Dopalacze nasze powszednie

Jest afera, jest o czym gadać na wizji! Już grubo ponad setka osób na Śląsku poległa w starciu z Mocarzem — jakimś bliżej nieznanym dopalaczem, który miał pozytywnie poryć beret i choć na chwilę oderwać od szarej rzeczywistości.

Minister zdrowia rozkłada ręce, w bezsilności utyskując na upadek tradycyjnych zasad i wartości rodzinnych. Jego zastępca jeszcze zbiera w sobie tyle siły by zaapelować do młodych aby nie testowali na sobie dopalaczy. Partia rządząca, która całkiem niedawno obwieściła triumf w walce z dopalaczami, nagle czuje że sytuacja wymknęła się spod kontroli. Opozycja kąsa. Wybory niebawem, więc psy ruszyły do ataku. W telewizji, radiu burza. Setki ekspertów obmyślają recepty, politycy planują rozwiązania prawne, tylko nikt — absolutnie nikt — nie ociera się nawet o sedno problemu.


Zacznijmy jednak od początku.

Szanowny czytelniku, zapomnij na moment o istnieniu następujących słów:

dopalacz
narkotyk
używka

Na potrzeby wyjaśnień, które zaraz nastąpią, użyjmy neutralnego, naukowego określenia “substancja psychoaktywna”, w skrócie SP. Definicja jest prosta: substancja psychoaktywna to taka, której wprowadzenie do organizmu sprawia, że poczujemy się inaczej. Sposób wprowadzania nie ma tu znaczenia.

Jakie znamy substancje psychoaktywne?

Z alkoholem chyba każdy się spotkał, bezpośrednio lub pośrednio. Jeśli nie pił, to widział pijanego człowieka i nikogo przekonywać nie trzeba, że alkohol jest SP.

Podobnie z nikotyną, choć jej działanie nie jest tak oczywiste i silne jak alkoholu.

Kawa? Owszem, zawarta w niej kofeina jak najbardziej ma działanie psychoaktywne. Jest stymulantem, czyli środkiem pobudzającym. Występuje również w herbacie, o czym nie wszyscy wiedzą. Tak, właśnie herbata jest prawdopodobnie najtańszą i najłatwiej dostępną substancją psychoaktywną w Polsce. Nie bez powodu w spartańskich warunkach więziennych diabelsko mocna herbata jest — z braku alternatywy —popularnym środkiem odurzającym.

To najpopularniejsza w Europie trójka, stanowiąca wierzchołek góry lodowej, jaką stanowią odkryte przez człowieka SP. Dalej wymieniać można tetrahydrokanabinol czyli aktywną substancję zawartą w marihuanie, efedrynę będącą składnikiem wielu dostępnych bez recepty lekarstw (dość popularny w niektórych kręgach stymulant), psylocybinę (bardzo silny psychodelik zawarty w dość popularnie rosnących w Polsce grzybach), morfinę, amfetaminę, LSD, kokainę, heroinę, meskalinę, MDMA, MDMC (metylon), MDA, MMDA, PMA, TMA, 2C-B, 2C-T-2, 2C-T-7, DMT, 5,6-MeO-MiPT…

Przesadzam? Nie, nie wymieniłem nawet jednego procenta.

W zależności od tego jak orientujesz się w temacie, nazwy wymienionych substancji do któregoś momentu były dla Ciebie znane, po czym nastąpił ciąg tajemniczych słów i wzorów. Nie przejmuj się, każdy tak ma.

Jeszcze dwie, może trzy dekady temu lista znanych substancji psychoaktywnych była krótka. Zainteresowany tematem człowiek mógł posiąść tę wiedzę i w głowie nosić encyklopedię SP. Od tego czasu sporo się zmieniło. Tysiące laboratoriów na świecie rozpoczęły produkcję tzw. designer drugs czyli związków chemicznych nieznacznie odmiennych od tych już znanych. Wystarczy tu dodać atom, tam odjąć, podmienić lub przesunąć grupę i mamy nowy produkt.

Jednymi z pionierów takiej seryjnej produkcji substancji psychoaktywnych było małżeństwo państwa Shulginów, którzy w latach 80 i 90 ubiegłego wieku dokonali syntezy setek związków z grup fenetylamin i tryptamin. Shulginowie grali fair i eksperymenty przeprowadzali na sobie samych, co szczegółowo opisali w dwóch książkach, bez problemu dostępnych w sieci. Choć trudno w to uwierzyć, Aleksander dożył 89 lat (zmarł w 2014) zaś Anna ma się całkiem dobrze. Pomimo nękania ze strony policji i innych organów państwowych, tym pasjonatom świat zawdzięcza spory kawał wiedzy o SP.

Naturalną koleją rzeczy za produkowanie SP na masową skalę wzięli się ludzie, dla których nie nauka lecz zysk stanowi priorytet. Dlatego też nowe środki wychodzące ze współczesnych laboratoriów są natychmiast wytłaczane w tabletki, pakowane w woreczki z kolorowym nadrukiem, po czym jadą do sklepów takich jak nasze rodzime punkty z dopalaczami. Testowanie? Owszem, odbywa się — na końcowych konsumentach.

Niezależnie od wyniku — czy to będzie dobra zabawa czy masowe zatrucie jak na Śląsku — dalszy scenariusz jest taki sam: państwo wciąga substancję na listę zakazanych, labolatorium nieznacznie zmienia recepturę i tak zamiast nielegalnego 2,3,4-ABC-997-WTF na rynek trafia nowe, legalne 2,6,7-BCD-666-HGW. Użytkownicy znowu testują na sobie, politycy znowu klepią ustawę, załącznik z listą substancji znowu puchnie.


Sytuacja wygląda teraz tak:

Nie od dziś wiadomo, że ludzie lubią substancje psychoaktywne. Każdy z nas jakiejś w życiu spróbował (jeśli nie to napisz do mnie, proszę) a większość ma swoją ulubioną i mniej lub bardziej regularnie przyjmuje działkę. Jeden nie obudzi się bez kawy, drugi nie pójdzie spać nie chlapnąwszy piwka, trzeci regularnie robi w pracy przerwy na dymka.

Całkiem spora grupa społeczna nie znajduje swojego ulubionego środka w dozwolonym przez prawo czubku piramidy. Dowodem na to jest choćby popularność marihuany, która jest najlepiej przebadaną i najbardziej powszechną z nielegalnych SP.

Ci, których legalna trójca nie zadowala, a jednocześnie nie chcą ryzykować problemami prawnymi, muszą sięgnąć na dół tej piramidy — do środków niezbadanych i potencjalnie niebezpiecznych.

Warto zwrócić uwagę, że nasze prawo, które za sam fakt posiadania substancji z czerwonej części rysunku lekką ręką wymierza karę więzienia, jest tak mocnym straszakiem, że skłania ludzi do ryzykowania własnym zdrowiem lub życiem.


Tu zaczynamy docierać do sedna problemu. Czerwona część piramidy to wielki worek z napisem narkotyki, do którego z automatu trafia każda nowa substancja psychoaktywna w momencie gdy państwo zarejestruje jej isnienie.

Nie ma tu znaczenia czy po tej substancji poczujesz się lepiej, gorzej, czy się uzależnisz czy nie, czy uszkodzi ona Twój mózg, wątrobę, nerki, czy może pomimo codziennego stosowania pozostaniesz przy końskim zdrowiu. Te drobiazgi nie mają znaczenia. Państwo i tak zakaże.

Szkodzi? ZAKAZAĆ!
Nie szkodzi? ZAKAZAĆ!

Tym sposobem nielegalnymi narkotykami stały się dziesiątki substancji, które są w zasadzie bezpieczne, oraz setki (jeśli nie tysiące) innych substancji, których szkodliwość jest daleko mniejsza niż legalnego alkoholu. W efekcie największe ryzyko związane z ich używaniem to… więzienie.

Skąd ten ślepy pęd państwa do zakazywania wszelkich nowych substancji? Wszak alkohol i nikotyna, opodatkowane akcyzą, przynoszą państwu każdego roku gigantyczne dochody. Dlaczego nie mogłoby się tak dziać z innymi substancjami psychoaktywnymi?

Tak naprawdę wojna z narkotykami to sprawa dość świeża. Zaczęła się niecałe 100 lat temu w USA i była wymierzona przeciwko marihuanie. Historia jest to przykra, bo wcale nie troska o zdrowie publiczne przyświecała przeciwnikom zielska. Był to element walki o rynek tekstylny i w przebiegły sposób korporacja DuPont kupiła sobie ustawę uniemożliwiającą uprawę konopi — naturalnego konkurenta wymyślonego przez nich syntetycznego nylonu. Marihuana była tylko kozłem ofiarnym.

Dalej potoczyło się już z górki. Prohibicja alkoholowa w USA była doskonałym źródłem mafijnych biznesów. Podobnie z prohibicją na narkotyki, które również przeszły w ręce mafii i skorumpowanych polityków. A przecież na dodatkowych zakazach zarabia specjalna policja (DEA), której jedynym sensem istnienia jest walka z narkotykami, a także prywatne więzienia. Nie bez powodu korporacje prowadzące zakłady karne silnie lobbują za utrzymaniem kar pozbawienia wolności za posiadanie marihuany.

W Polsce sytuacja jest prostsza bo naszej klasie politycznej brak sprytu i inteligencji by na prohibicji zarabiali. Po prostu ktoś im do łbów wbił, że narkotyki są złe. Nie tylko im, ale większości społeczeństwa, która nawet pięciu nazw narkotyków wymienić nie potrafi ale wie, że są złe. Jaki elektorat tacy elekci.

Warto patrzeć na Stany, które powoli budzą się z trwającej dekady mrzonki o kontroli nad substancjami psychoaktywnymi. Posiadanie marihuany nie jest ścigane w coraz większej liczbie stanów, a w niektórych stała się ona całkiem legalna. Waszyngton i Kolorado zaskoczone są poziomem dochodów z handlu marihuaną.


Aż niedowierzam czasami, że w całym tym hałasie o dopalacze pojawia się tylko jeden temat: jak zakazać, żeby zakazać skutecznie? Nikt z ludzi polityki i mediów nie wpadł na pomysł, że można problem rozwiązać inaczej?

Zamiast walczyć z przeciwnikiem, który śmieje się w twarz, należałoby poluzować drakońskie prawo. Najpierw dekryminalizacja marihuany, potem stopniowe luzowanie przepisów dotyczących substancji naturalnych i dobrze znanych: THC, psylocybiny, opium.

Dziwnym trafem w krajach o liberalnej polityce względem narkotyków dawno nikt nie słyszał o masowych zatruciach dopalaczami. Jeśli ma się do wyboru dziesięć substancji psychoaktywnych, pokusa testowania na sobie nowych wynalazków jest daleko mniejsza.