Fot. Michał Górecki.

Rząd wspólnie ze środowiskami biznesowymi chcą modernizować Polskę i zwiększać innowacyjność gospodarki. Powstają obszerne strategie i nowe fundusze dla startupów, a na konferencjach toczą się dyskusje panelowe o kierunkach rozwoju. Tymczasem innowatorzy z Iraku nie mogą wziąć udziału w konferencji w Warszawie, bo organizatorzy nie są w stanie zagwarantować im bezpieczeństwa.

Panuje zgoda co do diagnozy problemów polskiej gospodarki — tkwimy w pułapce średniego dochodu. Konkurowanie niskimi kosztami pracy przestaje wystarczać, Polacy chcą zarabiać więcej, ale mało innowacyjne przedsiębiorstwa nie są skłonne do podnoszenia wynagrodzeń, bo ich produkcja przynosi zbyt małe dochody. Dalszy wzrost wymaga innowacji i zaawansowanej wiedzy, które pozwolą przesuwać się w górę globalnego łańcucha wartości — ten kto projektuje samochody czerpie większe zyski niż ten, kto je składa. Wyjściem z pułapki średniego dochodu jest przestawienie modelu rozwoju z imitacyjnego na innowacyjny.

Problem jest nowy, ale prawie wszystkie propozycje jego rozwiązania pochodzą z poprzedniej epoki — więcej pieniędzy, mniej regulacji, bardziej przejrzyste prawo. Nikt z rządzących nie miał wiedzy lub odwagi powiedzieć, że to polska kultura jest ciężarem i jeśli chcemy dogonić Zachód, to powinniśmy ją zmienić. Nasza gospodarka potrzebuje zaufania, otwartości, tolerancji i współpracy — to są elementy, które napędzają kreatywność i innowacje. My jednak zmierzamy w zupełnie przeciwnym kierunku.

Zaufanie, kapitał społeczny i polski folwark

Polsce brakuje kapitału. Kapitału społecznego. W pojęciu tym mieści się wszystko, co wpływa na zdrowe relacje społeczne, skłonność do współpracy i dbałość o wspólne dobro. Według Francisa Fukuyamy kapitał społeczny to:

Zestaw nieformalnych wartości i norm etycznych wspólnych dla członków określonej grupy i umożliwiających im skuteczne współdziałanie.

Znaczenie kapitału społecznego podkreśla porównanie z kapitałem ludzkim. W przypadku kapitału ludzkiego mamy do czynienia z indywidualną konkurencyjnością — jestem lepszym kandydatem na dane stanowisko, bo mam lepsze wykształcenie i doświadczenie zawodowe. W przypadku kapitału społecznego chodzi o konkurencyjność zespołową — skuteczniej osiągamy cele jako wspólnota dzięki relacjom, które nas łączą.

Badania potwierdzają, że kapitał społeczny ma ogromne znaczenie dla rozwoju gospodarczego — ułatwia negocjacje, obniża koszty transakcji, skraca procesy, zmniejsza korupcję, sprzyja długoterminowej współpracy i upowszechnianiu się wiedzy oraz zapobiega nadużywaniu dobra wspólnego. O ile w krajach słabiej rozwiniętych (czyli także Polsce) głównym zasobem rozwojowym jest kapitał fizyczny i ludzki, o tyle kapitał społeczny jest niezbędnym elementem gospodarki opartej na wiedzy, charakterystycznej dla krajów wysoko rozwiniętych.

Dla nikogo, kto przeżył w Polsce kilka lat nie będzie zaskoczeniem, że nasz kapitał społeczny jest fatalny. Zaufanie w naszym kraju należy do najniższych na świecie.

· Polska nieufność jest wyjątkowa — wg Edelman Trust Barometer „nie ufamy władzom, mediom i przedsiębiorcom (…) tylko u nas występuje tak duża nieufność skierowana w każdą stronę.”

· Z Europejskiego Sondażu Społecznego (ESS 2014) wynika, że mniej od Polaków ufają sobie tylko mieszkańcy Bułgarii, Cypru i Słowacji.

· “Diagnoza społeczna” — tylko 15,4 proc. badanych Polaków deklaruje zaufanie względem innych.

· Badanie Instytutu Badań Edukacyjnych w polskich szkołach: tylko 24 proc. badanych uczniów uważa, że „ludziom można ufać w większości sytuacji”. Aż 64 proc. z nich zakłada, że „dla większości ludzi ważniejsze są ich własne korzyści niż dobro wspólne”. Z tym, że „Polacy mają trudności z bezinteresowną współpracą”, zgodziło się 55 proc. uczniów.

Z brakiem zaufania i niskim kapitałem społecznym łączy się zjawisko „polskiego folwarku” — patologicznego modelu zarządzania charakterystycznego dla polskich organizacji. Socjolog Janusz T. Hryniewicz uważa, że w XXI wieku nasza kultura wciąż przesiąknięta jest wzorami zachowań panów i poddanych.

[Na folwarku] kierownicy mieli nieskrępowaną władzę, ich decyzji nie ograniczały żadne przepisy. U chłopów z kolei wykształciło się, wymuszone lub uwewnętrznione, posłuszeństwo, połączone jednak z brakiem odpowiedzialności.

W raporcie Reforma Kulturowa 2020–2030–2040 Jacek Santorski wymienia m.in. takie cechy „folwarczności” organizacji:

· apodyktyczny, kapryśny lider; niewyjaśnianie arbitralnych decyzji; kontrolowanie detali według swojej wizji;

· autokratyczne, ograniczające inicjatywę relacje;

· wyróżnianie i chronienie pozycji szczególnie oddanych, posłusznych, konformistycznych pracowników („święte krowy”), nietolerowanie opozycji;

· „odbieranie sobie” przez pracowników krzywd i niesprawiedliwości przez wynoszenie rzeczy, używanie narzędzi;

· personalne oceny, destruktywna krytyka, donosy, negatywna rywalizacja, intrygi;

· chronienie się w małych grupkach, amoralny familiaryzm, blokowanie przepływu informacji i współdziałania z osobami z zewnątrz grupy (tzw. silosy w korporacjach).

Brzmi znajomo?

Jacek Santroski uważa, że przez ostatnie 25 lat kultura polskiego folwarku współgrała z panującym u nas modelem kapitalizmu. Ale to się skończyło.

Struktura hierarchiczna może się sprawdzać, dopóki przedmiotem biznesu jest prosta powtarzalna produkcja, konkurowanie ilością, ceną oraz układami w dostępie do zamówień (…). I to się właśnie kończy. Wyczerpuje się ekonomia nisko rosnących owoców. Trzeba sięgać po nowe technologie, małe i średnie firmy powinny się łączyć w grupy. Ale małe firmy (…) się nie łączą. Bo Polak Polakowi wilkiem, każde sioło woli wegetować osobno. Raz trochę lepiej, raz trochę gorzej, byle przetrwać (…) Żeby nie wiem jak duże pieniądze popłynęły z Unii na innowacyjność polskiej gospodarki, to przy hierarchicznej strukturze naszych firm nic z tego nie będzie.

Klątwa rogala

W raporcie Reforma Kulturowa 2020–2030–2040 Jacek Żakowski pisze o istniejącym od dawna podziale Europy na dwie kategorie państw — kraje „trzonu” (rozciągające się od Szwajcarii przez Austrię, Niemcy, Holandię, aż po Norwegię i Finlandię) oraz „rogal”, do którego należy też Polska (od Irlandii przez Portugalię, Włochy, Grecję po Litwę). Kultury obu grup państwa znacznie się różnią.

Nasza połowa ma deficyt handlowy i płatniczy, a tamta ma nadwyżkę. Mamy dużo większe rozwarstwienie i bezrobocie, a mniejszą wydajność pracy; dużo bardziej zatruwamy powietrze, zużywamy dużo więcej energii w stosunku do PKB, wydajemy proporcjonalnie mniej z budżetu na zdrowie i badania, jesteśmy mniej innowacyjni, mniej sobie ufamy, mniej się angażujemy społecznie, mniej czytamy, wcześniej przestajemy się uczyć, częściej ulegamy wypadkom i jesteśmy biedniejsi.

Żakowski zwraca uwagę, że na pierwszy rzut oka państwa rogala i trzonu są podobne — są rynkowymi demokracjami. W rogalu panuje jednak większościowy model demokracji, a w trzonie uzgodnieniowy (konsensualny). Instytucje i prawa niby są te same, ale ich wykorzystanie w praktyce bardzo odmienne. W trzonie dominuje współpraca oparta na kompromisach. U nas — walka i narzucanie innym swojej woli. Może nam się wydawać, że u nas władza jest bardziej sprawna, bo decyzje zapadają szybciej, ale to nieprawda. Przychodzi nowy rząd lub nowy dyrektor i wywraca wszystko do góry nogami.

Nikt nie jest już nieomylny. Politycy i menedżerowie też. Coraz wyraźniej wygrywa więc ten, kto lepiej integruje kompetencje i wpływy. W firmie, w partii, w kraju. To wymaga słuchania, szerokiej debaty, powszechnej partycypacji, równego traktowania, realnego współdecydowania.

Kto chciałby przeprowadzić się do Polski?

Niedawno czytałem amerykańską książkę o prowadzeniu szkoleń, zawierającą liczne przykłady programów edukacyjnych. Zaskoczyło mnie, jak często powtarzały się przypadki zająć nastawionych na zwiększanie wrażliwości na różnice kulturowe.

Potem dowiedziałem się, że ponad połowę amerykańskich startupów wycenianych na ponad miliard dolarów założyli imigranci — 44 firmy są warte łącznie 168 miliardów dolarów, a każda z nich zatrudnia w USA średnio 760 pracowników. Imigranci stanowią również 70 proc. kadry menedżerskiej w tych firmach.

Mało tego. W 2016 roku wszystkich 6 amerykańskich noblistów było imigrantami. Od 2000 roku imigranci zdobyli 31 z 78 nagród Nobla dla USA z chemii, medycyny i fizyki.

Na świecie toczy się mało zauważalna, ale niezwykle istotna z ekonomicznego punktu widzenia walka o ludzi — programistów, inżynierów, naukowców, innowatorów, intelektualistów. Firmy lokują biura w tych regionach, gdzie mogą korzystać ze wspólnej puli pracowników. A czym więcej utalentowanych osób w danym regionie, tym przyciąga on więcej utalentowanych osób.

Czy to się komuś podoba czy nie, polskie miasta rywalizują z Berlinem, Londynem, Nowym Jorkiem, San Francisco i Sydney. Według raportu European Startup Monitor Polacy stanowią 94 proc. założycieli oraz 95 proc. pracowników startupów działających w naszym kraju. Średnia dla Europy wynosi 88 i 68 proc, czyli 12 proc. założycieli i aż 32 proc. pracowników europejskich startupów to obywatele innych państw niż kraj, gdzie założono startup.

Polska walkę o talenty sromotnie przegrywa. Bank Światowy zbadał zjawisko „drenażu mózgów”. Okazało się, że w latach 2000–2010 intelektualna emigracja wzrosła w Polsce o 115 proc.

Wysoko wykwalifikowani pracownicy przenoszą się przede wszystkim do USA, Wielkiej Brytanii, Kanady i Australii (70 proc. wyjeżdżających). Badacze nie mają wątpliwości — wysoko wykwalifikowani imigranci podnoszą innowacyjność gospodarki i jej produktywność.

Popatrz na wykres poniżej i przypomnij sobie podział na europejski rdzeń i rogal.

Źródło: Money.pl

Eksperci Banku Światowego zwracają uwagę na jeszcze jedno zjawisko (zapamiętaj, bo to będzie istotne za chwilę) — wzrasta migracja wykształconych kobiet spowodowana między innymi dyskryminacją w kraju pochodzenia. To poważny problem, bo matki mają największy wpływ na rozwój dzieci (przyszłych obywateli i podatników) i współczynnik dzietności.

A co przyciąga utalentowane osoby do określonych miejsc? Oprócz zarobków i możliwości współpracy z innymi utalentowanymi osobami liczy się coś jeszcze. Gary Gates oraz Richard Florida w 2002 roku sprawdzali, co odróżnia centra nowych technologii, jak San Francisco, Boston, czy Nowy Jork od innych obszarów miejskich, które mają prestiżowe uczelnie, ale jednak nie są tak silnymi magnesami dla utalentowanych pracowników. Czynnikiem tym okazała się różnorodność panująca w mieście — poziom tolerancji dla zróżnicowanych grup ludzi. Zróżnicowane, inkluzywne społeczności otwarte na nietypowych ludzi — gejów, imigrantów, artystów — to idealne środowisko dla rozwoju kreatywności i innowacji.

Biznes zdaje sobie sprawę, jak ogromną wartość stanowi różnorodność. Witold Orłowski pisze.

Warto inwestować w różnorodność. Skoro talenty są najrzadszym i najtrudniejszym do zdobycia zasobem firmy, należy ich poszukiwać, gdzie tylko można. (…) Zdrowy rozsądek i czysta statystyka sugerują więc, że im szerzej zarzuca się sieć w poszukiwaniu talentów, tym więcej szans na znalezienie prawdziwych skarbów (…). Wiele talentów pozostaje niewykorzystanych we wszystkich grupach, o których z góry zakłada się, że są „gorsze”, więc tam się ich nie poszukuje. A to w świecie, w którym o talenty się walczy, oznacza oczywistą stratę, przekładającą się na słabszy rozwój gospodarczy i społeczny.

Kolejne badania potwierdzają, że rozwój naukowy i technologiczny w większym stopniu niż pojedynczych geniuszach opiera się na zróżnicowanych grupach ludzi pracujących wspólnie. W książce „The Difference: How the Power of Diversity Creates Better Groups, Firms, Schools, and Societies” Scott E. Page wyjaśnia dlaczego różnorodne grupy lepiej radzą sobie z rozwiązywaniem problemów niż homogeniczne zespoły ekspertów.

Zatrzymajmy się w tym momencie na chwilę i zastanówmy. Dlaczego wykształcony gej, który ma do wyboru pracę w Nowym Jorku, Amsterdamie i Krakowie, miałby zdecydować się na życie w państwie, które traktuje go jak obywatela drugiej kategorii? Dlaczego młoda wykształcona kobieta miałaby pozostać w kraju, gdzie dyskryminacja płciowa pozostaje poważnym problemem, a zajście w ciążę grozi kalectwem lub śmiercią, bo aborcja jest niemal zakazana? Dlaczego specjaliści z Indii mieliby wybrać pracę w Polsce, skoro tutaj grozi im agresja na ulicach?

A co nasze społeczeństwo robi, aby przyciągnąć do naszego kraju zagraniczne talenty?

Witamy w Polsce AD 2016

W 2015 r. w Polsce miało miejsce 1548 ksenofobicznych ataków. W pierwszych czterech miesiącach 2016 r. było już niemal 1200, co na koniec roku da prawdopodobnie 3600. To wzrost niemal o 100 proc. w ciągu zaledwie roku. Premier rozwiązała Radę ds. Przeciwdziałania Dyskryminacji Rasowej, Ksenofobii i Nietolerancji. Zagraniczni studenci Politechniki Białostockiej dowiedzieli się, że lepiej, aby nie wychodzili z pokoi, podczas gdy ONR świętował w pobliskim klubie studenckim. Pochodzący z Turcji studenci już drugi raz zostali zaatakowani w Toruniu, a władze tamtejszej uczelni zaczęły instruować zagranicznych gości, jak zgłaszać napaść i których części miasta nie odwiedzać. Co kilka dni media i ludzie na Facebooku donoszą o kolejnych incydentach. Dobrą zmianę i otwartość Polaków na inność dobrze ilustruje historia muralu na Targówku, na którym dzieci różnych ras przemalowano tak, że teraz wszystkie są białe.

Adam Kiciński, prezes CD Projekt, dumy polskiej gospodarki, w debacie Newsweeka mówił:

Ściągamy twórców z zagranicy. Blisko sto osób przeprowadziło się do Polski, często z rodzinami, by tworzyć u nas gry. Nasza firma stara się być otwarta, tolerancyjna, ale otoczenie w Polsce już takie nie jest. Niektórych to tylko trochę dusi, ale część odstrasza. A brak tolerancji zagłusza kreatywność.

Smutnym zwiastunem tego, co czeka polski biznes i naukę jest historia mojego kolegi. Uczestniczył w konferencji w Berlinie, w trakcie której sekretarz stanu Niemiec spotkał się z innowatorami z Iraku i Palestyny, tworzącymi protezy kończyn za kilkadziesiąt dolarów. Pojawił się pomysł sprowadzenia tych osób także do Polski. Nie doszło jednak do tego, bo nie dało się zapewnić im bezpieczeństwa. Albo przypadek historyka pobitego w tramwaju, bo rozmawiał po niemiecku ze swoich zagranicznym kolegą-naukowcem.

Czy kogoś jeszcze dziwi, że Polska spada w światowych rankingach innowacyjności?

Rozwiązania?

W jednym się zgadzam z naszym rządem — państwo ma do odegrania bardzo poważną rolę we wspieraniu innowacyjności. Początkiem sierpnia Ministerstwo Rozwoju zaprezentowało projekt Strategii na rzecz Odpowiedzialnego Rozwoju. Diagnozy problemów są celne, a przekaz jednoznaczny — Polska musi się zmieniać, aby nadążać za zmieniającym się światem. Autorzy strategii uznają, że warunkiem rozwoju nowoczesnej gospodarki i efektywnej współpracy jest kapitał społeczny. Warunkiem planowanych działań rozwojowych jest:

Kształtowanie świadomych i odpowiedzialnych postaw sprzyjających kooperacji, kreatywności oraz komunikacji, edukacja obywatelska i patriotyczna mająca na celu budowę wspólnoty, zwiększenie partycypacji społecznej i wpływu obywateli na życie publiczne, systemowe wspieranie zorganizowanych form działalności społecznej i instytucji społeczeństwa obywatelskiego, promowanie partnerskiej współpracy oraz rozwijanie potencjału kulturowego.

Niech się jednak nikt nie łudzi, że planowane reformy pójdą w kierunku zwiększania otwartości Polaków na inność i odchodzenie od hierarchicznego modelu zarządzania. Opisy działań, które proponuje Ministerstwo Rozwoju w celu poprawy kapitału społecznego pełne są sloganów o budowaniu wspólnoty w oparciu o tradycję i wartości patriotyczne, „cementowanie środowisk lokalnych”, „budowanie tożsamości w oparciu o lokalne dziedzictwo”. Jeśli mowa o tworzeniu przestrzeni spotkań to tylko dla różnych grup wiekowych i zawodowych. O innej różnorodności brak mowy. Pojawia się co prawda fragment o tym, że inwestycje w kulturę są ważne i przekładają się na wzrost otwartości obywateli. Jak jednak zwrócił uwagę Edwin Bendyk — czy ta deklaracja jest wiarygodna skoro minister nauki i szkolnictwa wyższego Jarosław Gowin na pytanie o związek między tolerancją i kreatywnością odpowiada:

Uważam, że posługuje się Pan fałszywymi kliszami. Hasło „tolerancja” to slogan pseudooświeconego umysłu. Nie zgadzam się też, że w Polsce mamy do czynienia z jakimikolwiek przejawami nietolerancji czy ksenofobii. Zresztą, obecnie najszybciej rozwija się Azja, a nie otwarta, „tolerancyjna” Europa.

Czyżby punktem odniesienia dla nas miały być Chiny, a nie Niemcy bądź Szwecja? Do jakiego standardu aspirujemy? Kogo chcemy gonić? Czyżby deklarowana w strategii promocja tolerancji odnosiła się tylko do przedstawicieli polskiej wspólnoty? Bądźmy otwarci, ale tylko na swoich?

Czy to jest w ogóle możliwe — stworzyć społeczeństwo kreatywnych, innowacyjnych, otwartych i skorych do współpracy nieufnych ksenofobów?

Niestety aktualne propozycje zmian, które miałyby nam umożliwić przestawienie się na innowacyjną gospodarkę sprowadzają się do zmiany kierunków przepływu pieniędzy. A jak pokazują kolejne analizy wpływu publicznych pieniędzy na innowacyjność, jest on raczej wątpliwy.

Najskuteczniejszym sposobem na zmianę kultury i wzmacnianie postaw sprzyjających kreatywności i współpracy jest odpowiednia edukacja. Na tym polu znowu objawia się różnica między krajami europejskiego rdzenia, a Polską. Gdy w Finlandii reforma edukacji polega na wpajaniu dzieciom umiejętności przydatnych we współczesnym świecie, jak samodzielność, praca grupowa, krytyczne myślenie i dzielenie się wiedzą, to w Polsce reforma ogranicza się do (chaotycznych) zmian organizacyjnych. Główną umiejętnością, jaką zdobywają polscy uczniowie jest samotne zdawanie testów — talent, którego próżno szukać wśród wymagań pracodawców.

Nie będzie cudu nad Wisłą

W raporcie Reforma Kulturowa 2020–2030–2040, który zawiera najbardziej przemyślane pomysły na poprawę sytuacji Polski, Jacek Żakowski przestrzega.

Gdy kluczem do sukcesu stały się współpraca i „mądrość tłumu”, kulturowo-polityczny proces nas od nich odcina. Zewnętrznie, formalnie, na oko, upodobniamy się do Niemiec, z którymi sklejamy się gospodarczo, ale wewnętrznie dryfujemy w przeciwnym kierunku. To było pół biedy, póki rozwijaliśmy się dzięki prostym rezerwom, powtarzając drogę Włoch, Hiszpanii, Grecji. Teraz widać, że dla nich ta droga skończyła się zapaścią niszczącą wieloletni dorobek, bo za zmianą PKB nie szła zmiana społeczna i kulturowa. (…) W Europie nikomu jeszcze nie udało się dogonić najbogatszych.

Możemy liczyć na to, że zdarzy się cud i Polska będzie pierwszym w historii krajem, który mimo tragicznie niskiego kapitału społecznego dołączy do grona najnowocześniejszych, najbardziej innowacyjnych gospodarek. Możemy też przyjąć do wiadomości, że nasz kapitał społeczny i nasza kultura są kulą u nogi i postanowimy je zmienić. W przeciwieństwie do najpopularniejszych pomysłów na poprawę innowacyjności polskiej gospodarki, reforma kulturowa nie musi kosztować wielu miliardów złotych — polegałaby głównie na inwestycjach w edukację i kulturę oraz zmianach organizacyjnych i prawnych.

Reforma taka wymaga jednak czegoś o co w Polsce znacznie trudniej niż o pieniądze z budżetu — potrzebna jest pokora, odwaga i autokrytyka niezbędna do przyznania, że powinniśmy się zmienić.